Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

Eknomos

Niestety napór wroga nie ustawał i kartagińscy żołnierze coraz częściej mieli przeciwników nie tylko przed sobą, ale też po bokach, co uniemożliwiało jakąkolwiek reorganizację. Nie było też gdzie się wycofać, gdyż miejsce na pokładzie kurczyło się w zastraszającym tempie. Hanno nadal nie odważył się ruszyć na Rzymian, przerażała go perspektywa pojedynku z takimi zdeterminowanymi żołnierzami. Zamiast tego trzymał się nieco z tyłu i wmawiał sobie, że postara się ugodzić kogoś mieczem bez zwracania na siebie uwagi. Jakiś Rzymianin skupił się na ataku na żołnierza przed nim, atakując sztychem, chcąc dosięgnąć jego twarzy. Nie udało się, gdyż tamten odruchowo odchylił się unikając ostrza jego miecza dosłownie o włos. Jednocześnie od razu próbował go zaatakować kolejny Rzymianin, ale został powstrzymany przez innego Kartagińczyka, który rzucił się na wroga, przewracając się razem z nim na pokład. Hanno dostrzegł swoją szansę, podbiegł do kotłujących się ludzi i dźgnął Rzymianina w ramię. Ten krzyknął i naprężył się pod wpływem bólu, co od razu wykorzystał leżący na nim żołnierz, odpychając go od siebie i z impetem wbijając w niego swój miecz. Kolejny Rzymianin błyskawicznie na to zareagował, uderzając mieczem w hełm ciągle znajdującego się na klęczkach Kartagińczyka. Wydawało się jednak, że osłona głowy wytrzymała uderzenie, gdyż ten trochę na czworakach, a trochę czołgając się wycofał się pospiesznie do tyłu. Rzymianin nie próbował za nim podążać aby spróbować dokończyć dzieła. Po prawej padło jakieś ciało, a Hanno rozpoznał w nim Milkpillesa, który przed chwilą tak dzielnie rzucił się w wir walki. Szok. Jego oddział właśnie stracił dowódcę, który do tego był jego najlepszym żołnierzem. Co oni mieliby zdziałać skoro padali nawet lepsi od nich? Tymczasem Rzymianie zwarli tarcze na tyle na ile zdołali, podnieśli okrzyk i ruszyli naprzód, odpychając przeciwników do tyłu oraz na boki. Hanno ze strachem w oczach wycofał się kilka dużych kroków wstecz, byle dalej od nich, chowając się za kilkoma ciężkozbrojnymi. Odwrócił się za siebie i zobaczył jak spod pokładu niemal siłą wyrzucani są zdezorientowani wioślarze, którym wciskano do ręki broń i popychano do walki z Rzymianami. Obracając się z powrotem przed siebie Hanno zobaczył, że mija go ciężkozbrojny, który zaraz na początku bitwy złamał rękę. Zwisała mu teraz wzdłuż tułowia, a on szedł naprzód, bez tarczy, ale z mieczem w ręku. Próbował zaatakować, ale Rzymianin którego napotkał po prostu naparł na niego tarczą, bez trudu obszedł mieczem jego niezgrabną próbę bloku i zabił szybkim pchnięciem. Jakiś procarz musiał nadal wypuszczać pociski, bo jedna z atakujących twarzy nagle rozprysła się w czerwonej mgiełce. Jedno uderzenie serca później stojący niedaleko Aqhat odrzucił broń oraz tarczę, przebiegł tuż obok niego i wyskoczył przez burtę prosto do morza. Hanno patrzył na to nie wierząc własnym oczom. Ci z ciężkozbrojnych którzy jeszcze żyli i nie wpadli wcześniej w wir napastników, wykonali teraz szarżę ostatniej szansy, chowając się za swoimi tarczami i licząc na odepchnięcie wroga masą swoich ciał i ekwipunku. Dołączyli do nich wszyscy, którzy jeszcze trzymali broń i zachowali trochę odwagi, a tym razem Hanno ruszył za nimi, wiedząc, że nie ma już nic do stracenia. Kilkoro Rzymian, którzy do tej pory prowadzili atak i wysforowali się na pewną odległość przed swoich towarzyszy zostało odepchniętych i pospiesznie wycofało się w kierunku własnej grupy. Jeden, czy dwóch nie zdążyło i zostali zalani przez co najmniej kilkunastu Kartagińczyków, natychmiast padając pod spadającymi na nich ciosami. Ci którzy zdołali się cofnąć wtopili się między swoich i wspólnie z nimi ruszyli do kolejnego ataku. Na początku Hanno znalazł się mniej więcej w drugiej lub trzeciej linii, ciężko było to określić, ale człowiek przed nim szybko padł i zrobiło się więcej miejsca, przez co znalazł się na samym przodzie. Uderzył mieczem przed siebie, w wystającą znad tarczy głowę. Tamten zdołał jednak unieść w porę swoją osłonę blokując tym samym cios i natychmiast sam wykonał pchnięcie na wysokości biodra, które z kolei Hanno musiał sparować własną tarczą. Zrobił pół kroku do tyłu. Przed nim rysowała się ściana tarcz, hełmów i mieczy, która nieubłaganie parła naprzód. Kolejne uderzenie nie spadło na niego od frontu, ale nieco z lewej i zostało wyprowadzone przez jeszcze innego żołnierza. Zasłonił się unosząc w górę tarczę i jednocześnie desperacko frontalnie kopnął w tarczę jakiegoś człowieka naprzeciwko, chcąc zatrzymać jego następujące jednocześnie natarcie. Był jednak za słaby i kopnięcie nie wywarło na przeciwniku żadnego wrażenia, a on sam odbił się od jego ciężkiej tarczy, zataczając się do tyłu. Tuż po jego prawej, zza jego pleców, ktoś wykonał pchnięcie włócznią, której ostrze nie znalazło jednak żadnego nieosłoniętego fragmentu ciała. Czuł, że się cofa i że robi się coraz ciaśniej. Znowu panikował. W ogarniającym go przerażeniu przestał wyprowadzać jakiekolwiek ciosy, a nawet patrzeć w kierunku Rzymian i po prostu zasłonił się tarczą, na którą zaczęły spadać kolejne uderzenia. Dzierżony w prawej ręce miecz uniósł w górę utrzymując go w pozycji do blokowania i czuł jak odbijają się od niego kolejne ciosy. Po lewej usłyszał krzyk. Coś znowu na niego naparło, następnie ściągając jego tarczę w dół, odsłaniając przy tym głowę oraz tułów, a z prawej, tam gdzie jeszcze przed chwilą stał jego towarzysz, mignęła mu jeszcze inna tarcza, którą ktoś huknął go prosto w twarz. Jego miecz poszybował w powietrze, a on sam upadł na pokład. Poczuł jeszcze, że ktoś staje na jego lewej ręce. Ogarnęła go ciemność. 

Nie miał pojęcia na jak długo stracił świadomość. Przez gęstą mgłę widział obute w sandały nogi należące do chodzących po pokładzie ludzi. Poczuł jakiś ruch i miał wrażenie, że ktoś odciąga go na bok. Próbował sięgnąć po miecz, ale jego palce natrafiły tylko na drewno pokładu. Zamknął oczy, a kiedy po chwili je otworzył zobaczył, że przez burtę wyrzucane są ciała. Znowu ogarnęła go ciemność. 

Niepewnie ponownie otworzył oczy. Kilka głębszych oddechów pozwoliło mu zebrać myśli i przynajmniej częściowo odzyskać świadomość. Bezchmurne niebo. Leży na ziemi. Nie, na pokładzie. Powoli poruszał nogami, następnie rękami. Wszystkie kończyny działały jak należy. Poruszył głową w lewo oraz w prawo i zauważył siedzących obok ludzi. Podparł się prawą ręką i zaczął się powoli przekręcać na prawy bok. Okrutnie bolała go głowa, ale poza tym chyba nic mu się nie stało. Odnosił wrażenie, że okręt się porusza. Jęknął z bólu, ale zdołał usiąść, po czym od razu poczuł uderzenie w nos twardym przedmiotem. Głowa odskoczyła mu do tyłu, oczy zaszły łzami, a ktoś zaczął zasłaniać go rękami. Usłyszał jakieś gniewne słowa, których nie zrozumiał. 

– Siedź spokojnie – powiedział mu prosto do ucha jakiś głos.

Hanno popatrzył w lewo. Znał tego człowieka. Zwracał się do niego kapitan okrętu, tak jak on siedzący teraz pokładzie. Szybkimi mrugnięciami usunął łzy z oczu i rozejrzał się po okręcie. Razem z grupą ludzi znajdował w części dziobowej. Przed nimi po pokładzie przechadzali się żołnierze, których skądś kojarzył.

– Rzymianie! – powiedział. 

– Bądź cicho. – szepnął do niego kapitan, dłonią zatykając mu usta. 

Dwóch żołnierzy posłało im gniewne spojrzenia, wyraźnie gotowi ich stłuc, a nawet zabić, jeżeli zaczną za bardzo zaprzątać ich uwagę.

– Pamiętasz w ogóle co się wydarzyło? – wyszeptał kapitan gdy tamci odwrócili głowy.

Hanno wytężył umysł i zebrał rozbiegane myśli. Bitwa, okręty, Rzymianie… 

– Walkę na pokładzie. – odpowiedział w końcu. – Walczyłem z nimi, ale dostałem w głowę i chyba straciłem przytomność. 

Kapitan cicho westchnął i poczekał, aż najbliżej stojący Rzymianie znowu odwrócą wzrok.

– Przegraliśmy. – szepną mu do ucha. – W pewnej chwili ci tchórze rzucili broń i zaczęli błagać o litość. Rzymianie zabili tych, którzy chcieli walczyć albo poddawali się niewystarczająco wyraźnie, a resztę zagarnęli jako jeńców. Cały okręt wpadł w ich łapy. Hanno zadrżał zdając sobie sprawę, że znajduje się na łasce wroga. Dopiero po chwili przyszło mu do głowy jedno z ważniejszych pytań.

– A bitwa? Co z innymi? 

Kapitan popatrzył na niego ponuro. 

– Przegrana. Nie wiem co się wydarzyło, krótko po zdobyciu naszego okrętu wszystko ucichło, a te dranie zaczęły wiwatować. Wszystkie kartagińskie okręty zniknęły, zostały tylko te które zdołali przechwycić. Nie odwracaj się, nie przyciągaj uwagi – powiedział łapiąc go za ramię. – Po zakończeniu walk wyrwali z pokładu pomost, przywiązali nasz okręt do własnego i zaczęli wiosłować. Chyba ciągnął nas do brzegów Sycylii. 

Zapadło dłuższe milczenie. Pomimo dobiegających zewsząd odgłosów fal, ludzi oraz mew, paradoksalnie panowała względna cisza, szczególnie gdy pamiętało się wrzawę towarzyszącą toczącej się niedawno bitwie. Odczuwał ogromne pragnienie. Sięgnął do bukłaka przy pasie, ale go tam nie znalazł. Zresztą i tak był już chyba pusty.

 – Mam nadzieję, że Wasze rodziny mają jakieś pieniądze. – szepnął ktoś z tyłu. – Jak będziecie mieli szczęście, to może Rzymianie pozwolą Was wykupić. Ta biedota pod pokładem jest już stracona. 

Czy jego rodzina była biedna? Nie mógł sobie przypomnieć. Czuł jedynie, że ponownie ogarnia go senność. Znowu zapadła ciemność.

-WM

********

EPILOG

Kartagińczycy posiadali teoretycznie dobry plan: wycofując własne centrum chcieli zamienić bitwę w trzy oddzielne starcia, dzięki czemu mogli mieć więcej miejsca na preferowaną przez siebie walkę manewrową. Od strony taktycznej plan się powiódł, okazało się jednak, że ani ich załogi ani ich okręty nie górują nad Rzymianami w takim stopniu w jakim sobie to wyobrażali. Kartagińskie centrum po jakimś czasie uznało się za pokonane i uciekło, a rzymskie okręty powróciły, aby wspomóc swoich sojuszników walczących w pozostałych sektorach, tworząc przy tym przewagę liczebną, która okazała się decydująca. Warto dodać, że na kartagińskiej lewej flance rzymskie okręty przyjęły całkowicie defensywną taktykę, ustawiając się blisko brzegu, frontem w kierunku nacierających Kartagińczyków. Ci nie mogli więc atakować inaczej niż od strony dziobowej, gdzie czekały na nich rzymskie pomosty.

Jeżeli wierzyć liczbom przekazanym nam przez Polibiusza, to Bitwa u przylądka Eknomos może zostać uznana za największą bitwę morską w historii świata. Bogactwo i poziom organizacji Rzymu oraz Kartaginy może wzbudzać tylko podziw. Starożytna sztuka walki na morzu wymagała zaangażowania ogromnych mas ludzi i tylko “superpotęgi” były w stanie wystawiać floty takich rozmiarów i to więcej niż jeden raz. Nie zapominajmy, że podczas I Wojny Punickiej stoczono wiele bitew morskich, zdarzało się nawet, że całe floty pochłaniane były przez morze na skutek sztormów, a mimo to obie strony przez bardzo długi czas były w stanie odbudowywać swoje siły i kolejny raz rzucać wyzwanie przeciwnikowi. W 256 r. p.n.e. Kartagińczycy borykali się już z problemem kompletowania załóg, pod Eknomos były one więc mniej liczne niż wymagały tego okoliczności, a ich członkowie w znacznej części musieli pochodzić ze świeżych zaciągów. Z tego powodu na kartagińskich okrętach z pewnością musiało znaleźć się wiele osób takich jak nasz bohater. Warto jeszcze wspomnieć, że dzięki temu zwycięstwu Rzymianie byli w stanie dokonać swojej pierwszej inwazji na Afrykę, słusznie zakładając, że wojnę można zakończyć dzięki uderzeniu w samo serce przeciwnika. Mimo początkowych sukcesów ekspedycja zakończyła się jednak katastrofą, w 255 r. p.n.e. rzymska armia została doszczętnie zmiażdżona w Bitwie pod Tunesem i resztki ich sił musiały pospiesznie opuścić Afrykę.

Kartagina przez całą wojnę nie znalazła rozwiązania technicznego czy taktycznego, które pozwoliłoby skutecznie zneutralizować rzymskie corvusy – czyli wielokrotne wymieniane w tekście pomosty. Rzymianie przed rozpoczęciem I Wojny Punickiej nigdy nie walczyli na morzu, ale ta prosta konstrukcja znacząco przyczyniła się do serii wspaniałych zwycięstw, w tym oczywiście do największego z nich, u przylądka Eknomos. Co ciekawe, pod sam koniec wojny Rzymianie zrezygnowali ze stosowania corvusów, w pełni ufając swoim ulepszonym okrętom oraz doświadczonym załogom. W 241 r. p.n.e., u Wysp Egadzkich, Rzymianie odnieśli kolejne morskie zwycięstwo, po którym Kartagina uznała, że nie jest w stanie dalej prowadzić wojny i poprosiła o pokój.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress