Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Eknomos

Oni sami po oderwaniu się od zniszczonego przez siebie okrętu nie pozostawali w miejscu, ale starali się przemieszczać, szukając dogodnej okazji do walki. Gdy kolejne ruchy wioseł niestrudzenie poruszały ich okrętem, przed oczami powoli przesuwał się krajobraz bitwy, pozwalający dostrzec coraz to nowe szczegóły trwającego starcia. W pewnej chwili zostali świadkami wspaniałego manewru. Do kartagińskiego okrętu, od strony jego rufy, zbliżała się rzymska jednostka, z zamiarem przechwycenia jej za pomocą pomostu. Kartagiński kapitan albo musiał zauważyć zagrożenie dosłownie w ostatniej chwili albo specjalnie wyczekał przeciwnika i gdy ich okręty zaczęły się zrównoleglać, załoga w nieprawdopodobnie zsynchronizowany sposób uderzyła o wodę rzędami wioseł po lewej stronie swojej jednostki. U Rzymian musiała zawieść komunikacja, bo pomimo, że Kartagińczycy nagle znaleźli się poza zasięgiem pomostu, ten i tak został opuszczony, zamiast w pokład trafiając w pustkę. Maszt do którego był przymocowany załamał się pod jego ciężarem i cała konstrukcja wpadła do morza. Rzymski okręt nie został wyeliminowany, ale stracił swój największy atut, przy okazji przyjmując na siebie deszcz pocisków ze strony oddalających się Kartagińczyków. Chwilę później przepłynęli obok powoli znikającego pod powierzchnią wody masztu okrętu – skoro zatonął tak szybko musiał zostać doszczętnie zmiażdżony, może nawet przez więcej niż jeden okręt. Nie dało się jednak dojrzeć do kogo należał pogrążający się w morzu wrak. To przypomniało mu o okręcie, który sami przed chwilą zniszczyli, więc obrócił się i spojrzał w tamtym kierunku. Miejsce to jak na złość zostało częściowo zasłonięte przez dryfujący tam kartagiński okręt, ale zdołał zauważyć, że mniej więcej cała dziobowa część staranowanego przez nich okrętu znajdowała się już pod wodą, a kadłub wyraźnie przechylił się na lewą stronę. Na jego wystającej jeszcze części znajdowała się część wrogiej załogi, ale większość wpadła już do wody, otaczając tonącą konstrukcję. Ciężko było określić ilu z nich nadal żyło.

Od ciągłego ściskania oszczepów i tarczy zupełnie zdrętwiały mu dłonie. Odstawił je na pokład i zaczął poruszać palcami. Do porządku szybko przywrócił go jednak głos dowódcy, nakazujący mu trzymać sprzęt w gotowości. Chwilę potem ten sam głos polecił rozproszonym lekkozbrojnym ponownie przesunąć się w kierunku dziobu okrętu. Tym razem wykonali rozkaz bez wahania i szybko też poznali jego powód. Chociaż nikt im tego nie wyjaśniał, wyraźnie było widać, iż właśnie płynęli na pomoc jednemu z kartagińskich okrętów, do którego z dużą prędkością zbliżali się Rzymianie i to raczej nie z zamiarem abordażu, ale taranowania. Atakowani Kartagińczycy powinni próbować manewrować lub uciekać, ale coś wyraźnie nie grało wśród załogi, bo nie wykonywali żadnych sensownych ruchów, a jedyne powoli płynęli przed siebie. Oni natomiast najwyraźniej mieli wesprzeć sojusznika, gdyż przyspieszyli i płynęli od tyłu w stronę atakującego rzymskiego okrętu. Zaczęło się gorączkowe wyczekiwanie. Zdążą dogonić Rzymian zanim tamci dopadną swój cel? Wydawało się, że tak, odległość między nimi a rzymskim okrętem malała znacznie szybciej niż pomiędzy Rzymianami, a ściganą przez nich jednostką. Doścignięcie wroga oznaczałoby możliwość kolejnego taranowania, więc wioślarze poganiani byli krzykiem oraz zachętami. Rzymianie wydawali się nie zwracać na nic uwagi, pewne sunąc przed siebie. 

