Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Eknomos

Przeniósł następnie uwagę na otaczające go okręty. Po zakończonym manewrze zwrotu w lewo szyk wyraźnie stracił na porządku. Zwiększyły się przestrzenie między okrętami, niektóre wysunęły się naprzód, jeszcze inne zamarudziły na tyłach. Nie wyglądało też na to, aby jakoś szczególnie pracowano nad odbudową linii, a oni sami należeli do jednostek, które wyrwały się nieco do przodu. 

– Chyba powinniśmy poczekać na pozostałych. – powiedział stojącemu przed nim Himilkonowi, lekkozbrojnemu, który pochodził z samej Kartaginy, czym z niezrozumiałego powodu bardzo się szczycił. 

Usłyszał to jeden z marynarzy, wyróżniający się kompletnie pozbawioną włosów głową oraz gęstą brodą. Roześmiał się, obrzucając go przy tym pobłażliwym spojrzeniem. 

– Nic nie rozumiesz. – stwierdził krótko.

Hanno i Himilkon spojrzeli na siebie niepewnie, ale ich prześmiewca nie zamierzał dodawać nic więcej i z rezygnacją machnął ręką.

Cokolwiek się działo, jedno było pewne: skończyły się wielkie manewry całych eskadr, a wkrótce miały skończyć się także wyczekiwanie i niepewność. Zmierzali teraz wprost na przeciwnika i za kilka chwil miała rozpocząć się walna bitwa. W miarę skracania dystansu Hanno zauważył, że coś mu nie pasuje we wrogim ugrupowaniu, aż w końcu oświeciło go, że część rzymskich okrętów wygląda identycznie jak najzwyklejsze statki handlowe. Część wielkiej, rzymskiej floty stanowiły najwidoczniej cywilne jednostki, zupełnie niezdolne do walki z nawet najmniejszymi i najsłabszymi okrętami wojennymi. Ale co one tu robiły? Rzymianie sztucznie zawyżali liczebność swojej floty żeby ich przerazić? Byli na tyle głupi żeby posyłać takie okręty do walki? Z tych rozważań wyrwał go dochodzący z daleka zwielokrotniony grzmot. W pierwszej chwili Hanno pomyślał, że to odgłos nadciągającej burzy i natychmiast zaczął omiatać wzrokiem niebo w poszukiwaniu oznak zmiany pogody. Niebo było jednak zupełnie czyste, bez ani jednej chmurki. Odetchnął z ulgą. Szczerze mówiąc potencjalny sztorm przerażał go bardziej niż perspektywa bitwy. W walce coś od nich zależało, ale jeśli wierzyć opowieściom marynarzy, to wystawieni na pastwę bezwzględnej pogody i rządzących morzami bogów byli całkowicie bezradni. Niejeden okręt, a nawet całe floty, poszły już na dno podczas morskiej nawałnicy. Jak się jednak okazało, dźwięk dochodził z kierunku w jakim wycofywało się ich centrum. Któryś z marynarzy zagwizdał na palcach, inni podali sobie z zadowoleniem ręce. Wyglądało na to, że kartagiński środek w końcu zrezygnował z odwrotu i postanowił uderzyć na podążający za nimi rzymski klin. Dochodzące odgłosy musiały być mieszaniną dźwięku dziesiątek trąb oraz rozłupujących drewniane kadłuby taranów. Oby ofiarami byli przede wszystkim Rzymianie.

