Na ten moment i na jego szczęście starali się jednak przyjąć realizowaną do tej pory taktykę, czyli unikać Rzymian, manewrować i czekać na dogodną okazję do ataku. Wydawało się, że niedługo może się taka nadarzyć: jakiś rzymski kapitan kierował swój okręt w stronę któregoś z kartagińskich okrętów i wyglądało na to, że będzie dało się ich zaskoczyć.
– Jak się trzymasz? – rzucił do niego Aqhat, który nagle pojawił się tuż obok.
– Jakoś… – rzucił krótko Hanno znużonym głosem. – Jeszcze żyję, niczym mnie nie trafili – dodał.
– Słyszałem rozmowę marynarzy z naszym kapitanem. – powiedział Aqhat ignorując jego zdawkowe odpowiedzi. – Podobno zauważyli, że nasza lewa flanka zepchnęła Rzymian w kierunku brzegu. Według nich wyglądało na to, że zupełnie ich rozbili i wkrótce powinni przypłynąć do nas ze wspar…
Potężny huk przerwał mu wpół słowa. Gwałtownie odwrócili się w prawo, skąd dochodził dźwięk. Jego źródłem okazał się pękający na pół kadłub tonącego okrętu, którego dziób znajdował się pod wodą, a część rufowa, unosząca się dotąd nad taflą, nie wytrzymała naprężenia i oderwała się od tonącej pozostałości. Z rufy do wody spadło co najmniej kilkunastu ludzi, którzy wcześniej tłoczyli się na części, która jeszcze nie zatonęła. Hanno chciał to skomentować, ale ich okręt dokonał nagłej i gwałtownej zmiany kursu. Zanim zdążył otworzyć buzię poleciał więc do przodu, wystawiając przed siebie ściskające oszczep oraz tarczę ręce. Upadł na kolana i na kostki dłoni. Aqhat wylądował w podobnej pozycji, tak samo jak kilku innych nieuważnych żołnierzy. Hanno podniósł się najszybciej jak potrafił, próbując ocenić uszkodzenia ciała. Bolało go prawe kolano i przetarte o drewniany pokład kostki dłoni, z których częściowo zdarł skórę. Były to drobnostki, dlatego od razu przeniósł uwagę na najważniejsza sprawę: co spowodowało ten nagły wstrząs? Przyczyną nie było uderzenie innego okrętu, chyba też nie zatrzymali się na żadnej przeszkodzie, bo nadal poruszali się naprzód. Odpowiedzią była wskazująca na coś ręka jednego z żołnierzy. Okazało się, że powodem był jeden z rzymskich okrętów, który dojrzał ich zamiary lub po prostu dogodne dla niego ustawienie i postanowił zaatakować. Zmusiło ich to do zaniechania własnego natarcia i skupieniu się na utrzymywaniu dystansu. Tamten nie miał najmniejszych szans aby ich dogonić, ale jednocześnie oni mogli zapomnieć o swoim wcześniejszym planie, a także ewentualnych próbach wymanewrowania napastnika – było na to po prostu zbyt ciasno i każda próba wykonania nawrotu naprowadziłaby ich w pobliże innego rzymskiego okrętu, niekoniecznie w sposób który byłby dla nich korzystny. Płynęli więc przed siebie, coraz bardziej tracąc kontrolę nad tym gdzie i kiedy zaraz się znajdą, gdyż wolne przestrzenie pojawiały się i znikały w błyskawicznym tempie. Byli na tyle blisko wroga, że procarze mogli pokusić się o próby ostrzelania Rzymian, co raz po raz czynili, wypuszczając swoje pociski w stronę wrogich pokładów i stłoczonych na nich ludzi. Niestety takie okazje wykorzystywali też Rzymianie i po jakimś czasie z powodu ostrzału poważnie ranny został jeden z ciężkozbrojnych.
Hanno czuł pulsujący ból w kolanie i dłoniach, ale najbardziej dokuczał mu zwiększający się z każdą chwilą stres. Jego tunika była cała mokra i to nie od wody, a raczej od spływającego z niego potu. Gardło wyschło mu w zupełności, więc pomimo niepewnej, zmieniającej się co chwilę sytuacji zdecydował się otworzyć swój mały bukłak z rozcieńczonym winem. Odstawił na pokład oszczep oraz tarczę, wyciągną go zza pasa, drżącą lewą dłonią odkorkował, a następnie przyłożył szyjkę do ust i wychylił, wlewając w siebie jego zawartość. Wina wystarczyło na kilka dużych łyków. Ostatek zatrzymał w ustach, przepłukał je i dopiero połknął. Pozbawił się więc ostatniego zapasu płynów, ale było mu wszystko jedno. Był zbyt spragniony, zbyt zmęczony i zbyt sfrustrowany żeby myśleć o tym co będzie potem. Liczyło się tylko to, że umierał z pragnienia i potrzebował czegoś, co ukoiłoby jego nerwy. Na ani jedno ani drugie wina mu nie wystarczyło, stał więc ze spuszczoną głową zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby skoczyć do morza, uczepić się jakiegoś fragmentu wiosła i spróbować dobić do brzegu. Fuknął głośno odganiając od siebie te niedorzeczne myśli i podniósł swoją broń, uważnie rozglądając się dookoła.
W zasięgu jego pocisków nie było żadnego rzymskiego okrętu, ale za to w ich pobliżu znalazły się dwie kartagińskie jednostki. Kapitanowie zaczęli do siebie machać chorągiewkami i coś pokazywać rękami. Próbowali też krzyczeć, ale niesione nad wodą odgłosy walczących skutecznie ich zagłuszyły. W każdym razie chyba zdołali się porozumieć, bo obrali wspólny kurs, zmierzając w stronę najbliższej grupy walczących. Na cel obrali dwa wrogie okręty, wyglądające niemal jak poruszająca się wspólnie para. Bicie bębna ponownie przybrało bardziej intensywny ton. Rzymianie byli zwróceni w ich stronę dziobami, taranowanie nie było więc możliwe. Po chwili zaczęli wykonywać jedyny oczywisty manewr: zaczęli oflankowywać płynących blisko siebie przeciwników. Dwa kartagińskie okręty wybrały lewą, a oni prawą stronę. W miarę jak zbliżali się do wroga musieli odbijać w prawo, bo Rzymianie oczywiście próbowali jak najbardziej skrócić dystans. Spowodowało to stopniowe rozdzielanie się obu rzymskich jednostek. Jeszcze chwila i przeciwnik miał wejść w zasięg ich broni dystansowej.
– Macie ich zasypać gradem pocisków, nie chcę widzieć żadnego strzelca stojącego bezczynnie! – krzyczał dowódca, szybkim krokiem przechodząc między swoimi ludźmi.
Ponownie najpierw do akcji wkroczyli procarze. Wkrótce jednak dystans uległ zmniejszeniu i Hanno oraz pozostali zaraz mogli zrobić użytek ze swoich oszczepów. Jakiś narwany Rzymianin wyrzucił swój zbyt wcześnie i można było zobaczyć jak z pluskiem wpada do wody. Po jego prawej mignęła mu sylwetka człowieka wykonującego krok naprzód. Świsnął rzemień i kolejny wyrzucony z procy pocisk poleciał naprzód, tym razem nie parabolicznie, a niemal na wprost. Hanno przygotował się do rzutu, prawą nogę ustawiając nieco z tyłu. Zbliżali się na odległość rzutu. Jeszcze chwila…moment…teraz! Rzucił oszczep, ale ten utkwił w uformowanej przez Rzymian ścianie tarcz. Chwycił kolejny, ale aby go cisnąć musiał już odwrócić się za siebie, gdyż dosyć szybko minęli się z wrogim okrętem. Wykonał rzut, ale nie zdołał ocenić gdzie wylądował pocisk. O dziwo przeciwnik nie odpowiadał ostrzałem i udało się minąć Rzymian, którzy nie zdołali zbliżyć się na tyle, aby przechwycić ich swoim pomostem. Od razu zaczęli wykonywać zwrot, chcąc wymanewrować Rzymian i jednocześnie uniknąć zbliżenia do innych, krążących dookoła okrętów. Drugi z kartagińskich okrętów prowadził z przeciwnikiem identyczną grę. Mogli teraz zauważyć jaka była rola trzeciego okrętu: podczas gdy oni zajęli uwagę Rzymian, tamten miał za zadanie ustawić się w sposób umożliwiający taranowanie jednego z nich. Problem w tym, że wszelkie manewry jego załoga musiała wykonywać na zdecydowanie zbyt małym obszarze, przez co dokonując ciasnego zwrotu stracili wiele ze swojej prędkości. Jednocześnie minięci przez nich Rzymianie sami zaczęli nawracać, chcąc ponownie ustawić się frontem do Kartagińczyków. W efekcie po dokonaniu nawrotu i ponownym ruszeniu naprzód w stronę Rzymian, trzeci kartagiński okręt nie miał wiele miejsca na rozpędzenie się. Hanno widział jak ich wiosła wykonują kilka mocnych pociągnięć, a taran na dziobie zmierza wprost w kierunku wrogiej jednostki. Rzymianie nie zdołali uciec, Kartagińczycy połamali im część wioseł, uderzyli z hukiem w kadłub i…nic się nie wydarzyło. Taran bezskutecznie odbił się od grubego drewna. Manewry Rzymian sprawiły, że kąt uderzenia był zbyt mały, a jeśli dodać do tego niewielką prędkość, to ostateczna siła uderzenia okazała się niewystarczająca do przebicia się przez drewno. Rzymianie nie mogli przepuścić takiej okazji. Przetrzymując natarcie natychmiast przeprowadzili kontratak, przekręcając pomost w kierunku przeciwnika i opuszczając go na swojego niedoszłego oprawcę. Następnie natychmiast ruszyła ich piechota, z zamiarem przejęcia okrętu. Drugi z kartagińskich okrętów uczestniczący w tej potyczce próbował wesprzeć ich ostrzałem, ale nic ponadto, nie odważyli się zbliżyć aby spróbować taranowania, czy po prostu popchnięcia rzymskiej jednostki, w celu zerwania pomostu. Dlaczego? Przecież mieli ku temu idealną okazję! Być może też nie zdołaliby przebić się przez kadłub, ale mogli chociaż spróbować, przecież Rzymianie nie mieli drugiego pomostu. Hanno pobiegł w kierunku stojaka z oszczepami. Poczekał aż osoba przed nim pobierze swój zapas, na następnie sam zabrał dwa, zastępując te które przed chwilą wyrzucił. Chciał trzy, ale więcej nie było, trzeba rozejrzeć się za pozostałymi zapasami. Oni również nie ruszali z pomocą, trzymając się od Rzymian jeszcze dalej niż tamci, pomimo, że we dwójkę mogliby spróbować zniszczyć drugi z rzymskich okrętów. Kompletnie nie rozumiał co się dzieje.
– Trzeba im pomóc. – wyrwało mu się z gardła.
Jego głos zwrócił uwagę kilkunastu osób, część go podchwyciła, ale niektórzy popatrzyli na niego jak na głupca. Kapitan i jego sternicy w ogóle go nie usłyszeli, zajęci tym, co sami uznawali za istotne. I nie bez powodu: drugi z rzymskich okrętów, ten sam który przed chwilą wyminęli, nawrócił i wyraźnie zamierzał obrać kurs prosto na nich. Zaczęli kontrować jego manewr i po kilku chwilach zdołali oddalić się na bezpieczną odległość, bezceremonialnie porzucając swoich sojuszników. Rzymianie zwolnili, wydawało się, że nie mogą się zdecydować czy powinni ich ścigać, czy zrezygnować i zająć się pozostałymi dwoma kartagińskimi jednostkami. Hanno zauważył jednak pewną zmianę w ich własnym manewrze ucieczkowym: odbywał się przeraźliwie wolno! Szybkość i dynamika z początku bitwy poszła w zapomnienie, wiosła uderzały o wodę w coraz większych odstępach czasowych, a rozkazy wykrzykiwane były coraz bardziej zachrypniętymi głosami. Załoga najzwyczajniej w świecie opadała z sił. Wioślarze od dłuższego czasu wykonywali kolejne serie skomplikowanych manewrów i nie byli w stanie powtarzać tego w nieskończoność. Cała ich taktyka opierała się na sprawności działania załogi, musieli angażować ją w znacznie większym stopniu niż Rzymianie, szczególnie gdy na manewry było tak niewiele miejsca. To samo musiało dotyczyć innych kartagińskich okrętów. Przeszedł go dreszcz, utrata ich największego atutu mogła skończyć się dla nich tragicznie. Chwilowo udało im się obrać kurs, który pozwolił uniknąć nacierającego rzymskiego okrętu, ale zaraz pojawił się następny, który zmierzał prosto w ich kierunku i to najprawdopodobniej z zamiarem taranowania. Nadludzkim wysiłkiem potęgowanym przez już nawet nie krzyki, ale wrzaski oficerów, sternicy i wioślarze zdołali uniknąć zderzenia. Wydawało się, że Rzymianie mimo to zrzucą pomost, gdyż znaleźli się naprawdę blisko, ale z jakiegoś powodu tego nie uczynili. Być może próba opuszczenia mogła skończyć się jego zerwaniem przez siłę wygenerowaną przez poruszające się w przeciwnych kierunkach okręty. Hanno całkowicie zamarł, gdy mijali się z Rzymianami i nie wykorzystał żadnego ze swoich oszczepów. Po prostu stał i patrzył jak tamci przepłynęli tuż obok, bezczynnie czekając co zaraz nastąpi. Tym razem to Rzymianie zachowali więcej przytomności i jakiś łucznik z bliskiej odległości trafił jednego z żołnierzy w bark. Rozległ się krzyk, trafiony upadł na kolana i zgiął się w bólu, trzymając lewą rękę tuż pod miejscem gdzie strzała wbiła się w ciało. Jeden z jego towarzyszy podbiegł i brutalnie wyrwał ją gwałtownym pociągnięciem za promień, wywołując kolejną serię krzyków. Co za dureń, jeżeli była to strzała z zadziorem, to razem z nią musiał wyrwać mu pokaźny kawałek ciała. Krew błyskawicznie zaczerwieniła jasną tunikę rannego. Hanno odwrócił się za siebie i zobaczył, że uciekali zostawiając Rzymian za sobą. Za nimi zrobiło się po prostu za gęsto i dłuższe pozostawanie w tym miejscu groziło abordażem, gdyż nie byli w stanie unikać wszystkich kręcących się dookoła okrętów. Płynęli więc powoli przed siebie, chcąc dać wioślarzom odrobinę wytchnienia, chociaż najlepiej byłoby przez chwilę podryfować na morzu, pozwalając im na chwilę prawdziwego odpoczynku. Minęli jakiegoś krzyczącego, dławiącego się wodą i machającego do nich rozbitka, całkowicie go ignorując oraz roztrącali na boki unoszące się na wodzie drewniane elementy zniszczonych okrętów. Nie miał pojęcia czy mieli jakiś konkretny cel, bo przed nimi, całkiem niedaleko, znajdowały się chmary okrętów. Być może liczyli, że któryś wystawi się na taranowanie i będą mogli wykorzystać okazję, ale jednocześnie z każdej strony toczyły się walki i musieli liczyć się z tym, że zaraz to oni zostaną celem kolejnej próby ataku.