Wroga jazda nadciągała, lecz nie tylko od strony linii, której częścią był Serge – granie trąbek nawołujących do ataku dobiegało teraz z każdego kierunku, a odgłosy atakującej jazdy stawały się coraz wyraźniejsze. Ponownie obejrzał się za siebie – jedna ze ścian czworoboku nadal nie istniała, a druga, skierowana w stronę rosyjskich linii, nadal wyglądała na zdezorganizowaną. Z trudem przełknął ślinę przez ściśnięte gardło. Otuchy dodawała mu bliskość stojących ramię w ramię towarzyszy, którzy jednak w znacznej części przedstawiali mizerny widok. Jeden nie miał na głowie czapki, a jego mokre włosy pokryte były świeżym śniegiem. Inny broczył krwią z rany na ramieniu, niedbale przewiązaną jakąś szmatką, a stojący obok niego żołnierz trząsł się tak bardzo z zimna, czy ze strachu, że wydawało się, że zaraz wypuści z rąk swoją broń. Trzeba jednak przyznać, że spora część zachowywała kamienne twarze, jakby nie pierwszy raz znaleźli się w takie sytuacji.
– PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO ODPARCIA JAZDY! – krzyknął jakiś kapitan, którego Serge zupełnie nie kojarzył.
Na ten sygnał żołnierze unieśli muszkiety, a przymocowane do nich bagnety utworzyły z ich formacji groźnego żelaznego jeża, gotowego przyjąć atak. Serge dopiero teraz zdał sobie sprawę, że znajduje się w pierwszym szeregu i będzie pierwszy na linii walki. Chciał krzyknąć, że zaszła pomyłka, że jest tu nowy, ale wiedział, że nawet gdyby zechciał tak się upokorzyć, to w tym momencie nic to już nie da.
Rosyjska kawaleria stała się teraz w pełni widoczna i pewnie galopowała w ich kierunku, a przynajmniej na tyle na ile dało się przez zaśnieżone pole, pełne ciał poległych. Mimo to nacierająca jazda błyskawicznie rosła w oczach, a zmieszany huk kopyt, okrzyków oraz instrumentów wywołał u Serge’a strach, który nakazywał mu natychmiast uciekać. Jak na Boga ma mają zatrzymać tę masę ludzi i zwierząt, która zamierza ich zmiażdżyć samym swoim ciężarem? Zrobił krok wstecz, ale od razu natrafił na stojącego za nim żołnierza, którego nawet gdyby chciał, na pewno nie zdołałby przepchnąć. Przed nimi zabrzmiały sygnały dźwiękowe, które nawet cywil rozpoznałby jako rozkaz do ataku i kawalerzyści przyspieszyli.
– OGNIA! – ryknęli oficerowie.
Muszkiety wystrzeliły, wznosząc nowe kłęby dymu. Serge nacisnął spust swojej broni, ale tym razem nie poczuł żadnego wstrząsu, ani nie widział, aby z jego lufy buchnął ogień i dym. Niech to szlag, proch musiał nawilgnąć w tym cholernym śniegu i nie chce się odpalić! Zanim w ogóle pomyślał co ma z tym zrobić, ktoś z tyłu wyrwał mu muszkiet i wcisnął do rąk nowy. To samo spotkało żołnierzy z pierwszego szeregu stojących po jego bokach. Kawaleria była może o sto kroków przed nimi.
– STRZELAJCIE, CELUJCIE W KONIE! – krzyczano z tyłu.
Serge uniósł nie należący do niego muszkiet, odciągnął kurek i pociągnął za spust – znowu nic! Kolejne wystrzały świadczyły, że inni mieli więcej szczęścia, ale było ich za mało, aby mogły rozstrzelać jazdę – właściwie to nie widział aby którykolwiek z jeźdzców spadł z konia. Oczy prawie wyszły mu na wierzch, ugięły się pod nim kolana i niemal poczuł jak przygniata go masa nacierającego zwierzęcia. Ku jego zaskoczeniu, kawalerzyści zaczęli jednak wyhamowywać i skręcać w jego prawo. Niektórzy, odważniejsi albo poniesieni przez swoje wierzchowce, zatrzymali się dopiero tuż przed najeżoną bagnetami liną, próbując jednocześnie swoją bronią odtrącić skierowane na nich ostrza. Serge nie mógł uwierzyć własnym oczom, dlaczego tamci po prostu na nich nie runęli? Zabrzmiały kolejne wystrzały i tym razem zaobserwował jak jeden z Rosjan ugiął się w siodle, wyraźnie trafiony, a następnie zsunął się w dół wypuszczając pałasz z ręki. Kolejne fale kawalerii wykonywały taki sam taniec, a jeśli którykolwiek z żołnierzy za bardzo zbliżył się do Francuzów, odpędzany był pchnięciami bagnetów. Rozpacz zamieniła się w uniesienie, można było odnieść wrażenie, że nie są zgubieni, tak jak jeszcze przed chwilą się wydawało. Wszystko jednak zmienił jeden okrzyk:
– KAWALERIA ZA PLECAMI!
Odwrócił się za siebie i zobaczył, że jeden ze zdezorganizowanych boków nie został domknięty i teraz to wnętrza nieukończonego czworoboku zaczęła wlewać się wroga jazda, której rozproszeni piechurzy nie byli w stanie pokonać. Efekt był natychmiastowy: z tylnych szeregów boków, które dotąd się trzymały, kolejno zaczęli odrywać się żołnierze, chcąc stanąć frontem do kawalerii, która we wnętrzu formacji szablami i pałaszami zaczęła wycinać rozproszoną francuską piechotę. Bok szybko skurczył się do trzech szeregów zdezorientowanych żołnierzy, którzy nie wiedzieli, czy trwać na pozycjach i odpierać frontalne ataki jazdy, czy odwrócić się aby stawić czoła zagrożeniu za ich plecami. Trzymani do tej pory na dystans kawalerzyści, do których teraz prawie nikt nie strzelał, zaczęli coraz śmielej atakować front ich formacji – jeden z jeźdzców użył swojego pistoletu, strzelając z minimalnej odległości, z której nie dało się chybić.
Serge poczuł, że ogarnia go niemoc i panika. Nie wiedział w którą stronę się odwrócić i co ma robić, a podoficerowie wydawali sprzeczne polecenia. Koniec formacji nadszedł w niespodziewany sposób: nieco na prawo od Serge’a, jeden z rosyjskich jeźdzców walczących we wnętrzu nieukończonego czworoboku, wpadł prosto na plecy stojących tam, trzymających pozycję Francuzów. Masa wierzchowca przewróciła i roztrąciła na boki piechurów. Ten widok wystarczył pozostałym, którzy na własne oczy zobaczyli czym grozi dalsze trzymanie szyku. Pękły wszelkie więzy dyscypliny i formacja zupełnie się rozpadła.
– Uciekajmy! – rozległy się okrzyki.
– Nie, stać, trzymajcie pozycję, utrzymajcie szyk, bo wszyscy zginiemy! – odpowiadały inne głosy.
Nic to jednak nie dało. Zamieszanie wykorzystali również rosyjscy kawalerzyści, którzy do tej pory utrzymywani byli na dystans i teraz zaczęli wbijać się między rozproszonych Francuzów. Nastąpił kompletny chaos: piechota wymieszała się z wrogą jazdą, a oficerowie stracili jakiekolwiek panowanie nad swoimi żołnierzami. Dotychczasowa walka o przetrwanie zamieniła się w całkowitą klęskę, a rozbita francuska piechota stała się łatwym celem dla kawalerii, stworzonej do pogoni za uciekającymi. Nie widząc nikogo kogo mógłby się trzymać, Serge zaczął przedzierać się między dziesiątkami swoich towarzyszy, w kierunku, który wydawało mu się, że prowadzi do głównych francuskich linii. Starał się unieść muszkiet jak najwyżej, aby mieć ochronę przed cięciami z góry, ale zmęczone ręce szybko odmówiły mu posłuszeństwa. Udało mu się wyminąć stojącego w miejscu, torującego mu drogę jeźdzca, a przed nim jeden z piechociarzy padł cięty szablą. Inny został stratowany, jeszcze kolejny otrzymał pchnięcie lancą w rękę, która przeszyła ją na wylot. Pojedyncze wystrzały, które rozlegały się dookoła były czystą desperacją, gdyż nic nie mogło powstrzymać tak licznej kawalerii, ogarniającej ich ze wszystkich stron. Każdy samotny piechur był łatwym celem i jazda wykorzystywała to z całą bezwzględnością. Biegnąc naprzód, napotkał na swojej drodze jakiegoś Rosjanina na małym koniku i w bardzo skromnym mundurze, który szarpnął za lejce i odwrócił się w jego stronę. Zdesperowany Serge zdołał uniknąć grotu trzymanej przez niego długiej lancy, zanurkował pod nią i w jednej chwili znalazł się tuż obok jeźdzca. Niewiele myśląc pchnął go bagnetem i przestraszony, ogarnięty absurdalną myślą, że tamten zaraz się zemści, zaczął biec przed siebie najszybciej jak tylko mógł. Nie był sam, w tym samym kierunku zmierzało dziesiątki jego towarzyszy, pragnąc jak najszybciej oddalić się od triumfującego wroga.
– To koniec – pomyślał Serge – Nie ma szans żebyśmy zdołali się na nowo zgromadzić. Cudem będzie, jeśli ktokolwiek z nas ujdzie z tego żywy.
Oglądając się przez ramię widział jak poszczególni piechurzy są wycinani przez bezwzględnych kawalerzystów. Mimo zagrożenia, w pewnej chwili stanął jednak jak wryty, gdyż jego oczom, trochę po lewej, ukazała się jakaś formująca czworobok jednostka piechoty, liczebnie wyglądająca na zdziesiątkowany pułk. Część ludzi z jego oddziału wpadła na ich tworzące się szeregi, desperacko próbując dostać się do środka i wprowadzając tym samym potężne zamieszanie. Serge pomyślał, że samemu również powinien szukać tam ratunku, ale zauważył, że część ścigającej ich jazdy również skierowała się w tamtą stronę, co oznaczało konieczność dalszej walki.
– Nie, mam dość – powiedział sobie – Chcę być jak najdalej stąd.
Niezwłocznie ruszył przed siebie, w pewnej chwili potykając się o leżącą nieruchomo na ziemi kulę armatnią i lądując jak długi w śniegu. Podniósł się i pognał dalej, po drodze napotykając na kulejącego francuskiego żołnierza, który używając muszkietu jak laski, starał się jak najbardziej oddalić od pola niedawnego starcia. U Serge’a odezwały się resztki empatii, gdyż zdecydował się mu pomóc. W pierwszej chwili wzbudził u niego przerażenie, ale gdy tylko stało się jasne, że są sojusznikami, złapał go za ramię i pomagał kuśtykać naprzód. Jednocześnie powtarzał sobie w głowie, że jak tylko dopadnie ich jakiś Rosjanin, to zostawi rannego i samodzielnie pobiegnie naprzód.