Zwiadowca pospiesznie zbliżał się do linii kartagińskich okrętów, a w tym czasie Hanno spoglądał na półwysep, zza którego przypłynął, spodziewając się lada chwila ujrzeć tam wroga. Piękna pogoda zapewniała dobrą widoczność, ale wywołujące falowanie powietrza gorąco powodowało, że po chwili zaczęło mu się mienić w oczach. Kiedy więc po kilkunastu minutach pojawił się pierwszy okręt, potrzebował kilku chwil aby do niego dotarło, że to nie przewidzenie, a wróg naprawdę znalazł się w zasięgu jego wzroku. Na początku na ten widok po pokładzie przebiegł szmer. Żołnierze i marynarze wskazywali sobie wzajemnie nadciągającego przeciwnika, ale zaraz potem zapanowała całkowita cisza i wszyscy w milczeniu obserwowali jak przed ich oczami wyrasta wroga flota. Jeden, drugi, trzeci, a potem całymi grupami rzymskie okręty wyłaniały się zza półwyspu, spokojnie ustawiając się dziobami w ich stronę.
Napięcie coraz bardziej dawało mu się we znaki. Bez żadnej potrzeby na zmianę zaciskał i rozluźniał pięści, a do tego wydawało mu się, że słońce zaczęło go razić i grzać jeszcze bardziej niż wcześniej. Członkowie załogi raz po raz podchodzili na skraj pokładu aby opróżnić pęcherz. Ktoś próbował żartować, ale chociaż usłyszał wypowiadane słowa, to ich treść nie docierała do jego pogrążonego w czarnych myślach umysłu.
– PRZESUŃCIE SIĘ, ILE RAZY MAM POWTARZAĆ?!
Dopiero krzyk i pchnięcie w plecy wyrwały go z tego letargu. Rozejrzał się i zobaczył, że członkowie jego oddziału zaczęli iść w stronę dziobu, kierowani gestami dowódcy. Ciągle nie do końca kontaktując z rzeczywistością automatycznie ruszył za pozostałymi.
– Pewnie chodzi o to żeby nie mieszać się z tamtymi tam. – powiedział mu prosto do ucha Aqhat i wskazał ręką na ciężkozbrojnych. – Inaczej stracą nad nami kontrolę kiedy zacznie robić się gorąco.
Kiedy doszli do wyznaczonego miejsca sięgnął do pasa po swój mały bukłak i upił z niego mały łyk. Kątem oka zauważył proszące spojrzenie kolegi i niechętnie jemu również dał się napić, w myślach kajając go za brak zapobiegliwości – był pewny, że Aqhat na pewno nie miał już nic do picia, na własne oczy widział jak rano wyżłopał naraz cały swój przydział wina. Odebrał od niego swój bukłak i na powrót przyczepił go do pasa. Otarł usta spoglądając jednocześnie w lewo, na sąsiadujący z nimi okręt. Zbiegiem okoliczności jego wzrok spotkał się ze wzrokiem jakiegoś człowieka, który zareagował przyjaznym machaniem ręką. Znam go? – pomyślał zdziwiony. Nie znalazł odpowiedzi, ale odwzajemnił gest i wrócił do obserwowania rzymskiej floty.
A było na co patrzeć, bo Rzymianie ujawnili już sporą część swoich sił i poruszali się naprzód w szyku bojowym. Przecisnął się między dwoma towarzyszami, podszedł do burty i wychylił się, aby lepiej przyjrzeć się nadciągającemu przeciwnikowi. Rzymska formacja zdecydowanie różniła się od ich własnej. Zamiast ustawić się w jedną lub dwie linie, Rzymianie poruszali się w ciasnej, wieloliniowej i bardzo wąskiej grupie. Przód tej dziwacznej formacji uformowany został w klin skierowany w stronę kartagińskiej floty. Nie widział tego aż tak dobrze, ale wydawało się, że wewnątrz klina znajduje się cały rój okrętów. Dlaczego przeciwnik przyjął takie ustawienie było jak na razie tajemnicą, ale niespecjalnie mu się to podobało, bo oznaczało to, że najprawdopodobniej Rzymianie nie posuwają się ślepo naprzód, ale mają jakiś plan. Wróg zbliżał się bardzo powoli. Nie był ekspertem, ale wydawało mu się, że albo nie chcą przemęczać swoich wioślarzy albo boją się utracić spójność swojej wymyślnej formacji. Dlaczego jeszcze nie zareagowaliśmy? – zastanawiał się.
Zmrużył oczy i zaczął dokładniej przypatrywać się rzymskim okrętom. Były one bardzo podobne do ich własnych, chociaż miał wrażenie, że da się dostrzec pewne różnice. Wyglądały na nieco szersze, a jednocześnie posiadające mniej wioseł. Zdecydowanie wyróżniały się jednak jednym istotnym elementem: w okolicach dziobu posiadały dodatkowy maszt, do którego doczepiono coś w rodzaju pomostu. Ostrzegano ich przed tym. Rzymianie nie mieli tyle doświadczenia w walce morskiej co Kartagińczycy, chwytali się więc bardzo prymitywnej taktyki: podpływali do wrogiego okrętu, a następnie opuszczali pomost, który wbijał się w pokład, unieruchamiając tym samym wrogi okręt. Następnie rzymska piechota dokonywała błyskawicznego abordażu. Przeskakując oczami z okrętu na okręt stwierdził, że każda wroga jednostka wyposażona jest w taki pomost. Prymitywna czy nie, ponoć była to skuteczna taktyka. Do Afryki dochodziły informacje o porażkach na morzu ponoszonych w walce z Rzymianami, które wzbudzały szok wśród miejscowej ludności. Oczywiście lokalne władze wszystkiemu zaprzeczały, siejąc propagandę nieustających sukcesów, ale po jakimś czasie ciężko było nie zauważyć, że wojna przeciąga się na kolejne lata, podatki są coraz wyższe i egzekwowane są coraz bardziej skrupulatnie, a coraz więcej okolicznych mężczyzn wstępowała mniej lub bardziej dobrowolnie do armii. Doszedł również do wniosku, że rzymscy żołnierze muszą być groźnymi przeciwnikami. Sam oczywiście nigdy z nimi nie walczył, ale z kolei nigdy nie słyszał o nich pogardliwych słów z ust kartagińskich żołnierzy z wojsk lądowych. Gniewne i nienawistne owszem, ale nigdy takie które by ich lekceważyły. Według niego to musiało o czymś świadczyć. Patrząc na nadciągającego wroga Hanno zmówił kolejną modlitwę za siebie, załogę jego okrętu oraz za całą flotę. Przez kilka ostatnich lat nie modlił się tyle co dzisiaj. W jakiś sposób modlitwa ta musiała zostać wysłuchana, bo chwilę po jej zakończeniu dowódca ciężkozbrojnego oddziału zaczął zachęcać swoich ludzi do walki. Użył chyba dobrych słów, bo żołnierze odpowiedzieli na nie pełnym entuzjazmu krzykiem, robiąc przy tym dodatkowy hałas uderzając włóczniami i mieczami o swoje tarcze. Po chwili okrzyki jednak umilkły i większość obserwowała we względnej ciszy i skupieniu zbliżających się Rzymian, którzy nadal nie zmienili swojego szyku, bardzo powoli poruszając się naprzód. Wyglądało jakby zamierzali wbić uformowany przez siebie klin w samo centrum kartagińskiej linii.
Wroga flota rosła w oczach, a wraz z nią panujące na pokładzie napięcie. – Dlaczego nic nie robimy? – nie mógł powstrzymać się przed ciągłym powtarzaniem sobie szeptem tego pytania. Wrogie kadłuby, maszty, pomosty: wszystko to stawało się z każdą chwilą coraz większe i groźniejsze. W pewnej chwili zagrzmiała trąba, dając długi i bardzo głośny sygnał. Wreszcie! Dźwięk dochodził z centrum ich linii i wszyscy odwrócili się w tym kierunku. Dotychczasowa bierność wzbudzała niepokój, ale to co zobaczyli niemal doprowadziło do paniki wśród ich załogi. Całe kartagińskie centrum jak jeden mąż zaczęło się wycofywać. Z jego perspektywy wyglądało to jak najzwyklejsza ucieczka. Po pokładzie najpierw przeszedł szmer, sporo żołnierzy podbiegło do lewej burty patrząc na to z niedowierzaniem w oczach, a potem rozbrzmiały okrzyki oraz przekleństwa. Dowódcy z wielkim trudem uspokoili swoich żołnierzy, redukując ich reakcję do głośnych rozmów wspartych intensywną gestykulacją. Zauważył, że na sąsiadującym okręcie również nastąpiła podobna kotłowanina. Skierował też spojrzenie na kapitana, ale ten stał wyprostowany, z kciukami nonszalancko zawieszonymi na własnym skórzanym pasie.
– On musi o czymś wiedzieć. – powiedział Hanno do stojącego obok żołnierza, który również rzucił okiem na dowódcę okrętu, na skutek czego jego zdezorientowana twarz przyjęła nieco spokojniejszy wyraz.
– Chyba masz rację. – odpowiedział – Nie byłby tak spokojny gdyby nie rozumiał co się dzieje.
Pierwszy niepokój zaczął ustępować, pozostali również zaczęli coraz bardziej tonować swoje reakcje. Być może miał na to wpływ sposób w jaki poruszało się centrum, utrzymując linię i mniej więcej jednolitą prędkość. Nawet kompletni laicy mogli zauważyć, że nie była to reakcja spanikowanych kapitanów, ale raczej dobrze zorganizowany i egzekwowany manewr. Jeżeli miał stanowić przynętę, to Rzymianie dali się na nią złapać. Okręty formujące klin rzymskiej formacji przyspieszyły, odrywając się od reszty floty i ruszając w pościg za wycofującym się kartagińskim centrum. Hanno ocenił, że mogła to być nawet trzecia część całej rzymskiej floty. Nie dało się tego dokładnie oszacować, bo pozostałe okręty nadal uszykowane były w krótkie linie, ustawione jedna za drugą. Hanno raz po raz przerzucał wzrok z okrętów kartagińskich na rzymskie, próbując odgadnąć co zamierzają zrobić dowódcy obu stron. Nie trwało jednak długo gdy znowu zagrały trąby, ale tym razem odgłos dochodził zza prawego skrzydła, do którego przynależeli. Wykrzyczano kolejne rozkazy. Rozległo się szuranie wywołane przez wiosła wysuwane z otworów w kadłubie. Rozejrzał się na boki i zobaczył, że pozostałe okręty eskadry również przyjmowały pozycję bojową. Po chwili rozległ się ponowny dźwięk trąb, kolejne okrzyki na okręcie, po których tym razem usłyszał coś nowego: spokojny, jednolity i miarowy odgłos bębna. Wiosła jednocześnie uderzyły o wodę, rozległo się westchnięcie wysiłku wydane przez setki ludzi. Drewniana konstrukcja zaskrzypiała i ruszyła naprzód, napędzana ruchami wioseł rozbryzgujących ciemnoniebieską morską wodę. W przeciwieństwie do centrum oni zaczęli poruszać się naprzód, w kierunku z którego nadciągała rzymska flota. Pozostałe jednostki składające się na kartagińskie prawe skrzydło uczyniły dokładnie to samo, płynąc na spotkanie z wrogiem.
Spokojnie parli przed siebie. Płynące w przeciwnym kierunku centrum zaczęło się oddalać, ale za to rosły w oczach zbliżające się rzymskie okręty. Hanno przypomniał sobie o kartagińskim lewym skrzydle, popatrzył więc w tamtą stronę i stwierdził, że tamci poruszali się w tym samym kierunku co oni. Po pewnym czasie znaleźli się na wysokości rzymskiego klina, który ścigał ich środkowe ugrupowanie. Cała załoga miotała w tamtym kierunku gniewne spojrzenia, zapewne marząc o ataku na odsłonięte flanki Rzymian, zmuszeni byli jednak bezczynnie patrzeć jak ich mijają w pościgu za kartagińskim centrum. Hanno nie doświadczył dotąd aż takiej bliskości wroga, z którym mieli stoczyć walkę, przez co zalała go nowa fala niepokoju i zdenerwowania. Wyczuł mocniejsze bicie serca oraz zauważył, że oddycha znacznie szybciej. Pierwszy raz tak dobitnie zdał sobie sprawę, że jego los w znacznym stopniu zależy od załogi okrętu, a nie od niego samego i zdecydowanie nie była to przyjemna myśl. Nerwowość musiała stać się powszechna, gdyż w pewnym momencie jeden z żołnierzy głośno zwymiotował, wywołując śmiechy oraz prowokując wyzwiska, którymi obrzucili go koledzy, na których stopach wylądowała zawartość jego żołądka. Widok i zapach wywołały torsję u kolejnej osoby, która jednak po kilku wstrząsach klatki piersiowej zdołała się opanować.
Tymczasem po minięciu rzymskiego klina zaczęli zbliżać się głównego ugrupowania wroga, z którym wkrótce mieli się zrównać. Teraz było widoczne jak na dłoni, że w jego skład wchodziła zdecydowana większość rzymskiej floty. Czy to był ich plan? Kartagińskie centrum miało oderwać znaczną część rzymskich okrętów, a reszta Rzymian miała zostać wzięta w kleszcze przez lewe i prawe skrzydło? Natłok myśli i idąca za nimi ekscytacja znowu dały mu się we znaki, tym razem przejawiając się uczuciem mdłości w żołądku i zaciśniętą szczęką, którą gdy tylko zdał sobie z tego sprawę starał się poluzować. Ponownie zagrał sygnał dźwiękowy, ale tym razem w zupełnie innym tonie. Zanim zaczęli zastanawiać się co może oznaczać, odpowiedział na niego sygnał pochodzący z najdalej wysuniętego na lewo okrętu. Cała eskadra rozpoczęła kolejny manewr, wykonując zwrot w lewo, w kierunku głównego rzymskiego ugrupowania. Pomimo dużej liczby okrętów wykonujących trudny, wymagający czasu i doskonałej koordynacji zwrot, żadna z załóg nie zawiodła i po dłuższej chwili wszystkie jednostki zmieniły kierunek natarcia. Gdy skończyli, rzymska flota (z wyłączeniem klina, który nadal ścigał kartagińskie centrum) znajdowała się teraz nie po ich lewej, ale centralnie przed nimi. Rzymianie jednak nie zaczęli płynąć w ich stronę, ale nadal powoli wiosłowali naprzód. Wrogich okrętów były dziesiątki. Nie, setki. Nawet jeśli zdobędą, zniszczą lub zmuszą do ucieczki większość z nich, tym samym wygrywając bitwę, to wielkie straty po ich stronie będą nieuniknione. Nie mógł znaleźć w głowie określenia skali starcia, które wkrótce miało się rozpocząć. Panująca na okręcie cisza mogła świadczyć, że pozostałymi targały podobne odczucia. Prawdę mówiąc niektórzy mogli się nawet przestraszyć, gdyż mieli przed sobą znacznie więcej jednostek niż liczyła ich własna eskadra. Dopiero po kilku chwilach Hanno dopowiedział sobie w myślach, że przecież po drugiej stronie rzymskiego ugrupowania jest jeszcze jeden kartagiński oddział, oskrzydlający ich z lewej flanki.