Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Iława

Kroczyli blisko siebie, ramię przy ramieniu, niemal depcząc po piętach kolegów ze znajdujących się przed nimi szeregów. Przemieszczali się przez zupełnie puste, ośnieżone pola, nie widząc w pobliżu żadnego przeciwnika, lecz słysząc odległe odgłosy trwających walk. W pewnym momencie chmury, które złowrogo wisiały nad nimi od samego rana, naprawdę dały o sobie znać. W jednej chwili opady wezbrały na sile, zasypując ich gęstym, białym śniegiem. Słowo ,,opad” zupełnie jednak nie oddawało tego co zaczęło się dziać. Nad polem bitwy rozpętała się gwałtowna burza śnieżna, która w połączeniu z silnym wichrem utworzyła potężną zamieć, która w krótkiej chwili pokryła żołnierzy białym puchem, oślepiła ich i uniemożliwiała nawet normalne oddychanie. Świat w jednej chwili skurczył się dla nich do odległości kilkunastu kroków, a dalej znajdowała się wyłącznie biała ściana wirującego we wszystkie strony śniegu. Serge przestraszył się nie na żarty, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczając. Zapomniał o bitwie i Rosjanach, skupiając się wyłącznie na tym, aby nie zgubić swojego miejsca w szeregu i nie poślizgnąć się na coraz grubszym śnieżnym dywanie. Mimo fatalnych warunków pogodowych i wobec braku nowych rozkazów parli jednak naprzód, popędzani przez podoficerów, którzy wydawali się niezrażeni złą pogodą. Serge pomyślał, że trudno aby śnieg przestraszył ludzi, którzy wcześniej więcej niż raz patrzyli na strzelającego do nich wroga. Jakkolwiek dzielni nie byli utrzymujący ich w ryzach dowódcy, w takich okolicznościach nie byli w stanie w pełni kontrolować formacji, do której zaczął wkradać się nieporządek. Zakrywający rękami swoje twarze żołnierze zaczęli albo zwalniać albo przyspieszać albo zbaczać z obranego przez jednostkę kursu. Serge obejrzał się za siebie, ale nie zdołał dojrzeć podążających ich śladem pozostałych kompanii, a do tego wpadł na znajdującego się przed nim żołnierza. Stawianie kroków stawało się coraz trudniejsze, gdyż śnieg zaczął tworzyć sięgającą do kostek warstwę, która z każdą chwilą wydawała się piąć w górę, mimo zadeptywania przez tysiące żołnierskich butów.

Mimo tego szyk nie uległ całkowitej dezorganizacji i nadal maszerowali naprzód jako zwarta jednostka. Duży swój udział miały w tym bębny, których dźwięk wprowadzał porządek i trzymał ich razem. Po jakimś czasie Serge stwierdził, że chyba wspinają się na jakieś niewielkie wzniesienie, co jeszcze bardziej utrudniało marsz. Jednocześnie wiatr zmienił kierunek i śnieg sypał mu teraz prosto w oczy, tak, że musiał iść z pochyloną, skręconą nieco w prawo głową. Nie tak wyobrażał sobie swoją pierwszą bitwę – w jego przekonaniu mieli atakować w pełnym słońcu, po trawiastej równinie, na której miałby niczym niezmącony widok na panoramę bitwy i łopoczące sztandary prowadzące do boju coraz to nowe jednostki. Tutaj natomiast zamiast z przeciwnikiem walczyli z pogodą, która coraz bardziej dawała im w kość. W pewnym momencie żołnierz po jego prawej poślizgnął się, ratując się poprzez złapanie rękawa jego płaszcza. Serge zachwiał się, ciągnięty w dół przez niezdarnego towarzysza, ledwo utrzymując się przy tym na nogach. Pomimo prób nie był w stanie patrzeć przed siebie dłużej niż przez krótką chwilę, gdyż uderzający w twarz śnieg wpadał mu prosto do oczu, a wdzierający się do uszu wiatr niemal go ogłuszał. Pochylony był jednak w stanie usłyszeć krzyki oficerów, zachęcających ich do wysiłku, nakazujących maszerować naprzód i zachowywać szyk.

– Co za gówno, zamarzniemy albo utoniemy w tym śniegu zanim znajdziemy Rosjan! – krzyczał ktoś po jego prawej. 

Serge zauważył, że całe jego ramiona pokryte są białych puchem i zaczął się zastanawiać ile tego białego łajna naleciało do lufy jego muszkietu. Z najwyższym wysiłkiem spojrzał przed siebie, ale widział tylko plecy kolegów z pierwszego i drugiego szeregu oraz niewyraźne zarysy sylwetek żołnierzy z kompanii maszerujących na czele batalionu. Wszędzie dalej świat był zupełnie niewidoczny, zagarnięty przez brutalną śnieżycę. Odniósł jednak wrażenie, że gdzieś z tyłu słyszy wystrzały z armat, wybuchy oraz krzyki, nie był jednak pewny, czy zawieja nie niosła odgłosów z zupełnie innego miejsca.

5, 10, 20 – starał się liczyć kolejne kroki, ale w końcu zrezygnował, skupiając się na walce z wiatrem, który w połączeniu ze śniegiem niemal zwalał go z nóg. Problem stał się na tyle poważny, że i tak poruszający się powoli batalion jeszcze bardziej zaczął zwalniać. W pewnym momencie jednak wichura nieco zelżała, podobnie jak opady śniegu, które przestały ich smagać po twarzach. Serge uniósł głowę i pierwsze co zobaczył, to dwóch żołnierzy odrywających się od szeregów prowadzących natarcie kompanii i usiłujących biec przez śnieg do tyłu. Znajdujący się obok kapral stanął jak wryty, zupełnie nie zwracając na nich uwagi. Gdy przeniósł wzrok nieco dalej, przez prześwit między kompaniami, jakieś kilkadziesiąt kroków przed nimi zobaczył niewyraźny zarys jakiś kształtów, które wyglądały jak skierowane w ich stronę armaty. ARMATY!!! 

– Chryste –  jęknął jeden z żołnierzy.

Nikt nie miał szans zdobyć się na żadną konkretniejszą reakcję, bo niemal w tej samej chwili działa zagrzmiały, a ich spiżowe lufy zionęły ogniem. Serge usłyszał liczne świsty wokół własnej głowy, wielu żołnierzy przed nim padło jakby zostali ścięci, częściowo zataczając się na stojących z tyłu kolegów i obryzgując wszystkich dookoła krwią. Prowadzące kompanie momentalnie zostały niemal starte z powierzchni ziemi, zostawiając po sobie garstkę zdezorientowanych żołnierzy.

– SCHYL SIĘ, STRZELAJĄ KARTACZAMI! – krzyknął do niego stojący obok brodaty żołnierz, który jeszcze niedawno dodawał mu otuchy. Serge spojrzał na niego, ale tylko po to żeby zobaczyć jak głowa jego towarzysza odskakuje do tyłu, otoczona czerwoną mgłą.

– Nie zapytałem go o imię – pomyślał zupełnie od rzeczy Serge, jednocześnie czując potężny ścisk w gardle, zdając sobie wreszcie sprawę, że właśnie z minimalnej odległości wali do nich artyleria, która zabija wszystkich dookoła. Umysł ostatecznie rozjaśniła mu czyjaś urwana ręka, lecąca tuż przed jego oczami. Część żołnierzy od razu zaczęła uciekać, inni próbowali się ratować padając na ziemię obok zmasakrowanych ciał towarzyszy oraz krzyczących rannych, rażonych małymi, metalowymi winogronami wylatującymi z ładunków kartaczowych, którymi z bliskiej odległości pluły do nich działa. Kolejne wystrzały, kolejne padające grupy zabitych i rannych żołnierzy. Do kartaczy dołączyły zwykłe kule armatnie, a jedna z nich przeleciała całkiem niedaleko, na wysokości kolan, urywając wszystkie kończyny jakie spotkała na swojej drodze. Serge, przerażony niemal na śmierć, już zamierzał rzucić się do ucieczki, ale do jego uszu dotarły czyjeś krzyki:

– STRZELAJCIE! STRZELAJCIE DO NICH DO DIABŁA! 

Niemal mimowolnie nieco się wyprostował, zwracając uwagę, że przed nim i obok nadal znajduje się zaskakująco dużo żołnierzy. Ignorując wszelkie zasady prawidłowej postawy strzeleckiej uniósł muszkiet, znalazł prześwit między sylwetkami towarzyszy i oddał strzał przed siebie, nie celując do nikogo ani do niczego konkretnego. Wzdrygnął się, gdy wokół niego rozległy się wystrzały z innych muszkietów. Co ma teraz robić?! Przeładowywać?! Nie, trzeba uciekać!!! Jego plan znowu przerwał krzyk siedzącego na koniu oficera, który nie wiadomo skąd pojawił się tuż za nimi:

– ATAKOWAĆ NA BAGNETY, NAPRZÓD, ZA MNĄ!!!

Energicznym sygnałem, przypominającym bicie serca, bębny zagrały sygnał do szarży. Żołnierze stojący przed Serge’m ruszyli z krzykiem naprzód, ale on sam zamarł, nie będąc pewnym co ma robić. Zaczęli mijać go żołnierze biegnący zza jego pleców, a w pewnej chwili ktoś szarpnął go za płaszcz, krzycząc:

– RUSZAJ SIĘ, JAK TU ZOSTANIESZ TO CIĘ ROZSTRZELAJĄ!

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress