Rój okrętów był miejscami tak gęsty, iż zdawał się wypełniać całą otaczającą ich powierzchnię morza. Dało się jednak zauważyć coś jeszcze. Czy to może być to o czym myśli? Przymrużył oczy i odniósł wrażenie, że do bitewnego chaosu dołączają kolejne okręty, tak jakby zdołały się oderwać, przegrupować i teraz przeprowadzały wspólny kontratak. Tak mu się wydawało, ale z drugiej strony od momentu, gdy ich eskadra pierwszy raz starła się z Rzymianami nie widział aby aż tyle okrętów skierowanych było w tę samą stronę i poruszało się jak jedno ugrupowanie, natomiast teraz zdołał ich naliczyć co najmniej 15. Nie, nawet 20, a ciągle pojawiały się kolejne i jeden po drugim wpadały między walczących. W tym momencie przypomniał sobie słowa, które wypowiedział jakiś czas temu na pokładzie jeden z żołnierzy: ponoć ich lewe skrzydło pobiło Rzymian i wkrótce miało do nich dołączyć. Poczuł, że ogarnia go euforia, bo przybycie posiłków mogłoby pomóc wyjść z patowej sytuacji w jakiej się znaleźli, gdyż jak dotąd w miejscu w którym walczyli nikt jeszcze nie osiągnął jakiejś znaczącej przewagi. Gdyby dołączyło do nich kilkadziesiąt okrętów, to na pewno zdołaliby przechylić szalę na swoją korzyść.
– Bogowie zlitujcie się. – wypowiedział nagle jakiś pełen rozpaczy głos.
Popatrzył w stronę z której dochodził i zobaczył, że wypowiedział je zastępca kapitana. Na twarzy spokojnego dotąd oficera pojawił się wyraz szoku i strachu.
– Rzymianie, nadciągają Rzymianie! – krzyknął ktoś.
– Gdzie? Skąd? – przez pokład przelała się fala gorączkowych pytań.
Nie mógł w to uwierzyć. Jeszcze raz spojrzał w kierunku z którego napływały okręty, ale tym razem od razu zacisnął zęby i musiał przestać się oszukiwać, bo kształt kadłubów i dodatkowa konstrukcja na dziobie jasno wskazywały, że musieli to być Rzymianie. Czy to jakieś ukryte posiłki? Może pokonali ich sojuszników w innym miejscu i teraz szli na pomoc pozostałym? Nieważne, liczyło się tylko to, że przeciwnik zostanie wzmocniony. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła, gdyż jeszcze przed chwilą cieszył się, że dodatkowe wsparcie pomoże im odnieść zwycięstwo. Co jednak mają teraz zrobić? Jego wzrok powędrował w stronę kapitana, który prowadził gorączkową rozmowę z kilkoma oficerami. W pewnym momencie przerwał ją jednak charakterystyczny dźwięk kartagińskiej trąby, rozlegający się daleko po ich lewej. Obrócili się w tym kierunku, ale nie sposób było rozpoznać z którego okrętu pochodził. Sygnał wybrzmiał ponownie, a wkrótce potem ich własny okręt zaczął nawracać w tamtą stronę. Tylko w jakim celu? Chęć poznania zamiarów kapitana była silna, ale nie było sensu zadawania głośnych pytań, bo ci którzy wiedzieli co się dzieje i tak nie będą tracić czasu na tłumaczenia. Po chwili obrali kurs i ruszyli naprzód. Niestety jeszcze wyraźniejszy stał się problem który zauważył już wcześniej – poruszali się bardzo wolno! Rozlegały się okrzyki zachęty, groźby oraz prośby. Nic z tego. Wioślarze na ten moment byli wyczerpani i wyraźnie potrzebowali dłuższej chwili odpoczynku. Problem w tym, że nie miało być im to dane, bo bierność mogła być równoznaczna ze śmiercią, gdyż Rzymianie nieustannie próbowali przeprowadzać kolejne ataki. Być może walka nie wyczerpała ich w takim samym stopniu jak Kartagińczyków, bo w toku bitwy wykonywali znacznie mniej skomplikowanych manewrów i teraz również nie potrzebowali wiele aby odnieść sukces – wystarczyło podpłynąć do nich na długość pomostu.
Część kartagińskich okrętów ruszyła w kierunku z którego dochodziły sygnały dźwiękowe, ale większość sojuszniczych jednostek była odcięta przez masy coraz liczniejszych Rzymian lub w ogóle została unieruchomiona przez pomosty. Na szczęście oni nie zostali jeszcze bezpośrednio zaatakowani, ale żeby dotrzeć do celu (jakikolwiek by on nie był) będą musieli jakoś przedrzeć się przez gąszcz Rzymian. Płynąc słyszeli stukot drewna, gdy ich taran uderzał we fragmenty zniszczonych okrętów. W pewnym momencie Hanno poczuł, że wiosła przestały pracować i okręt zaczyna zwalniać. Nawet nie usłyszał już rozkazów, które mogły wywołać taką reakcję. Jednakże spojrzenie naprzód wszystko wyjaśniło – przed nimi pojawiło się co najmniej kilkanaście nowych rzymskich okrętów. Niemała grupa Kartagińczyków znalazła się w samym środku wrogiego ugrupowania. Wyraźnie było czuć, że dowództwo ich okrętu waha się co robić dalej. W podjęciu decyzji pomogła im scena, która właśnie rozegrała się przed ich oczami. Jedna z kartagińskich jednostek próbując przedrzeć się przez chmarę Rzymian nie zauważyła wroga atakującego z flanki, poruszającego się przy tym z bardzo dużą prędkością. Z ogromnym hukiem Rzymianie wbili się taranem w bok Kartagińczyków, a siła uderzenia była tak potężna, że praktycznie przepołowiła okręt na pół. Ten widok wystarczył ich kapitanowi w zupełności. Zrezygnowali z poprzedniego kursu i zaczęli wykonywać delikatny zwrot w lewo. Wyglądało na to, że chcą wyrwać się z kotła, w jakiś sposób okrążając największą strefę walk. Hanno nie mógł oderwać wzroku od zmiażdżonego przed chwilą okrętu. Rzymianie nie musieli nawet specjalnie się wycofywać, bo dwie połówki kartagińskiej jednostki po prostu popłynęły w przeciwnych kierunkach, uwalniając swojego oprawcę. Tafla wody została zasypana dalszymi masami ludzi, drewna i sprzętu.
– WRÓG ZA PLECAMI. – rozległ się czyjś okrzyk.
Wraz z większością załogi odwrócił się gwałtownie do tyłu, spodziewając się widoku nacierających na nich rzymskich okrętów. Okazało się jednak, że te rzeczywiście się tam znajdowały, ale żaden nie wydawał się nimi bezpośrednio zainteresowany. Wyglądało na to, że nerwy i panika zaczęły wdzierać się do serc załogi, zabierając zdolność do rzetelnej oceny sytuacji. Nikomu nawet nie chciało się specjalnie skomentować tego niepotrzebnego, emocjonalnego wybuchu, wszyscy stali w milczeniu, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. Osobą która nadal zachowywała zimną krew był jednak kapitan, pomimo wcześniejszego szoku spowodowanego nadejściem rzymskich posiłków. Oceniając jego mimikę wydawało się, że dobrze orientował się w sytuacji i wiedział co powinni zrobić. Być może sytuacja nie była jednak taka zła i nadal mogli zwyciężyć przeciwnika. Kolejny raz wykrzyczano rozkazy, kolejny raz wiosła uderzyły o wodę, pchając ich okręt w kierunku wyjścia z tego kłębowiska śmierci i zniszczenia. Hanno miał wrażenie, że pomiędzy rozproszonymi okrętami znajduje się luka, trochę jak ścieżka na końcu której była przestrzeń pozwalająca na wyrwanie się z kotła, złapanie oddechu, krótki odpoczynek i kontynuowanie walki. Powoli płynęli naprzód, ze wszystkich stron wypatrując zagrożenia. W pewnej odległości od nich drogę przecięła im kartagińska jednostka, która płynęła w wir największej walki, co mogło zostać uznane zarówno za odwagę jak i za świadectwo kiepskiego zmysłu taktycznego ich kapitana. Za nią podążała kolejna, ale została dogoniona przez Rzymian, którzy najpierw roznieśli im w drzazgi rząd wioseł po ich prawej (jednocześnie poświęcając przy tym część własnych, które spotkał taki sam los), a następnie unieruchomili zwalniający kartagiński okręt, opuszczając na niego pomost. Przy tej okazji Hanno zauważył, że na końcu tego pomostu znajdował się ogromny kolec i to on wbijając się w pokład uniemożliwiał ucieczkę atakowanego okrętu. Jakoś wcześniej nie zwrócił uwagi na ten szczegół.
Przecięli pienisty ślad pozostawiony na wodzie przez kartagiński okręt, który przed chwilą przed nimi przepłyną i w pełnej ciszy parli naprzód. Było jednak jasne, że ta swoboda ruchu nie mogła trwać zbyt długo. Przepłynęli za rufą jakiejś rzymskiej jednostki, minęli połączoną pomostem kartagińsko-rzymską parę, przemknęli obok znajdującego się po prawej, równolegle do nich rzymskiego okrętu, który jednak nawet gdyby chciał, to z uwagi na znacznie mniejszą prędkość nie byłby w stanie rozpocząć pościgu. Jednakże wkrótce potem jedna z rzymskich jednostek w końcu postanowiła przystąpić do ataku. To, że ją zauważyli zawdzięczali wyłącznie spostrzegawczości oraz doświadczeniu swojej marynarskiej załogi. Rzymianie nie nadciągali od frontu, ale z ich prawej flanki. Nie próbowali przy tym ustawić się prostopadle do ich okrętu w celu przeprowadzenia taranowania. Rzymianie skierowali dziób swojego okrętu w stronę dziobu ich okrętu, zupełnie jakby próbowali doprowadzić do zetknięcia się przez tarany. Hanno nie był zawodowym marynarzem, ale wydawało mu się, że rozumie zamiary wroga. Próbując przeprowadzić taranowanie Rzymianie musieliby wykonać ostrzejszy zwrot w lewo, tracąc przy tym sporo prędkości, co z kolei umożliwiłoby im łatwą ucieczkę, bez potrzeby zmieniania kursu. Zamiast tego rzymski dowódca wolał cierpliwie poczekać, aby oba okręty prąc naprzód zbliżały się powoli do tego samego punktu, na długość pomostu. Na początku bitwy zapewne bez problemu zdołaliby wyprzedzić wolniejszy rzymski okręt, ale teraz nie było to takie pewne, tym bardziej, że Rzymianie wcale nie musieli ich prześcigać – wystarczyło aby zbliżyli się na tyle, aby przechwycić ich za pomocą pomostu.