Serbscy żołnierze mimowolnie zbili się w jedną, ogromną grupę, która ciągnęła się daleko w lewą oraz prawą stronę, co musiało oznaczać, że przemieszali się z sąsiednimi chorągwiami, a wielu jeźdzców z tylnych szeregów znalazło się z przodu, zupełnie rujnując pierwotną formację klina. Nic to jednak nie pomogło przeciwnikowi, który nie miał swobody w wycofywaniu się, bo zapewne nie pozwalały im na to znajdujące się z tyłu pozostałe czagatajskie jednostki, które albo nie wiedziały co dzieje się z przodu albo celowo napierały naprzód, aby zmusić tych z przodu do walki. Nad głowami walczących gęsto latały strzały. Bojąc się, aby nie dosięgła go jedna z nich oraz wiedząc, że przez chwilę będą nacierali ławą, Jovan ponownie opuścił zasłonę hełmu. Chwilowo nie miał nikogo w zasięgu swojego miecza, co pozwoliło mu zauważyć, że wrodzy jeźdzcy cofają się, a część z nich pada trafiona czy to mieczem, czy bełtem z kuszy, wystrzeliwanym przez konnych kuszników.
Mongołowie nosili lżejsze uzbrojenie ochronne, nigdzie nie widział płytowych pancerzy, ale raczej mieszaninę zbroi lamelkowych i skórzanych kurt obszytych metalowymi elementami. Jovan chciał wciągnąć któregoś z nich w walkę, ale ci konsekwentnie usuwali się przed zgrupowaniem serbskich żołnierzy. W końcu stało się jasne, że większość Czagatajów przeszła do odwrotu, jednocześnie wyciągając łuki i odgryzając się za pomocą wystrzeliwanych strzał. Ci z przeciwników, którzy nie zdążyli odskoczyć, musieli stawić im czoła dzierżąc w rękach szable, coś na kształt tureckich czekanów i buzdygany, ale nie mogli przez długi czas w bezpośredniej walce stawiać czoła ławie ciężkozbrojnej jazdy.
Zwycięzcy serbscy żołnierze nie zatrzymywali się, ale parli naprzód, ścigając przed sobą uchodzących przeciwników. Czy to przez intuicję wypracowaną doświadczeniem bojowym, czy z powodu chęci złapania oddechu, nie rzucili się do ślepego pościgu, ale ograniczali się do wolnego galopu, nie chcąc zamęczać swoich wierzchowców i wprowadzać jeszcze większej dezorganizacji. Poza tym duży wpływ miały na nich lecące w ich kierunku strzały, które tamci wypuszczali nawet gdy mieli Serbów za sobą i przy oddawaniu strzału zmuszeni byli odwracać się w siodłach.
– Powinniśmy albo się zatrzymać i odbudować szyki albo prowadzić bardziej zdecydowany pościg – pomyślał Jovan i od razu przyszło mu do głowy, że być widzą właśnie pozorowany odwrót stepowców. Na myśl, że mogą złapać ich w jakąś pułapkę przeszedł go dreszcz.
Jednakże znacznie lżej uzbrojeni Mongołowie byli od nich szybsi i po chwili zabrzmiał sygnał nakazujący chorągwi zatrzymanie się. Pod ciosami serbskiego rycerstwa padło wielu wrogów i pole zostało pokryte ciałami ludzi oraz zwierząt. Jovan obrócił konia w miejscu i ocenił, że dookoła niego znajdują się już tylko jego sojusznicy. Jeden ze zbrojnych stał na ziemi, musiał więc w jakiś sposób stracić konia.
– Gdzie są moi pocztowi? – Jovan zorientował się, że od rozpoczęcia szarży nie widział żadnego z nich.
Uniósł zasłonę hełmu i zaczął rozglądać się na wszystkie strony, jednak wśród otaczających go, oszołomionych, poczerniałych od brudu twarzy nie rozpoznał swoich ludzi.
Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdyż jego uwagę przykuło dziwne zachowanie oddalających się mongolskich jeźdzców, którzy zaczęli rozstępować się na boki, jak gdyby chcieli zrobić dla kogoś miejsce. Popatrzył uważnie i natychmiast zrozumiał co właśnie się wydarzyło. W ich kierunku zmierzała długa, zorganizowana i równa linia jazdy, a sądząc po widocznych z daleka drzewcach włóczni oraz gęsto połyskujących, metalowych elementach wyposażenia, były to świeże oddziały jakiejś cięższej kawalerii. A więc tamci wycofali się nie dlatego, że zostali rozbici, oni po prostu robili miejsce na szarżę i próbowali naruszyć spójność serbskich oddziałów! Dzięki Bogu, że nie dali się na to złapać!
Mimo to, sytuacja i tak nie była łatwa i nie mieli dużo czasu, gdyż tamci zbliżali się bardzo szybko i nawet gdyby teraz Serbowie dostali rozkaz odwrotu, to bardzo możliwe, że mongolskie oddziały i tak zdołałyby ich dogonić. Dowódca chorągwi, który stał ledwie dwa konie od niego, musiał zauważyć to jeszcze wcześniej, bo natychmiast przeszedł do wydawania rozkazów.
– LINIA! – krzyczał – GDZIE SYGNALISTA?
Ten błyskawicznie, niemal jak wyrosły spod ziemi pojawił się obok niego, wysłuchał rozkazu i głębokim, przeciągłym sygnałem dał znak do przyjęcia przez chorągiew szyku liniowego.
– A więc mieli przyjąć tę szarżę – stwierdził w duchu Jovan – Niech i tak będzie.
Do jego uszu dotarły bliźniacze sygnały, dochodzące zdawało się z każdej strony, a jak podejrzewał, pochodzące z co najmniej kilku innych chorągwi. Polecił swojemu wierzchowcowi ruszyć naprzód, chcąc zająć miejsce w szyku, na co ten delikatnie zarżał, ale posłusznie wykonał polecenie. Wydawało się, że koń miał jeszcze sporo sił i będzie w stanie wykonać jeszcze jeden atak. Objechał leżące na ziemi końskie zwłoki spod których wystawało ciało w mongolskim odzieniu i zatrzymał się na wysokości dowódcy oraz dzierżącego chorągiew jeźdzca. Po obu jego stronach błyskawicznie zaczęli pojawiać się inni żołnierze. Wszyscy pokryci byli kurzem, mieli oszołomione od walki twarze, czasami pokryte krwią. Jeden z Serbów wyszarpał ze swojej tarczy wbitą w nią strzałę. Kilku żołnierzy nadal posiadało kopie, których najwidoczniej nie zdołali na nikim złamać w pierwszym ataku. Rozejrzał się na boki – utworzona przez nich linia była długa, ale bardzo nierówna. Obejrzał się również za siebie, gdzie wyglądało to niemal identycznie. Teraz szybkie spojrzenie naprzód – niech to szlag, tamci byli już blisko, nie było czasu na lepszą organizację. Zdawał sobie z tego sprawę również ich dowódca, gdyż od razu zagrał sygnał do ataku.