Nie mieli jednak czasu na rozmyślanie, czy podziwianie natarcia swoich towarzyszy. Odległość między nimi a głównym ugrupowaniem Rzymian gwałtownie malała i wkrótce miało dojść do bezpośredniego kontaktu. Hanno rozejrzał się po okrętach swojej eskadry i poczuł coś w rodzaju dumy. Prujące po wodzie okręty, przecinanie fal przez tarany, dziesiątki ludzi na pokładach, odgłos bębna, uderzające o taflę wody wiosła napędzające drewniane kadłuby. Wszystko to przedstawiało wspaniały widok, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Powoli napełniała go także pewność siebie, bo przeciwnik zdawał się zagubiony i nie reagował na nadciągające z jego lewej flanki kartagińskie okręty. Jeżeli jednak zaczynała tlić się u niego nadzieja, że uda się im uderzyć na nieprzygotowanego wroga, to bardzo szybko zgasła, gdyż ostatnia linia rzymskich okrętów właśnie rozpoczęła swój manewr. Hanno obserwował jak poszczególne okręty wyłamywały się z szyku, przyspieszały i jeden po drugim ustawiały się w linię, zwracając się dziobami w ich stronę. Wszystko to obserwował również ich kapitan, który wraz ze swoimi oficerami głośno dyskutował, czy nie dałoby się wykonać szybkiego ataku na jeszcze niezorganizowane rzymskie ugrupowanie, które wedle ich opinii wykonywało manewr opieszale. Jednakże z powodu braku rozkazów od dowódcy ich własnej eskadry nie zdecydowali się na podjęcie inicjatywy. Rzymianie dokończyli więc swój manewr nieniepokojeni i po jakimś czasie prezentowali się przed nimi długą, w pełni gotową do walki linią. W tle dało się zauważyć, że pozostała część rzymskich okrętów postanowiła walczyć z kartagińskimi okrętami tworzącymi lewą flankę.

Kapitan krzyknął coś do dowódców piechoty, którzy następnie natychmiast przeszli do wydawania rozkazów. 

– Koniec podziwiania, przygotować się do walki! – przekazywali swoim ludziom Milkpilles oraz Theron.

Żołnierze zaczęli podnosić swoją broń, ci którzy wcześniej zdjęli hełmy ponownie zaczęli je zakładać. Hanno złapał za swoją tarczę oraz oszczepy. Nowe rozkazy przekazano również do osób nadzorujących wioślarzy, a wkrótce potem okręt zaczął wyraźnie przyspieszać. Pozostałe jednostki eskadry dotrzymywały im kroku, a więc ich kapitanowie musieli działać i myśleć wedle tych samych schematów. Ściana rzymskich okrętów rosła w oczach z każdym uderzeniem serca i wydawała się coraz groźniejsza. 

– Niech to szlag, nawet nie ma gdzie uciec z tej drewnianej budy. – rzucił gdzieś z tyłu jeden z lekkozbrojnych. 

Hanno z trudem przełknął ślinę wiedząc, że ta prosta, mogąca uznać za tchórzliwą uwaga jest w pełni prawdziwa. Jako załoga nie mogli salwować się ucieczką jak podczas walki na lądzie, byli w pełni zdani na to co zrobią marynarze oraz wioślarze. Kolejny powód dla którego służba we flocie była przekleństwem.

Bicie bębna stawało się coraz intensywniejsze, a twarze dookoła coraz bardziej napięte. Hanno twardo wpatrywał się w zbliżające się rzymskie okręty, a z brody kapał mu gromadzący się tam, spływający z całej twarzy pot. Nadgarstkiem prawej ręki przetarł czoło. Obok niego przemknął kapitan wraz z dwoma innymi ludźmi, zajął pozycję obok sternika i wyglądało na to, że zamierzał tam pozostać na czas bitwy. Dynamiczne i silne pociągnięcia wiosłami nie ustawały i nieuchronnie zbliżały ich do wroga. Po chwili sylwetki rzymskich okrętów stały się jeszcze wyraźniejsze i bez problemu można było zobaczyć nie tylko kolory i szczegóły kadłubów, ale także zgromadzone na nich masy piechoty. 

– LEKKOZBROJNI, NAPRZÓD! – rozległ się okrzyk Milkpillesa. 

Grupka zafalowała, ale tym razem nikt się nie ruszył. Hanno podobnie jak cała reszta patrzył na innych jak skończony idiota, nie chcąc być pierwszym, który zareaguje. 

– NAPRZÓD, NIE ROZUMIECIE PROSTYCH POLECEŃ? – znowu rozległ się krzyk, tym razem połączony z brutalnym popchnięciem kolejno dwóch stojących najbliżej oficera żołnierzy. To w końcu podziałało i cała grupa pobiegła naprzód. Minęli stosunkowo równą kolumnę ciężkozbrojnej piechoty, a następnie rozproszyli się po przedniej, dziobowej części pokładu. Poczuł się w tym momencie okropnie nieswojo i mało bezpiecznie. Zaczął nerwowo rozglądać się przed i za siebie, szukając czegoś lub kogoś kto stanąłby za jego plecami i z ulgą zauważył, że tuż za nim ustawiły się dwie osoby.

Kolejny raz zagrała trąba, przeciągłym, głębokim dźwiękiem i tym razem odpowiedziały jej pozostałe okręty eskadry. Zrozumiał to jako ostateczny sygnał do ataku. Chwilę potem na kartagińską muzykę odpowiedziała rzymska flota, rozdzierającym powietrze rykiem trąb przyjmując wyzwanie. Kartagińska linia była bardzo nieregularna, a pomiędzy okrętami zachowano spore odległości. Z kolei Rzymianie bardzo starali się utrzymać zwarty szyk, ale czy to przez braki w wyszkoleniu, czy przez niecierpliwość poszczególnych kapitanów, ich formacja również uległa rozluźnieniu, szczególnie, że wcześniej wykonali skomplikowany zwrot w kierunku Kartagińczyków. Pomiędzy ich okrętami gdzieniegdzie utworzyły się przestrzenie wystarczające, aby można było między nimi przeprowadzić własny okręt. Zmierzali w jedną z takich luk, zapewne licząc na przeciśnięcie się przez rzymską linię i wyjście na tyły ich formacji, gdzie potem mogli swobodnie manewrować. Kolejne chwile pozwoliły zauważyć dalsze pozytywne znaki: na obu krańcach ich eskadry kartagińscy kapitanowie starali się oskrzydlić Rzymian, którzy z kolei próbując temu zapobiec zaczęli jeszcze bardziej rozciągać własny szyk, przez co już teraz wyraźne luki stawały się jeszcze szersze. Widok ten napełniał go bojowym duchem, bo sprawiał wrażenie, że panują nad sytuacją i pod względem umiejętności stoją kilka poziomów wyżej od Rzymian. 

– PROCE W GOTOWOŚCI! – krzyknął Milkpilles.

Uzbrojeni w ten rodzaj broni żołnierze przemieścili się jeszcze bardziej naprzód. Hanno cofną się o kilka kroków, robiąc dla nich więcej miejsca. Spojrzał przed siebie: z obecnej odległości widział już wyraźnie sylwetki rzymskich żołnierzy, trzymających owalne tarcze, oszczepy lub włócznie (nie potrafił ocenić), w połyskujących hełmach na głowach.

– OSTRZELAĆ ICH! – zagrzmiał dowódca.

Procarze unieśli swoją broń, zawirowali nad głowami i jeden po drugim zaczęli wypuszczać pociski w stronę znajdującego się nieco po ich lewej rzymskiego okrętu. Nie widział czy kogoś trafili, ale zdołał dojrzeć, że część Rzymian uniosła swoje tarcze, osłaniając się przed nadlatującymi kamieniami. Okazało się jednak, że tamci nie pozostali im dłużni, bo chwilę później na ich pokład zaczęły spadać wystrzelone z łuków strzały. Hanno odruchowo uniósł swoją tarczę, ale ostrzał albo nie był zbyt intensywny albo wystarczająco celny, bo pociski spadały rzadko i daleko. Nie zauważył ani nie usłyszał aby ktoś został ranny.

Procarze najszybciej jak tylko mogli wypuszczali kolejne pociski, ale Hanno przestał się na nich koncentrować, bo już za chwilę miały zderzyć się ze sobą dwie ściany okrętów wojennych. Nad wodą unosił się coraz intensywniejszy gwar i krzyk, gdyż normalnie ginące w przestrzeni głosy teraz coraz intensywniej zaczęły wydobywać się z tysięcy gardeł, łącząc się w jeden, unoszący się nad wodą hałas. Rzymskie okręty wydawały się mieć olbrzymie rozmiary, ale mogło być to tylko złudzenie. Tak jak podejrzewał nie zamierzali pozostać na kursie zderzeniowym, ale raczej wcisnąć się we wcześniej upatrzoną lukę. Było jednak jasne, że część kartagińskich okrętów nie zdoła dokonać tego samego i z pewnością w taki czy inny sposób zderzy się frontalnie z wrogimi okrętami. Zza jego pleców zaczęły dochodzić rzucane przez kogoś głośne przekleństwa.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress