W pewnym momencie usłyszał potężny świst i uderzyła go fala powietrza tak silna że przewróciła go na ziemię. Od razu spojrzał na swoje ręce i nogi, a gdy okazały się być na swoim miejscu, złapał upuszczony muszkiet i próbował się jak najszybciej podnieść. Po jego lewej na śniegu widniała czerwona plama. Nie odważył się odwrócić za siebie. Jego kompania zdążyła odejść na kilkanaście kroków, musiał więc ją dogonić. Oszołomiony i ogłuszony, dobiegł do przerzedzonych szeregów i zajął wolne miejsce w szyku. Minęli trzy leżące na ziemi ciała, które nie były ubrane we francuskie mundury. Czyżby to ofiary ich wcześniejszego ostrzału? Padły nowe rozkazy:
– STAĆ, ZEWRZEĆ SZYKI, PRZYGOTOWAĆ BROŃ!
Nie miał pojęcia co mogło być ich powodem, przed nimi nie widział żadnych wrogów. Zrobił krok w prawo, aby znaleźć się nieco bliżej stojącego tam żołnierza. Wyciągnął nowy ładunek i zabrał się za ładowanie, ale gdy tylko nasypał na panewkę odrobinę prochu, został on wywiany przez silny podmuch wiatru. Serge dosypał nową porcję, starając się jak najbardziej osłonić nasypywany proch. Trzęsąca się z zimna i strachu dłoń nie potrafiła jednak działać precyzyjnie i część wysypała mu się na ziemię. Zaklął szpetnie, wyrzucił resztki ładunku razem z kulą i wyciągną nowy, wykorzystując go do nabicia lufy. Gdy skończył, pozostało mu tylko czekać, w ciągłym strachu przed ostrzałem artyleryjskim. W pewnej chwili do jego uszu zaczął dochodzić odgłos fletów oraz bębnów, dochodzący gdzieś z przeciwka. Pomimo starań, nie był w stanie nic dojrzeć, ale odgłosy instrumentów stawały się coraz lepiej słyszalne. We francuskich szeregach panowała kompletna cisza, przerywana tylko okazjonalnym kaszleniem chorych żołnierzy. Wkrótce do muzyki dołączył odgłos kroków i zaraz potem Serge zauważył zarysy ludzkich sylwetek, które stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu stało się jasne, że w ich kierunku zmierza rosyjska piechota, pod nieznanym mu, powiewającym na wietrze sztandarem.
– GOTUJ BROŃ! – rozległo się wołanie.
Linia maszerujących wrogich żołnierzy, z opartymi o barki muszkietami, zbliżała się w szybkim tempie. Musieli już zauważyć Francuzów, ale z jakiegoś powodu nie przygotowali się do oddania strzału. Serge wycelował broń w ich kierunku, trzymając lufę niebezpiecznie blisko ucha stojącego przed nim żołnierza, lecz nie miał innego wyjścia. Trzęsące się ze zmęczenia, zimna i strachu ręce nie były w stanie utrzymać muszkietu w stabilnej pozycji, dlatego skierował lufę mniej więcej na wysokość nóg przeciwników, licząc, że w ten sposób uzyska lepszą szansę na trafienie.
– OGNIA! – rozległ się okrzyk, po którym nastąpił huragan wystrzałów.
– Niewypał! – krzyknął ktoś po prawej.
– U mnie też! – ktoś zawtórował.
– STRZELAĆ BEZ ROZKAZU! – rozległ się głos, nie zważający na raporty żołnierzy o zawodzącej broni.
Dym na chwilę przesłonił Rosjan, ale szybko stało się jasne, że ostrzał nie wywarł na wrogach większego efektu, gdyż maszerowali na nich z takim samym animuszem jak wcześniej. Serge chciał zabrać się za przeładowanie muszkietu, ale zamarł, gdy zauważył, że będący już bardzo blisko Rosjanie nagle się zatrzymali. Wydawali mu się ogromni, znacznie więksi niż przeciętni ludzie, a ich wysokie czapki były obite jakimiś metalowymi elementami. Od strony francuskich linii padły kolejne strzały, gdyż co bardziej doświadczeni żołnierze nie czekali obserwując efekt swoich strzałów, ale od razu zabrali się za przeładowanie. Nic to jednak nie dało: rosyjscy żołnierze unieśli muszkiety i z bliskiej odległości oddali w ich kierunku salwę. Serge odniósł wrażenie, że jeden z pocisków przeleciał o włos obok jego ucha, a kilku stojących obok żołnierzy krzyknęło. Natychmiast po salwie rozległ się z przeciwka intensywny odgłos bębna, który pchnął Rosjan do szarży przeciwko francuskim liniom. Pośród dymu i padającego śniegu, przeciwnicy z okrzykiem na ustach ruszyli ze skierowanymi w ich stronę bagnetami. Serge’a ogarnęła panika, gdy zdał sobie sprawę, że tamci zaraz ich dopadną. Przestraszony zrobił kilka kroków w tył, podobnie jak wielu innych żołnierzy. Podoficerowie coś krzyczeli, ale nic do niego nie docierało. Ledwie garstka Francuzów zwarła szyki, zamierzając stawić czoła wrogowi w walce wręcz. Reszta najpierw cofała się tyłem, a gdy pierwsi Rosjanie dopadli do ich linii i z brutalną skutecznością zaczęli spychać i eliminować kolejnych żołnierzy, większość odwróciła się plecami i zaczęła uciekać. Serge nie miał pojęcia co ma robić, ale widok jednego z towarzyszy przewracanego przez wyższego o głowę Rosjanina skłonił go do podążenia za pozostałymi. Zauważył jeszcze, że część żołnierzy wycofuje się w sposób uporządkowany, ramię przy ramieniu. Nie zamierzał jednak na nich czekać i chciał jak najszybciej oddalić się od atakującego wroga. Srogo się jednak przeliczył licząc na wytchnienie, bo fragment pola bitwy na którym się znajdowali był nieustannie ostrzeliwany przez artylerię. Na oczach Serge’a jeden z pocisków uderzył o ziemię, odbił się i może o długość ręki minął jednego z żołnierzy.
– Jakim cudem tamci wiedzą gdzie strzelać? – myślał zrozpaczony – Przecież tu prawie nic nie widać, nie boją się, że trafią swoich ludzi? I skąd u diaska mają tyle armat, zdobyliśmy przecież kilka dział!
Zziajany zatrzymał się kawałek dalej, ciężko oddychając ze zmęczenia, wciągając przy tym do gardła lodowate, kłujące powietrze. Niedaleko niego leżało ciało zabitego żołnierza. Obejrzał się za siebie, aby upewnić się, że nie są ścigani przez wroga – na początku przestraszył się, gdyż oprócz rozproszonych żołnierzy widział zmierzającą w swoją stronę sporą grupę żołnierzy, ale ku swojej radości zdał sobie sprawę, że to Francuzi, biegnący pod pułkowym sztandarem. Widząc to, zaniechał dalszej ucieczki i brodząc przez miejscami zaczerwieniony śnieg zawrócił do sojuszniczego oddziału, który tak jak podejrzewał, okazał się jego własnym batalionem. Nikt go o nic nie pytał, nikt nie wyzywał od tchórzy. Natychmiast został wciągnięty do szeregu przez oficerów, których nawet nie interesowało do której kompanii należy. Padły rozkazy formowania kolumny, ale przemęczeni, przerażeni i rozbici żołnierze, którym właśnie udało się oddalić od niebezpieczeństwa nie palili się do szybkiego wykonania rozkazu, być może bojąc się, że gdy tylko to zrobią, ponownie zostaną rzuceni do ataku.
Stojący bezczynnie Serge, na polecenie jednego z kaprali zabrał się za przeładowanie muszkietu, co przy mokrych, ślizgających się po przyrządach dłoniach było jeszcze trudniejsze niż wcześniej. Gdy tylko skończył, jakiś konny oficer, który jakimś cudem przetrwał to wszystko na grzbiecie swojego wierzchowca, jednym słowem podniósł alarm, który postawił wszystkich na baczność: “KAWALERIA”. W tej sytuacji było to jak zwiastun ostatecznej klęski i śmierci dla tych, którym udało się przeżyć dotychczasowe okropności. Serge zaczął się rozglądać na wszystkie strony, ale nie miał pojęcia skąd mieliby nadciągać jeźdzcy. Dowodzący nie stracili jednak głowy i po chwili rozległy się gorączkowe wołania:
– CZWOROBOK, FORMOWAĆ CZWOROBOK!
Na szkoleniu uczono ich tworzenia tej formacji, ale tamto działo się na spokojnej równinie, a tutaj oddziały były przerzedzone i zdezorganizowane.
– NO JUŻ, POŁOWA BATALIONU TWORZY JEDEN BOK, DRUGA POŁOWA DRUGI! DOWÓDCY KOMPANII MAJĄ TEGO DOPILNOWAĆ! SZYBCIEJ, BO NAS ROZNIOSĄ NA SZABLACH! SZYBCIEJ! SZYBCIEJ! – dramatyczne wołania powtarzały się, tworząc trudne do zrozumienia serie instrukcji.
Serge bezradnie rozglądał się na boki, nie mając pewności w którą stronę ma się ruszyć. W pewnej chwili jakaś ręka złapała go za kołnierz płaszcza i pociągnęła do tyłu, prawie go przewracając. W jednej chwili znalazł się u boku gęsto zbitych żołnierzy, którzy stali obok i za nim, w szyku głębokim na około pięć osób. Zdołał zauważyć, że prostopadle do nich zaczęła tworzyć się kolejna gęsta linia. Obejrzał się za plecy, gdzie zobaczył widzianego wcześniej oficera na koniu z dwoma jeźdzcami u boku, próbującego doprowadzić do stworzenia wyznaczonej formacji. Wydawało mu się, że obok nich stoi chorąży z pułkowym sztandarem, ale nie był tego pewny. Brakowało im jeszcze dwóch boków do zamknięcia czworoboku. Przy dźwiękach bębnów jeden z nich miał zostać utworzony przez kolejny nadbiegający pododdział, mogący być nienaruszoną kompanią albo równie dobrze przerzedzonym batalionem. Serge przeniósł wzrok przed siebie, nadal patrząc na świat zza śnieżnej kurtyny, która jednak wydawała się coraz bardziej zanikać. Po chwili zobaczył, że w oddali przemykały konie, a potem zauważył również siedzących na ich grzbietach ludzi w barwnych mundurach. Gdy próbował się wsłuchiwać, odniósł wrażenie, że słyszy tętent kopyt oraz trąbki. Jeżeli zdołają sformować czworobok, będą mieli szansę na odparcie kawalerii ogniem muszkietów oraz ostrzami setek bagnetów, powstrzymujących kawalerię przed wdarciem się do szyku. A jeżeli nie…