W chwili kiedy mieli zacząć przygotowywać się do kolejnego zderzenia rzymska załoga w końcu zareagowała na zagrożenie, rezygnując z ataku i odbijając nieco w lewo, dzięki czemu mieli ustawić się równolegle w stosunku do ich okrętu. Odległość była jeszcze na tyle duża, że zdążyli wykonać zaplanowany przez siebie unik, natomiast im nie zostało wystarczająco dużo czasu na korektę kursu na jakim następował atak. Zamiast uderzyć taranem w rufę rzymskiego okrętu, jedynie otarli się o kadłub lewą stroną swojej części dziobowej, odbijając się od przeciwnika i łamiąc mu przy tym kilka rzędów wioseł. Odłamki drewna poleciały we wszystkie strony, wzbijając się ponad pokłady i częściowo opadając na zgromadzonych na nich ludzi. Wstrząs był minimalny, więc tym razem Hanno zachował przytomność umysłu, ciskając jeden ze swoich oszczepów w grupę rzymskich żołnierzy tłoczących się na rufie. Trafił! W nodze jednego z nich utkwił rzucony przez niego oszczep! Pozostali żołnierze także rozpoczęli ostrzał. Odpowiedź Rzymian była minimalna, zapewne mentalnie przygotowywali się na taranowanie lub abordaż, a teraz ledwie sami uniknęli zatopienia i tuż obok siebie mieli zasypujący ich pociskami okręt na którego pokład nie mogli się przedostać. Hanno złapał drugi oszczep, rzucił, ale tym razem nie trafił i pocisk przeleciał wysoko nad pokładem, wpadając do wody po drugiej stronie. Jeden z lekkozbrojnych wykonał rzut w stronę pomieszczeń wioślarzy, podobnie jak na ich własnym okręcie częściowo otwartych w celu zapewnienia wentylacji. Oszczep zniknął wewnątrz i nie dało się ocenić skuteczności. Hanno chciał wykonać kolejny rzut, ale w tym samym momencie tuż obok jego głowy przeleciał rzymski oszczep, który trafił prosto w pierś stojącego za nim procarza, przebijając go na wylot. Widząc to poczuł, że oczy niemal wychodzą mu z orbit i przerażony odwrócił się w stronę rzymskiego okrętu, instynktownie zasłaniając się tarczą przed kolejnymi pociskami, które mogły stamtąd nadlecieć. Do tej pory mógł odnosić wrażenie, że wrodzy żołnierze są jakimś odległym, niespecjalnie realnym zagrożeniem, ale uniknięcie śmierci o włos i widok martwego towarzysza podziałał na niego bardzo otrzeźwiająco. On również znajdował się w ciągłym niebezpieczeństwie i mógł w każdej chwili zginąć. Na szczęście ostrzał niemal całkowicie zanikł. Ciałem procarza wstrząsały drgawki, a pod nim rosła czerwona kałuża, rozlewając się na wszystkie strony. Nad umierającym pochylił się jakiś lekkozbrojny, delikatnie go przechylił, ale twarz trafionego była zupełnie nieruchoma, z zastygłym wyrazem szoku i szeroko otwartymi oczami.  Hanno zrobił krok naprzód aby mieć pewność, że nie dosięgnie go wędrująca struga krwi. 

– Zepchnijcie go do morza, nie mamy tu miejsca na trupy. – bezdusznie rozkazał Milkpilles. – Ale wcześniej wyjmijcie z niego ten oszczep i zwróćcie go potem Rzymianom dokładnie w taki sam sposób. – dodał – I nie patrzcie z takim zdziwieniem, jeżeli zginę, to ze mną macie zrobić dokładnie to samo. 

Dwóch stojących najbliżej żołnierzy wykonało polecenie. Zabrano wyjęty z ciała oszczep i po chwili na pokładzie została tylko wielka, czerwona plama. Tymczasem odległość między nimi a okrętem, z którym stoczyli potyczkę ulegała zwiększeniu, gdyż Rzymianie energicznie wiosłowali naprzód, chcąc oderwać się od uczepionych do ich pleców Kartagińczyków, w pełni skupiając się na ucieczce i ignorując przy tym atakowany wcześniej okręt. Oni z kolei nie zaczęli pościgu, bo z ich lewej pojawił się nowy problem – zostali dostrzeżeni przez kolejną rzymską jednostkę, która zmierzała w ich kierunku z zamiarem taranowania lub przygwożdżenia tym swoim piekielnym pomostem. Zrezygnowali więc z ataku i wykorzystując szybkość swojego okrętu zaczęli oddalać się od tego zagrożenia. Tamci szybko dali sobie spokój i rzucili się na inny kartagiński okręt, ten sam który jeszcze przed chwilą ratowali i który z jakiegoś powodu był tak mało mobilny. Hanno mógł obserwować jak Rzymianie zadziwiająco spokojnie podpłynęli do nich od lewej burty. Przez wzgląd na kąt natarcia nie byli w stanie przeprowadzić taranowania, ale bez większych trudności opuścili pomost przyszpilając Kartagińczyków, a ich piechota natychmiast ruszyła do szarży. 

Na szczęście żaden inny przeciwnik na tę chwilę nie był na tyle blisko aby odebrać im swobodę manewrów. Rzucił okiem na towarzyszy dookoła. Większość zachowywała się na tyle spokojnie na ile było to możliwe, ale niektórzy wyglądali jak kłębek nerwów. Wydawało się jednak, że zabity procarz był dotąd ich jedyną ofiarą, nie licząc ciężkozbrojnego ze złamaną ręką. Nagle do jego uszu doszedł potężny huk, wyróżniający się nawet na tle panującej dookoła bitewnej wrzawy. Natychmiast, niemal odruchowo odwrócił się w kierunku tego dźwięku i zobaczył, że rzymska jednostka, ta sama, która jeszcze przed chwilą próbowała ich atakować a następnie za pomocą pomostu unieruchomiła felerny kartagiński okręt, została staranowana przez inną kartagińską jednostkę. Siła uderzenia była tak wielka, że pomost łączący ją z atakowanym przez nią okrętem został zerwany, a znajdujący się na nim Rzymianie wspólnie z jego resztkami wpadli do morza. Walka trwała jednak nadal, a ratunek jakiego doznał przechwycony kartagiński okręt okazał się chwilowy. Jakiś rzymski kapitan postanowił dokończyć sprawę i uratowana kartagińska jednostka szybko została ponownie unieruchomiona kolejnym pomostem. Jednocześnie jeszcze inny rzymski okręt postanowił zaatakować Kartagińczyków, którzy po dokonanym właśnie taranowaniu wiosłowali wstecz, próbując wyrwać swój taran z kadłuba zniszczonego przez siebie okrętu. W tej sytuacji okazali się idealnym celem: przed kilkoma chwilami triumfalnie dokonali zniszczenia rzymskiego okrętu, a teraz bezradnie patrzyli jak podpływa do nich kolejny przeciwnik i spokojnie opuszcza na nich pomost.

– Kompletny chaos. – pomyślał Hanno – wszystko to dzieło przypadku. Zamiast zorganizowanej walki byli świadkami serii przypadkowych ataków, gdzie niczego nie planowano i po prostu wykorzystywano nadarzającą się okazję. Dokonując natarcia można było bez własnej winy czy błędu samemu stać się ofiarą. Jego irytację na tę sytuację podsyciły przekleństwa marynarzy, którzy właśnie głośno stwierdzili, że Rzymianie w ogóle nie umieją pływać tymi swoimi wielkimi, powolnymi łajbami i nie mają pojęcia o manewrowaniu, a jedynie próbują łapać ich tymi cholernymi pomostami. Hanno bezradnie okręcił się dookoła. Widok był istnie apokaliptyczny. Otaczały ich dziesiątki okrętów poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach. Część z nich bezradnie unosiła się na wodzie nie mając części wioseł. Niektóre okręty nadal posiadały pełen komplet, ale te z jakiegoś powodu nieruchomo zanurzone były w morskiej wodzie. Pomiędzy okrętami woda zasłana była drewnem, elementami wyposażenia żołnierzy oraz ludźmi. Niektórzy desperacko machali rękami, inni kurczowo trzymali się unoszących się fragmentów zniszczonych okrętów, a jeszcze inni bez ruchu unosili się na powierzchni wody. Jakiś człowiek próbował złapać się za wiosło pobliskiego okrętu, ale przy pierwszym poruszeniu przez wioślarza, który nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, zostało one nieszczęśnikowi wyrwane z rąk, a powracając uderzyło go w twarz, wbijając poniżej linii wody. Ci którzy nie zdołali się złapać się jakiegoś unoszącego się na wodzie przedmiotu byli tak naprawdę skazani na śmierć. Do brzegu było daleko i każdy kto był zmuszony utrzymywać się na powierzchni o własnych siłach, musiał prędzej czy później omdleć z wyczerpania i utonąć. Raczej nikt nie mógł liczyć na podjęcie z wody przez inny okręt, gdyż nikt nie przejmował się rozbitkami, gdy jeszcze trwały zacięte walki, a poza tym i tak nie dało się odróżnić kto jest sojusznikiem a kto wrogiem. Wiele okrętów było połączonych pomostami i mogli obserwować toczące się na ich pokładach zażarte walki. Zauważył jak na jednym z nich żołnierz z owalną tarczą wbił miecz w przeciwnika, wyciągnął go i uderzeniem tarczy wypchnął pokonanego za burtę. Ten widok wzbudził w nim kolejne pokłady strachu. Sami w każdej chwili mogli znaleźć się w identycznej sytuacji, walcząc bezpośrednio z ludźmi i pomimo, że mieli na pokładzie kilkudziesięciu gotowych do walki wręcz żołnierzy, to od niego również będzie wymagało się zaangażowania i stawienia czoła przeciwnikowi. Był na to mentalnie przygotowany, ale niepokoiła go determinacja i niemal arogancka pewność siebie z jaką Rzymianie dążyli do tego rodzaju bliskiego starcia.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress