Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Eknomos

W stronę atakującego wroga poleciały pierwsze pociski. Procarze celowali w zgrupowania na rufie przeciwnika, sprytnie zakładając, że tak jak u nich, to tam zgromadzeni będą marynarze odpowiadający za sterowanie i dowodzenie okrętem. Jednocześnie sternicy zaczęli odbijać w lewo. Wioślarze nie zdołali jednak odpowiednio rozpędzić okrętu i ucieczka nie przebiegała tak szybko jakby sobie tego życzyli. Hanno zaczął oceniać odległość dzielącą okręty i nie wydawało mu się żeby był w stanie dorzucić swój oszczep, przynajmniej nie teraz. Ktoś był jednak innego zdania i spróbował szczęścia, co skończyło się zmarnowaniem cennego pocisku, który z pluskiem wpadł do morza. Pomimo ich wysiłków Rzymianie zaczęli się zbliżać i zaraz mieli dokonać dokładnie tego co od początku zamierzali – zbliżyć dzioby na tyle aby umożliwić abordaż.  Na ich pokład zaczęły spadać strzały. Ciekawe, że nie zetknęli się w tej bitwie z wrogimi procarzami. Nie było jednak sensu rozwodzić się nad tą myślą, gdyż po kilku chwilach nerwowego wyczekiwania stało się jasne, że uniknięcie Rzymian jest już prawie niemożliwe. Jeden z marynarzy podbiegł do dowódców piechoty, nerwowo szepcząc im coś do ucha. 

– Bądźcie w gotowości, wiecie co macie zrobić! – powiedział Lysander, drugi rangą oficer ciężkozbrojnych – Ustawić się w szeregach, na mój sygnał wszyscy za dowódcą! 

Hanno ścisnął mocniej oszczepy w swojej prawej ręce i uważnie obserwował zbliżający się od ich prawej rzymski okręt.

– OSTRZELIWAĆ ICH! – okrzyk Milkpillesa był tak potężny, że nawet z drugiego końca okrętu bez problemu przebił się przez bitewna wrzawę. 

Hanno zareagował natychmiastowo, wyrzucając oszczep w kierunku rzymskiego okrętu. Nie spojrzał nawet gdzie wylądował, złapał za drugi i cisnął go w tę samą stronę. Tym razem zobaczył, że odbił się on od uformowanego przez Rzymian muru tarcz. W ich stronę także poleciały oszczepy, wprawdzie nikogo nie trafiając, ale unikając ich rozbiegali się po pokładzie, tym samym na chwilę przerywając własny ostrzał. Rozległy się przekleństwa, okrzyki nawołujące do atakowania oraz niestety okrzyki bólu, gdy rzymskie pociski zdołały znaleźć cel. Jeden z żołnierzy tak bardzo skupił się na ucieczce przed nadlatującymi oszczepami, że wpadł prosto na niego, a że był większy i cięższy, to w efekcie przewrócił go na pokład. Hanno zaklął na tamtego, ale błyskawicznie podniósł się na nogi. Jego wzrok spoczął teraz na dziobie rzymskiego okrętu, który nieubłaganie zbliżał się do ich jednostki. Przeniósł szybko spojrzenie na rzymski pomost, który właśnie był przekręcany w ich stronę i wkrótce miał zostać opuszczony na ich pokład. Któryś z procarzy popisał się precyzyjnym strzałem, trafiając w sam środek klatki piersiowej jednego z obsługujących pomost Rzymian. Dzioby okrętów właśnie się zetknęły, powodując niewielki wstrząs i odbicie się od siebie obu okrętów. Jeden z rzymskich żołnierzy odrzucił tarczę i podbiegł do trzymającego pomost masztu, zastępując trafionego towarzysza. Hanno zrozumiał, że to właśnie tam odbywa się kluczowa czynność i cisnął swój oszczep w tamtym kierunku, ale jego pocisk chybił o długość przedramienia. Zanim spryt i okrzyki dowódców skierowały w tamtą stronę uwagę większej liczby strzelców, kilku rzymskich żołnierzy odgrodziło obsługę własnymi tarczami, w które za chwilę uderzyły nadlatujące kamienie i oszczepy. Najgorszy koszmar stał się rzeczywistością. W przednią część ich pokładu z jękiem i hukiem uderzył pomost, prawie miażdżąc stojącego na jego drodze żołnierza, który na szczęście w ostatniej chwili odskoczył na bok. Pod wpływem uderzenia pokład zadrżał pod ich stopami. Podpływając Rzymianie złamali im tylko niewielką część wioseł, poczuł więc jak nadal desperacko próbują płynąć naprzód i zerwać śmiertelny uchwyt. Drewno trzeszczało i zgrzytało, a pomost zaczął się wyginać. Może jednak się uda? Nic z tego, wytrzymał, zostali unieruchomieni! Rozległ się okrzyk ,,za mną” i grupa kartagińskich ciężkozbrojnych rzuciła się w kierunku frontu okrętu i tkwiącego tam pomostu, jeszcze w biegu zaczynając formować szyk. Hanno przeniósł wzrok na wrogi okręt i zobaczył jak Rzymianin z końską kitą na hełmie krzyknął coś w swoim języku, jednocześnie unosząc do góry swój miecz. Reszta odpowiedziała mu okrzykiem i ruszyła za nim. Przetoczyli się przez swój pokład jak walec i parami wdarli się na pomost. W odpowiedzi najprzytomniejsi kartagińscy żołnierze od razu zarzucili ich pociskami. Hanno też chciał rzucić oszczep, ale zorientował się, że jego dłonie są puste, co kompletnie umknęło mu w dramaturgii rozgrywających się wydarzeń. Szybki rzut oka na lewo: jest stojak! Podbiegł do niego, jednocześnie patrząc jak Rzymianie przebiegają przez pomost i na jego końcu spotykają zwartą formację kartagińskich piechurów, którzy przeciwstawili im złączone tarcze oraz włócznie. Chwycił pierwszy oszczep i odwrócił się w stronę szarżujących przeciwników, akurat w chwili w której pierwsza para Rzymian zeskakiwała z pomostu na pokład. Pierwszy z nich już w biegu zasłonił się tarczą, ale stracił równowagę i upadł prosto pod stopy kartagińskiej formacji. Drugi zdołał się zasłonić swoją ogromną, owalną tarczą i odpychając na bok skierowane w jego stronę groty włóczni, starał się przebić na odległość pozwalającą użyć dzierżonego przez siebie krótkiego miecza. Kolejni Rzymianie zeskakiwali zaraz za nimi, mając już nieco więcej miejsca i zaczęli odpychać swoimi tarczami wrogą broń oraz żołnierzy. Hanno otrząsnął się z pierwszego szoku i rzucił oszczepem w kierunku pomostu, przez który przewalały się kolejne pary napastników. Trafił, ale bezskutecznie: Rzymianie skierowani byli w jego stronę swoim lewym bokiem, a w lewych rękach trzymali te swoje wielkie tarcze, co dawało im doskonałą ochronę w czasie natarcia. Pociski wyrzucane przez pozostałych również bezskutecznie odbijały się od osłon, a waga rzuconego oszczepu co najwyżej sprawiała, że po trafieniu w tarczę atakujący tracił nieco równowagi i zatrzymywał się na krótką chwilę. Hanno spojrzał na wrogi pokład i zauważył, że w kierunku tłoczących się ciężkozbrojnych zaczynają strzelać rzymscy łucznicy. Jedna ze strzał trafiła w udo stojącego w ostatnim szeregu żołnierza, przeszywając je na wylot. Rozległ się okrzyk i w odpowiedzi żołnierze na prawym skraju formacji zrobili zwrot w prawo, osłaniając resztę towarzyszy na tyle na ile zdołali. Hanno chciał właśnie zaatakować wrogiego łucznika, ale ktoś go ubiegł i trafił przeciwnika oszczepem. Drugiego załatwił któryś z procarzy. Nie czekając aż ktoś weźmie się za trzeciego Hanno rzucił swoim oszczepem, trafiając tamtego w okolice lewego barku. Tym przyciągnął uwagę innego łucznika, ale uratowała go tarcza, której nie zapomniał trzymać nad głową. Strzała przebiła ją na mniej więcej jedną trzecią długości i uderzyła go w czoło, w miejsce chronione przez hełm. W normalnych okolicznościach zostałby bez trudu przebity, gdyż składał się jedynie z warstwy cienkiej skóry, na którą nałożono jeszcze cieńszą blachę z brązu, ale na szczęście drewno tarczy wyhamowało impet uderzenia. Chwilę po tym liczniejsi kartagińscy procarze zajęli się pozostałymi łucznikami, którzy teraz byli albo martwi albo kulili się na pokładzie albo uciekli na rufę, nie chcąc przyciągać kolejnych pocisków. 

Hanno z trudem wyszarpał strzałę z tarczy i wyrzucił ją do morza. Następnie chwycił kolejny oszczep, ale tym razem przed wykonaniem rzutu najpierw spojrzał na ich własny pokład. Rzymianie nie zdobyli wiele terenu, powstrzymywała ich przed tym kartagińska formacja. Wywalczyli sobie jednak dwa, może trzy metry przestrzeni i nadal próbowali przepchnąć obrońców tarczami, zapewne chcąc zrobić miejsce dla kolejnych nadciągających żołnierzy. Zrobiło się tam tak ciasno, że walczący na przedzie Kartagińczycy nie mogli używać ani włóczni ani nawet swoich krótkich mieczy. Zdołał usłyszeć jak któryś z nich spanikował i głośnym krzykiem błagał, żeby towarzysze z tyłu przestali na niego napierać. Jakiekolwiek ciosy mogły spadać tylko z dalszych szeregów, a tutaj na szczęście dzięki swoim włóczniom przewagę mieli Kartagińczycy. Jakiś wysoki żołnierz stojący w drugiej linii uderzył po łuku od góry, znalazł lukę między głową jakiegoś Rzymianina a jego tarczą i trafił w nieosłoniętą część ciała. Nawet z tyłu widać było jak trysnęła krew, a z powodu ciasnoty ciało nie opadło, pozostając ściśnięte przez tarcze napierające od frontu i od pleców. Hanno pomagał jak mógł – rzucił oszczep w kierunku końca pomostu, w miejscu gdzie na ich pokład schodzili napastnicy, ale ten tylko wbił się w tarczę jednego z wrogów. Chwycił ze stojaka kolejny, ale nie widząc celu w który mógłby skutecznie rzucić stał nieruchomo i obserwował toczącą się przed nim walkę piechoty. Nigdy wcześniej nie widział walczących zwartych formacji i nawet na tak małą skalę wyglądało to fascynująco. Nagle jeden z Kartagińczyków stojących w pierwszym szeregu krzyknął i opadł w dół na wysokość głowy, przed dalszym upadkiem będąc powstrzymywanym przez napierające strony. W jakiś sposób Rzymianie zdołali znaleźć lukę w obronie: może przyklęknęli i zaczęli ciąć po pozbawionych nagolennic nogach. Jakkolwiek by nie było, to zachwiało to pewnością siebie i odwagą Kartagińczyków znajdujących się w pierwszym szeregu, którzy od razu zaczęli się cofać, napierając na towarzyszy za swoimi plecami, wymuszając przy tym krzykiem cofnięcie się, samemu chcąc jak najszybciej uciec z niebezpiecznej strefy. W końcu dopięli swego i cała kartagińska formacja cofnęła się o kilka kroków, odrywając się od wroga mniej więcej na długość włóczni. Rzymianie nie próbowali utrzymać zwarcia, bo ci którzy znajdowali się z przodu sami byli ledwie żywi, przez dłuższą chwilę będąc zgniatanymi na kartagińskich tarczach przez popychających ich z tyłu towarzyszy. Fakty były jednak takie, że nie ponosząc ani nawet nie zadając większych strat Rzymianie zdobyli wystarczająco przestrzeni, aby wpuścić na pokład kolejnych żołnierzy.

Ktoś szarpnął go za ramię. Hanno zobaczył spoconą twarz i pełne obłędu oczy Milkpillesa, który lewą dłonią objął go za głowę, kładąc ją na tyle jego hełmu. 

– Rusz się i walcz, bo wszyscy tu zginiemy. – wydyszał mu prosto w twarz, obryzgując go przy tym śliną. – Jesteś ślepy, czy głupi? Tamtych jest dwa razy więcej, jak się zaraz nie rzucicie do walki to wszystkich nas pozabijają! 

Kończąc tę krótką tyrradę odepchnął jego głowę i podbiegł do kolejnego stojącego na tyłach lekkozbrojnego. Hanno przestraszył się furii oraz groźby w jego głosie i nie potrzebując dodatkowych zachęt w jednej chwili omiótł wzrokiem Rzymian. Zrozumiał, że dowódca miał rację. Rzymska załoga była liczniejsza, a kartagińska falanga była jak mała tama próbująca powstrzymać rzekę wrogów. Postanowił zaryzykować i lewą nogę postawił na relingu, uniósł się na niej i rzucił oszczep na głowami Kartagińczyków, nie celując w nikogo konkretnego. Bezskutecznie, pocisk znowu odbił się od tarczy, ale przynajmniej jego niedoszła ofiara przestała napierać naprzód, zasłaniając się w obawie przed kolejnymi pociskami. Ktoś inny miał więcej szczęścia, bo jeden z oszczepów trafił w przestrzeń między hełmem i tarczą jakiegoś żołnierza. Po wykonanym rzucie jego prawa noga opadła na pokład, biorąc na siebie ciężar reszty ciała. Chciał złapać za kolejny oszczep ze stojaka, ale ten był pusty. Nawet nie wiedział kto i kiedy zdążył go opróżnić. Zażarcie walcząc kartagińska falanga zwarła szeregi i nie cofała się na tę chwilę ani na krok, twardo wytrzymując napór Rzymian, którzy kolejnymi falami wlewali się na pokład. Pod stopami Kartagińczyków znalazły się kolejne dwa ciała zabitych lub rannych wrogów. Pobiegł szukać zapasu pocisków, uważając żeby nie wejść w linię strzału procarzy. Tuż obok niego przeleciał oszczep – przeciwnicy którzy jeszcze nie dokonali abordażu znowu zaczęli w ten sposób wspomagać swoich towarzyszy, ale na szczęście mało skutecznie, bo intensywny ostrzał z kartagińskiego okrętu zmuszał ich przede wszystkim do chowania się za własnymi tarczami. Gdzie te oszczepy? – zastanawiał się, gorączkowo rozglądając się na boki. Nic już nie ma? Podbiegł nieco do tyłu, obijając się o innych, niezwracających na niego uwagi lekkozbrojnych, skupionych na wyszukiwaniu celów. Jest! Zauważył kolejny ze stojaków, przy którym stało jeszcze kilka sztuk. Złapał od raz dwa i zaczął szukać miejsca w które mógłby je rzucić. Falanga znowu cofnęła się o krok, Rzymianie napierali, pewnie skracając dystans, wykorzystując swoje tarcze jako broń ofensywną. Do diaska, gdzie rzucić ten oszczep? Przed sobą miał plecy ciężkozbrojnych. Rzucając nad nimi pewnie w nikogo nie trafi, bo oszczep nie zdoła opaść na cel. W pomost? Ściana tarcz, bez sensu. Chyba, że cofnie się na rufę? Odwrócił się i pobiegł na tył okrętu. Zgromadziło się tutaj kilkunastu innych lekkozbrojnych, w szczególności procarzy, którzy wpadli na ten sam pomysł. Ocenił odległość, spróbował wyczuć dystans i wyrzucił pocisk w stronę Rzymian, nad głowami kartagińskiej piechoty. Za wysoko! Zaczął zastanawiać się, czy jest sens rzucać kolejny, ale od myślenia oderwał go okrzyk za plecami. 

– ZEJDŹ MI Z OCZU, ZASŁANIASZ LINIĘ STRZAŁU! – usłyszał. 

Obrócił się i zobaczył, że to jeden z procarzy z wściekłością próbuje znaleźć miejsce do oddania strzału. W pierwszej chwili miał ochotę odkrzyczeć, że tu nie ma miejsca i nie ma gdzie się przesunąć. Zamiast tego odwrócił się plecami do relingu i stanął na skraju okrętu najbardziej jak było to możliwe, uwalniając dla tamtego trochę przestrzeni. Szybki obrót procą, wypuszczenie rzemienia. Pocisk przeleciał tak szybko, że Hanno nie był nawet w stanie śledzić jego lotu. Odwrócił się jednak w stronę walczących akurat żeby zobaczyć katastrofę. Kartagińska falanga w końcu nie wytrzymała naporu liczniejszego przeciwnika i zaczęła pękać pod jego naporem. Może ciało któregoś zabitego spadło w jakiś niefortunny sposób pod nogi kolegów, może ktoś się potknął i przewrócił innych – cokolwiek to spowodowało, w kartagińskiej linii pojawiła się wyrwa, która natychmiast została wykorzystana przez przeciwnika. Któryś z rzymskich żołnierzy wdarł się w powstałą lukę, ale został dźgnięty mieczem przez jednego z Kartagińczyków starającego się opanować sytuację. Zaraz na jego miejscu pojawił się jednak następny, a za nim kolejni, zapobiegając ponownemu zamknięciu szyku. Walczący najbliżej, po tym jak zostali odepchnięci na bok, odruchowo zaczęli się cofać, aby uniknąć ataków z dwóch stron, tym samym do reszty rozluźniając formację. Walka trwała, ale zamieniła się w chaotyczne i bardzo krwawe starcie. Większość Kartagińczyków odrzuciła włócznie i wyciągnęła krótkie miecze. Jeden z żołnierzy zgiął się wpół trafiony w brzuch rantem tarczy. Kompletnie tracąc orientację w zdarzeniach Hanno rzucił swoim oszczepem przez prześwit między walczącymi, w kierunku nadbiegających Rzymian. W nerwach całkowicie zepsuł rzut, gdyż oszczep poleciał krzywo i zamiast grotem uderzył drzewcem. To był jego ostatni pocisk, nie widział w pobliżu żadnych zapasów, a walka już przeniosła się na środek pokładu. Pozostało mu wyciągnąć własny miecz. Złapał za rękojeść, pociągnął nerwowo kilka razy i w końcu udało mu się wyszarpać go z pochwy. Rozpaczliwie zaczął rozglądać się dookoła, mając nadzieję, że przyjdzie im z pomocą jakiś kartagiński okręt, ale nie zauważył nikogo, kto byłby nimi w najmniejszy sposób zainteresowany – najbliższe kartagińskie jednostki zajęte były walką albo płynęły w przeciwnym kierunku.

– DO ATAKU, WALCZYĆ! – ktoś z tyłu próbował przekonać ich do stawienia czoła wrogowi. 

Na ten odgłos Hanno chciał ruszyć naprzód, ale po zrobieniu kroku zamarł, widząc jak jakiś Rzymianin wbił swój miecz w udo jednego z ich żołnierzy. Zabrzmiał okrzyk bólu, trysnęła krew, Kartagińczyk upadł na pokład najpierw na kolana, a następnie resztą ciała, odepchnięty tarczą swojego oprawcy. Po lewej, tuż przy burcie, na innego Kartagińczyka zaszarżował kolejny z napastników, ale tamten sprawnie zrobił krok w prawo i dzierżoną w lewej ręce tarczą potężnym uderzeniem na odlew rąbnął nacierającego. Siła uderzenia była tak duża, że Rzymianin zachwiał się i z krzykiem wpadł do morza. Ten widok dodał mu trochę odwagi, ale zdecydował się na atak dopiero gdy zobaczył, że Milkpilles osobiście zaszarżował na przeciwnika. Rzymianie kryjąc się za swoimi wielkimi, wypukłymi tarczami parli naprzód, maksymalnie skracając dystans i dźgając pod i nad tarczami obrońców.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress