Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Eknomos

Łącznie w Kartaginie na pokład ich okrętu weszło dwudziestu ośmiu lekkozbrojnych żołnierzy. Żaden nie był dotąd na prawdziwej wojnie, w najlepszym wypadku brali udział w drobnych utarczkach. Taka była jednak cena prowadzonego od lat konfliktu. Chcąc dalej rozbudowywać i tak przerzedzone ciągłymi walkami siły nie było innego wyjścia jak sięgać po niedoświadczonych chłopaków. Dowódcą ich małego oddziału został mężczyzna o imieniu Milkpilles, zawodowy oficer, dla którego miała to być trzecia morska kampania. Głośno narzekał na przydzielenie mu ,,bandy niedoświadczonych dzieciaków”, więc wykorzystując czas między poborem, skoszarowaniem i zaokrętowaniem postanowił ich doszkolić, zmuszając do przećwiczenia wszystkich potrzebnych umiejętności: rzutu oszczepem, strzelania z procy, walki mieczem oraz, co było dla nich mniej oczywiste, natychmiastowego wykonywania jego rozkazów. Do tego odbyli dwa krótkie, próbne rejsy (podczas których ostatecznie przekonał się, że na szczęście nie dokuczała mu choroba morska), w międzyczasie jeden z wioślarzy próbował zdezerterować za co ukarano go chłostą,  a po około trzydziestu dniach wyruszyli na wojnę. Przy dźwięku trąb, modłach kapłanów i wiwatach mieszkańców wypłynęli z okrągłego, wojennego portu Kartaginy na północ, w kierunku Sycylii. Po dłużącym się, ale spokojnym rejsie dobili do portu w Lilybaeum, wielkiej kartagińskiej fortecy na zachodnim krańcu wyspy. Tam nieco wypoczęli, uzupełnili zapasy wody oraz żywności, a co najważniejsze wzmocnili załogi swoich okrętów – do każdej z nich dołączyła grupa żołnierzy należących do stacjonującej na Sycylii armii lądowej. Jak im powiedziano, uzupełnienie stanu osobowego było niezbędne, jeżeli mieli stoczyć z Rzymianami pełnoskalową bitwę morską. Do ich załogi przydzielono więc czterdziestu żołnierzy uzbrojonych w miecze, włócznie i tarcze piechoty liniowej, znacznie większe i cięższe od tych które dźwigali lekkozbrojni. Oni również zrezygnowali z opancerzenia, zachowując jedynie hełmy. Mimo to Hanno i pozostali którzy przypłynęli z Afryki nazywali ich po prostu ,,ciężkozbrojnymi”. Była to doświadczona grupa weteranów, od kilku lat walcząca z Rzymianami, składająca się z Afrykańczyków, Iberów oraz Greków. Ich dowódcą był Theron, z pochodzenia Arkadyjczyk, podobnie jak Milkpilles będący zawodowym żołnierzem na usługach Kartaginy. Wszyscy oni podlegali jednak kapitanowi ich okrętu i nikt nie zamierzał kwestionować tej hierarchii. Sycylijska grupa mogła mieć doświadczenie, część podobno nawet walczyła już na okrętach, ale mimo to nie mieli zielonego pojęcia jak skutecznie i bezpiecznie poruszać się tym gigantycznym, drewnianym pudłem. Nie licząc marynarzy, bojowa część załogi liczyła w sumie prawie 70 żołnierzy. Oprócz dodatkowych ludzi kartagińską armię wzmocniło kilkadziesiąt okrętów, które już wcześniej operowały na sycylijskich wodach. Gdy opuszczali Lilybaeum kapitan oznajmił im, że ich flota liczyła teraz około 350 okrętów wojennych i była największa jaką za jego życia wystawiła Kartagina do stoczenia pojedynczej bitwy. 

