Rzymski okręt który znajdował się najbliżej starał się zmienić kurs w taki sposób, aby jak najbardziej skrócić dystans, ale ich własny zespół złożony z kapitana, sternika i wioślarzy spodziewając się takiego manewru, próbował za wszelką cenę temu zapobiec. Chyba wszyscy żołnierze na pokładzie wstrzymali oddech, gdyż wróg był tuż-tuż.
Zbliżający się Rzymianie zaczęli przekręcać pomost w stronę ich okrętu, z zamiarem jego opuszczenia, gdy tylko zbliżą się na odpowiednią odległość. Są za daleko, nie dadzą rady! Jeszcze nie zrównali się z wrogiem, ale było jasne, że tamci nie zdołają podpłynąć na odpowiednią odległość, a oni będą mogli bezpiecznie ich wyminąć. Szybkie spojrzenie na prawo. Po tamtej stronie najbliższa rzymska jednostka również została utrzymana na dystans, więc nie groziło im z ich kierunku większe zagrożenie.
Nadeszła długo wyczekiwana chwila. Czas zdawał się zwolnić, gdy tuż obok pojawił się długi kadłub rzymskiej jednostki, z którego wystawały dziesiątki wioseł. Wrodzy żołnierze nie byli już odległymi punkcikami, ale ludźmi z krwi i kości, zwróconymi twarzami w ich kierunku i gotowymi do walki.
– NO DALEJ, OSTRZELIWAĆ ICH, UŻYJCIE OSZCZEPÓW! – krzyczeli oficerowie.
Ostatnie słowa zostały niemal zagłuszone przez dochodzące zewsząd okrzyki, zmieszane z pluskiem wody i rozlegającym się potwornym hukiem zderzającego się drewna oraz metalu. Hanno skulił się trwożnie, ale jednocześnie omiótł wzrokiem wrogi pokład i następnie cisną trzymany w prawej ręce oszczep w najbliższą grupę ludzi, nie tracąc czasu na celowanie. Zaczął przekładać do prawej ręki kolejny oszczep, ale z przerażeniem zauważył, że tamci również zarzucają ich pociskami, więc zamiast kontynuować atak, jedynie zasłonił się swoją tarczą. Zdołał przy tym dostrzec jak od hełmu jednego z Rzymian z potężną siłą odbił się wyrzucony z procy kamień, odrzucając do tyłu głowę którą chronił i w efekcie przewracając trafionego. Wymiana trwała dosłownie przez krótką chwilę, gdyż okręty bardzo szybko się wyminęły, znacznie szybciej niż sugerowałaby liczba zdarzeń, które zarejestrował w głowie. Jakiś przytomny procarz pobiegł na rufę aby wypuścić jeszcze jeden pocisk.
Spojrzał przed siebie: naprzeciwko nie mieli żadnych wrogów, rzymska formacja w tym miejscu składała się tylko z jednej linii. Ich okręt przez chwilę płyną naprzód, a następnie rozpoczął manewr skrętu w lewo. Rozejrzał się po pokładzie, ale nie zauważył zabitych lub rannych członków załogi. Jeden z ciężkozbrojnych wyrywał ze swojej tarczy tkwiący w niej oszczep. Pod pokładem bęben wybijał intensywny dźwięk, a wioślarze musieli dawać z siebie wszystko starając się jeszcze lepiej zgrać oraz przyspieszyć wykonywany manewr. Przeminięcie pierwszego zagrożenia pozwoliło na zorientowanie się w sytuacji. Za sobą zostawili prawie wszystkie rzymskie okręty, które teraz przemieszały się z kartagińskimi jednostkami, tworząc śmiertelny kocioł, w którym trwała mordercza walka toczona przez niezliczone tysiące ludzi. Zauważył, że jeden z kartagińskich okrętów został przygwożdżony za pomocą rzymskiego pomostu, niektóre jednostki otarły się o swoje burty łamiąc sobie wzajemnie wiosła. Jeszcze gdzie indziej okręty zderzyły się frontalnie taranami. Pewien kartagiński okręt zaczął wiosłować wstecz, próbując oderwać się od przeciwnika. Jednakże spora część Kartagińczyków wyminęła Rzymian, co oznaczało, że dużo okrętów będzie miało teraz szansę na wymanewrowanie przeciwnika. Generalnie jednak nastąpił kompletny chaos, w którym każdy okręt zdany był wyłącznie na siebie i na intuicję swojego kapitana.
Tymczasem oni próbowali jak najszybciej obrać kurs pozwalający na dobranie się do wolniejszych rzymskich jednostek, które nie mogły i nie potrafiły manewrować z taką samą sprawnością jak Kartagińczycy. Wykonali swój zwrot błyskawicznie, znacznie szybciej niż pozostali i mieli teraz przed sobą kłębowisko wrogich oraz sojuszniczych okrętów. Przeciwnik był poza zasięgiem jego oszczepów i miało tak pozostać jeszcze przez kilka chwil, dlatego Hanno wykorzystał je, aby podbiec do jednego ze stojaków przy burcie, gdzie znajdowały się zapasy. Wziął do ręki jeden z oszczepów, ale zauważył, że ma przekrzywiony grot, więc odłożył go na miejsce i zabrał inny. Kto pozwolił załadować na pokład taki szmelc?
– Trafiłeś kogoś? – zapytał żołnierz, który nagle zjawił się tuż przy jego prawym ramieniu, ale którego imienia za nic nie mógł sobie przypomnieć.
– Nie wiem. – odpowiedział ogólnie. – A Ty?
Tamten trochę się zmieszał, ale odparł szeptem:
– Jednego oszczepu nie dorzuciłem, a drugi utkwił w burcie.
Hanno klepnął tamtego w ramię na pocieszenie, powstrzymał go jeszcze przed zabraniem wadliwego oszczepu, a następnie wrócił na swoje poprzednie miejsce, przyglądając się bitewnemu chaosowi w środek którego zaraz mieli ponownie wpłynąć.
W miarę jak ponownie zbliżali się do strefy najintensywniejszych walk udało się w końcu wyselekcjonować konkretny cel, który stał się szybko oczywisty nawet dla tych którzy nie uczestniczyli w jego wyborze. Gdy tylko Hanno zdał sobie sprawę z tego co zamierzali, serce zabiło mu jeszcze szybciej, a prawą ręką odruchowo złapał się za wiszące w pobliżu olinowanie. Przed sobą mieli lewą burtę rzymskiego okrętu, który chyba planował rozpocząć pościg za jakąś kartagińską jednostką. Na pokładzie wzmogły się okrzyki, odgłos bębna ponownie przyspieszył. Można było też wyczuć, że wiosła uderzają o wodę szybciej niż dotychczas. Wyraźnie zaczęli nabierać prędkości, zmierzając prosto w kierunku kadłuba wrogiej jednostki. Tamci chyba zauważyli, że są wystawieni na atak, ale mieli za mało czasu żeby wykonać jakikolwiek defensywny manewr.
– PRZYGOTOWAĆ SIĘ NA ZDERZENIE! – zagrzmiał ktoś z załogi.
– CHWYĆCIE CZEGO SIĘ DA! – wykrzyczał inny głos.
Hanno jeszcze mocniej ścisnął trzymaną przez siebie linę i nieco ugiął kolana. Omiótł wzrokiem pokład i zobaczył, że prawie wszyscy próbowali trzymać się najbliższych stałych elementów. Część osób złapała się nawet za ręce. Przeniósł wzrok w kierunku dziobu ich okrętu i zobaczył rosnącą w oczach masywną sylwetkę ich ofiary oraz załogę na jej pokładzie, w panice uciekającą z miejsca, w którym miało nastąpić zderzenie. Jeszcze bardziej obniżył się na nogach, w końcu przyklękając na prawe kolano i zaraz potem usłyszał trzask, a natychmiast po nim potężny grzmot będący odgłosem miażdżonego drewna. W powietrze wzbiła się woda oraz niezliczona ilość odłamków. Wstrząs niemal przewrócił go na prawy bok, a jego uszy wypełniły wszechobecne krzyki. Kilka osób, które nie trzymały się wystarczająco mocno przewróciło się i przeturlało po pokładzie, przewracając osoby, które znalazły się na ich drodze. Hanno starał się odzyskać równowagę i opanować rozbiegany od uderzenia wzrok. W głowę wwiercały mu się przede wszystkim dwa dźwięki: okrzyki załogi oraz dynamiczne bicie bębna. Wszyscy podnosili się na równe nogi najszybciej jak tylko mogli. Miał wrażenie, że próbują wycofać swój okręt, więc ich taran na pewno został wbity w kadłub przeciwnika i za wszelką cenę trzeba było go wyrwać, zanim tonący wrak zacznie ciągnąć ich za sobą na dno. Grzmiały wydawane dookoła rozkazy, wiosła uderzały o wodę. Na szczęście nie szczepili się z wrogiem na tyle mocno aby wycofanie stało się niemożliwe, czuł więc jak każdy ruch wioseł powoduje szarpnięcie i bardzo delikatny ruch wstecz. Podbiegł do burty i wychylił się akurat w momencie kiedy zaczęli się odrywać od swojej ofiary. Widok sprawił, że wstrząsnął nim dreszcz przerażenia połączony z uczuciem fascynacji. W miejscu w które uderzył taran kotłowały się połamane drewno i spieniona woda, wlewająca się do wnętrza uszkodzonego okrętu. Grozy tej scenie nadawał też widok zmiażdżonych ciał, które taran napotkał po przebiciu się przez kadłub oraz krzyk przerażenia dobywający się z wnętrza zalewanego okrętu, wydawany przez uciekających ze swoich ław wioślarzy. Na ich pokładzie rozlegały się okrzyki triumfu. Hanno również się przyłączył, będąc pewnym, że wroga jednostka była skończona. Któryś z procarzy zakręcił swoją bronią i wypuścił pocisk w kierunku załogi rzymskiego okrętu, ale Hanno nie dołączył do ataku – po tym co zobaczył nie widział sensu prowadzenia ostrzału.
Praca wioślarzy w końcu przyniosła widoczny efekt i nabrali bezpiecznego dystansu od staranowanego okrętu. Na pokładzie panował gwar, udana akcja wzbudziła ogromną ekscytację i lawinę rozgorączkowanych komentarzy. Twarz kapitana nie podzielała jednak powszechnego entuzjazmu. Wyraźnie było widać, że rozgląda się nerwowo, ale nie było wiadomo czy wyszukiwał jakiegoś bezpośredniego zagrożenia dla nich, czy może martwiła go ogólna sytuacja. Hanno postanowił rozejrzał się dookoła aby zorientować się z sytuacji. Pierwsze na co zwrócił uwagę, to jeden z ich ciężkozbrojnych odciągany przez kolegów na bok. Miał rozbity nos z którego ciurkiem lała się krew, a jedna z jego rąk zwisała bezwładnie i była wykrzywiona pod dziwnym kątem. A więc ponieśli pierwszą stratę – tamten musiał zignorować ostrzeżenia, stał pyszałkowato nie trzymając się niczego i w chwili zderzenia poleciał prosto na swoją nadętą gębę. Hanno prychnął z niezadowoleniem i rozejrzał się za innymi okrętami. Nie zauważył aby wzbudzili bezpośrednie zainteresowanie którejś z rzymskich jednostek, morze jednak roiło się jednak od okrętów, a krajobraz trwającej bitwy ciągnął się daleko na lewo oraz na prawo od ich obecnej pozycji. Organizacja u obu walczących stron całkowicie się załamała, ustępując miejsca chaosowi, w którym poszczególne okręty działały na własną rękę. Efektem była gigantyczna plątanina kartagińskich oraz rzymskich jednostek, pływających w każdym możliwym kierunku. Ich poprzednie, korzystne usytuowanie było wspomnieniem. Kiedy oni zajęci byli taranowaniem, Rzymianie i Kartagińczycy zdążyli przemieścić się w każdą stronę świata i gdziekolwiek by się nie obrócił tam widział rzesze okrętów. Niedaleko dwa z nich właśnie zostały złączone pomostem, przy którym trwała zażarta walka wręcz. Na jeszcze niedawno spokojnej tafli wody unosiły się teraz kawałki drewna, będące pozostałościami po zniszczonych wiosłach i kadłubach. Dookoła nich potyczki wyglądały bardzo podobnie podobnie: Rzymianie starali się podpłynąć jak najbliżej, aby móc zaatakować swoimi pomostami, a Kartagińczycy starali się utrzymać dystans i wymanewrować przeciwnika, szukając sposobności do taranowania. Jednocześnie wszystkie załogi prowadziły nieustanny ostrzał, miotając oszczepy i strzelając z łuków oraz proc w kierunku wrogich pokładów. Musiał mieć się na baczności, bo co kilka chwil w okolicach ich pokładu spadały pojedyncze pociski, na ten moment na szczęście nie powodując strat.