Po pewnym czasie od wypłynięcia z portu dotarli do jakiegoś przylądka, którego nazwy nikt z załogi nie kojarzył, zwinęli żagiel i oczekiwali na wroga, którego podobno mieli napotkać jeszcze przed południem. Czy Rzymianie naprawdę mogli wystawić siłę zdolną do stawienia im czoła? Wziął głęboki oddech. Wypływając z Kartaginy, a później z Lilybaeum miał okazję obejrzeć flotę w całej okazałości, wielokrotnie stając przy burcie i napawając się widokiem dziesiątek i setek pięknych, sunących przez morze okrętów. Teraz jednak po raz pierwszy dane mu było ujrzeć całość floty w szyku bojowym i wydawało mu się, że samym swoim widokiem mogła odstraszyć każdego kto na nią natrafi. Dotknął suchego podniebienia jeszcze bardziej wysuszonym językiem. Nerwowa atmosfera i upał potęgowały pragnienie, ale chciał zachować resztki swojego niewielkiego przydziału rozcieńczonego wina na później, gdyż jak powiedziano im dzisiejszego poranka, bitwa mogła toczyć się z różną intensywnością przez wiele kolejnych godzin, a może nawet przez następny dzień. Nie miał pojęcia jakie mieli plany. W drodze toczyli między sobą dyskusje na ten temat, ale były kompletnie bezowocne. Obecnie cała flota ustawiona była w pojedynczą, długą linię, ale można było zauważyć, że składają się na nią trzy mniej więcej równe ugrupowania. Hanno wraz ze swoim okrętem został przydzielony do zgrupowania znajdującego się najdalej od brzegu. Następnie, patrząc w kierunku wybrzeża, znajdowało się ich centrum. Trzecia część została umiejscowiona najbliżej brzegu, nieco pod skosem w stosunku do pozostałych dwóch grup. Dalej, po jej lewej stronie majaczyły już wyłącznie skaliste brzegi Sycylii. Większość znajdujących się dookoła okrętów wyglądała bardzo podobnie. Kartagina posiadała potężne zaplecze produkcyjne oraz rzesze doświadczonych szkutników, którzy potrafili składać i wodować nowe jednostki w błyskawicznym tempie. Najbardziej wyróżniały się okręty należące do dowódców poszczególnych eskadr, które były nieco większe od pozostałych. Pozostałe jednostki różniły się jednak głównie malowaniem kadłubów. Rozglądając się dookoła Hanno mógł poczuć coś w rodzaju uniesienia i dumy z przynależności do tak wielkiej siły, ale tego rodzaju uczucia szybko rozwiał mu w pewnej chwili komentarz jednego z marynarzy, który po cichu stwierdził, że walka tak daleko od brzegu może uniemożliwić dopłynięcie do niego, gdyby bogowie brońcie, z jakiegoś powodu wylądowali w wodzie. Nie dało się zaprzeczyć temu spostrzeżeniu, więc wznosząc oczy ku niebu wyszeptał krótką modlitwę za pomyślność w nadchodzącym starciu. 

Czas płynął bardzo wolno i w końcu zaczął niecierpliwie przestępować z nogi na nogę, chcąc wreszcie przejść do akcji. Walka była straszna sama w sobie, ale czekanie wydawało się jeszcze gorsze. Niepokój wwiercał się w żołądek, przyspieszając myśli, mieszając je i pozbawiając jakiegokolwiek ładu. Żeby się uspokoić zaczął poprawiać ekwipunek. Spojrzenie w dół: tarcza, hełm i oszczepy spoczywały pod jego stopami. Kucnął, rozwiązał rzemień lewego sandała i zasznurował go ponownie. To samo zrobił z prawym. Zacisnął mocniej pas. Sprawdził czy miecz bezproblemowo wysuwa się z pochwy. Wyjął go i obejrzał klingę, którą naostrzył i naoliwił z samego rana. Rozejrzał się po pokładzie próbując zapamiętać w którym miejscu na okręcie zgromadzono stojaki, beczki i uchwyty z zapasowymi oszczepami. 

– Szukasz czegoś? – zapytał stojący po prawej Aqhat, żołnierz przydzielony do załogi jeszcze w Kartaginie, jeden z kilku z którymi nawiązał koleżeńskie relacje. 

– Rozglądam się za zapasowymi oszczepami. – odparł Hanno.

– Przecież sam je pomagałeś rozstawiać. – lekceważąco odparł towarzysz.

– Wiem, ale w chaosie i nerwach człowiek może o tym zapomnieć. – odpowiedział.

– Aż tak się boisz? – powiedział Aqhat, cicho się przy tym śmiejąc. – Ja stawiam, że Rzymianie uciekną na sam widok naszej floty. 

Kończąc zdanie jego pyszałkowaty kolega zaczął mówić coraz ciszej i coraz wolniej, jednocześnie twardo wpatrując się przed siebie. Hanno spojrzał w tym samym kierunku i od razu zrozumiał. Zza jednego z licznych półwyspów wypłynął nieduży okręt, zmierzając w ich kierunku. 

– Kto to? – zapytał Hanno. – Rzymianie?

– Nie, to jeden z naszych. – odparł nie od razu Aqhat. – Zwiadowcy. Patrz, nadają sygnały świetlne. 

I rzeczywiście, okazało się, że była to jedna z jednostek wysłanych w celu wyśledzenia rzymskiej floty. Wykorzystując sporej wielkości lustro oraz promienie słoneczne przekazywali reszcie okrętów jakąś wiadomość. Nie znał wykorzystywanych przez flotę sygnałów, ale podejrzewał, że właśnie oznajmiali im o nadciąganiu Rzymian. Głośno przełknął ślinę przez ściśnięte gardło. A więc bitwa była nieunikniona.

– Chyba jednak się nie boją i sami nas szukają. – wycedził przez zęby do aroganckiego kolegi, który jednak zbył go machnięciem ręki.

Na pokładzie zapanowało niewielkie poruszenie, a gdzieś w centrum na jednym z okrętów zagrała trąba. Tego sygnału też nie znał, ale kapitan gromkimi okrzykami rozkazał wszystkim swoim ludziom ruszać na stanowiska. Wykonał ruch ręką w kierunku dowódców piechoty, którzy pospiesznie nakazali swoim podkomendnym ustawić się dwójkami, aby jak najmniej przeszkadzać marynarzom. Na początku wydane rozkazy wprowadziły chaos. W trakcie oczekiwania na przybycie Rzymian żołnierze porozstawiali ekwipunek po całym pokładzie i teraz rozbiegli się po nim w poszukiwaniu swojego sprzętu. Zrobiło się nerwowo i głośno, rozległo się wiele przekleństw, doszło do kilku potknięć i zderzeń, a każdy uczestnik takiego zdarzenia wyzywał od takich i owakich osobę, która weszła mu w drogę, uważając przy tym, że to jemu należy się pierwszeństwo. Po dłuższej chwili z bałaganu wyłonił się jednak porządek, żołnierze zbili się w grupki stosownie do swojej przynależności i zajęli się poprawianiem ekwipunku, podczas gdy marynarze mogli w miarę swobodnie poruszać się po pokładzie, wykonując wyznaczone im zadania.

Na szczęście Hanno nie musiał w panice szukać swojego sprzętu, gdyż cały czas starał się trzymać całość jak najbliżej siebie. Wziął do ręki hełm i obrócił go czubkiem w stronę pokładu, pozwalając osłonom policzków opaść w tym samym kierunku. Następnie przytrzymał je palcami i założył go na głowę. Zaczął zawiązywać pod brodą rzemień, ale ostatecznie z tego zrezygnował. Hełm przylegał wystarczająco stabilnie, a po ewentualnym wpadnięciu do wody łatwiej będzie się go pozbyć. Spojrzał na leżące na pokładzie tarczę oraz oszczepy. Zdecydował, że oprze je na razie o swoje nogi, bo tak naprawdę nie wie ile jeszcze będą czekać i nie ma potrzeby nadmiernie przemęczać rąk. Chwilę potem ktoś trącił go w plecy i oparta o nogi tarcza przewróciła się na pokład. Kucając w celu jej podniesienia jednocześnie obrócił się i zobaczył jednego z żołnierzy zamaszyście poprawiającego własny ekwipunek i kompletnie ignorującego, że przed chwilą wbił mu łokieć w plecy. Dał sobie jednak spokój z pretensjami, bo na pokładzie było tłoczno i wszyscy wchodzili sobie w drogę praktycznie przez cały rejs. Nie miał zresztą ochoty na pyskówki ze swoimi towarzyszami, nie w sytuacji kiedy za chwilę także od nich będzie zależeć jego życie. Poza tym świadomość ich obecności pozwalała mu trzymać na wodzy czający się wewnątrz strach. To uczucie w pewnym stopniu towarzyszyło mu już od kilku dni, ale dzisiaj rano w pełni zdał sobie sprawę, że tak naprawdę boi się bitwy, która miała nastąpić. W szczególności zaczynał przypominać sobie żebraków z ulic Utyki, którzy nierzadko byli okaleczonymi weteranami tej i poprzednich wojen.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress