Mijały kolejne, niemiłosiernie dłużące się chwile. Wzdłuż niekończących się szeregów wojska, w każdą stronę, w nieznanym Jovanowi celu pędzili pojedynczy jeźdzcy. Podtrzymywana prawą ręką kopia zaczynała mu nieco ciążyć i przeszkadzać, gdy raz po raz sięgał po przymocowany do siodła bukłak. Nad polem bitwy krążyło padlinożerne ptactwo, jak gdyby spodziewające się, że wkrótce pojawi się tutaj okazja do żerowania. Żołnierze chorągwi nie byli zbyt rozmowni, do jego uszu dochodziły tylko pojedyncze, ściszone głosy, zupełnie jakby obawiano się, że zbyt głośna rozmowa zakończy trwający względny spokój. Po ukończonych manewrach otaczające ich tumany kurzu w znacznej mierze opadły, dzięki czemu polepszyła się także widoczność. Mongołowie przesunęli swoje szyki nieco naprzód, dzięki temu stając się w ich oczach bardziej wyraźni. Dało się nawet rozróżnić pojedynczych jeźdzców oraz łopoczące na wietrze chorągwie, wśród których dominowały jakieś o czarnej barwie, z trzema czerwonymi okręgami. Linia wrogich wojsk zdawała się nie mieć końca, podobnie jak głębokość sformowanych przez nich szyków. Raporty o przewadze liczebnej przeciwnika najwidoczniej nie kłamały.
Wszyscy dookoła najprawdopodobniej zadawali sobie te same pytania: Kto pierwszy zaatakuje? Tamci od razu przejdą do walki wręcz, czy będą unikać takiej walki, godzinami zasypując ich strzałami, próbując w ten sposób zmusić ich do nieprzemyślanych manewrów? Przeklęci Azjaci, już walka z Turkami potrafiła być prawdziwym utrapieniem, a wszystko wskazywało na to, że ci cali żołnierze Timura to stepowcy z krwi i kości, którzy będą stanowili jeszcze większy problem niż Osmanowie.
W pewnej chwili Jovan usłyszał słabe odgłosy instrumentów, pochodzące z drugiego końca pola bitwy. Spojrzał uważnie w tamtym kierunku i kiedy przebijał wzrokiem falujące na gorącu powietrze wydało mu się, że stojąca tam, odległa ściana ludzi oraz koni zaczyna się poruszać. Tumany kurzu zaczęły wznosić się w wielu sektorach czagatajskiej armii, w tym naprzeciwko osmańskiego lewego skrzydła. Wyglądało więc na to, że to przeciwnik miał wykonać pierwszy ruch. Dobrze i niedobrze jednocześnie, bo pozwalało to przeciwnikowi przejąć inicjatywę.
Nie było żadnych szans na określenie, ilu żołnierzy zostało skierowanych przeciwko prawemu skrzydłu osmańskiej armii, gdzie znajdował się serbski kontyngent. Wydawało się, że wrogie oddziały nie wykonują żadnych manewrów i zmierzają prosto na nich. Jovan wziął głęboki oddech, wiedząc, że kwestią czasu jest wysłanie ich do walki. I rzeczywiście – z okolic wielkiej chorągwi bardzo szybko zabrzmiał donośny głos trąby, stanowiący sygnał do przejścia w stan pełnej gotowości. Chwilę potem przed pierwszą linią zaczęli pędzić gońcy, ustnie przekazując ten sam rozkaz. W chorągwi zapanowało poruszenie, gdy żołnierze zaczęli ostatecznie przygotowywać się do ataku. On sam poprawił swoją pozycję w siodle, upewnił się, że stopy pewnie siedzą w strzemionach. Ponownie spojrzał przed siebie – fala wrogów wydawała się przybliżać, gdyż nie stanowili już w jego oczach jednolitej masy, lecz dało się wśród nich odróżnić nawet pojedyncze konie. Obrócił się jeszcze za siebie chcąc spojrzeć na swoich ludzi i dojrzał Vratka, który siedział nieruchomo, wyprostowany jak włócznia, z wzrokiem twardo wbitym przed siebie.
– Bóg z Wami! – usłyszał nieznajomy, skierowany do ogółu głos z drugiego końca szeregu.
– I z Tobą – rozległo się jednocześnie kilka odpowiedzi.
Następnie zabrzmiał drugi sygnał, nakazujący chorągwiom ruszyć naprzód. Jovan wykonał znak krzyża i opuścił zasłonę hełmu. Skrzywił się z powodu bardzo ograniczonej widoczności, gdyż jego widok na świat ograniczał się teraz do tego, co mógł dojrzeć przez wąskie wizury. Nie pozostawało mu nic innego jak przeć do przodu razem z całym oddziałem. Ich własny sygnalista zadął w róg, a chorąży załopotał sztandarem chorągwi. Znajdujący się na czele klina rycerze powoli ruszyli naprzód. Niespiesznie, starając się zachować porządek, posuwali się przed siebie. Wydawało mu się, iż pozostałe chorągwie również ruszyły przed siebie, na skutek czego linia serbskiej jazdy stała się wielką falą stali, prącą naprzód i gotową zalać każdego kto stanie im na drodze. Zakładał, że do ataku rusza tylko pierwsza linia ciężkiej jazdy, podczas gdy druga będzie oczekiwała w rezerwie, aby zastąpić ich po zakończeniu pierwszego ataku. Nie miał pojęcia, czy do ich ataku dołączy także turecka, albańska albo wołoska jazda.
Przemieszczali się powoli, gdyż wróg znajdował się jeszcze daleko, nie chcąc męczyć koni ani naruszać szyku. Będąc niemal na samym przodzie Jovan odnosił wrażenie, że ciągnie za sobą pancerny powóz, co do pewnego stopnia było prawdą, gdyż klin którego był częścią miał między innymi za zadanie kierować ruchem całej chorągwi. Na ten moment nie było jednak potrzeby wykonywania żadnych manewrów i raczej tak już miało pozostać, gdyż wróg nacierał na nich szeroką ławą i walka z pewnością miała, przynajmniej na razie, sprowadzić się do frontalnego zderzenia oddziałów kawalerii – chyba, że tamci będą unikali bezpośredniej walki i będą ich nękali deszczem strzał. Ścisną mocniej dzierżoną w ręku kopię i jeszcze raz spojrzał w prawo na sąsiednią chorągiew, poruszającą się w takiej samej formacji.
Wjechali na niewielkie wzniesienie, które pozwoliło obejrzeć krajobraz z odrobinę wyższej perspektywy. Pośród tumanów kurzu, wyraźnie już widoczne, zmierzały w ich kierunku gigantyczne masy kawalerii, które jednocześnie wydawały się zorganizowane w mniejsze oddziały, bardzo podobnie do ich własnych chorągwi. Pomimo zawężonego pola widzenia Jovan był też w stanie dostrzec mrowie mongolskich oddziałów przemieszczających się w innych kierunkach, zapewne przeciwko lewej flance oraz centrum osmańskiej armii.
Tymczasem odległość między nimi a wrogiem kurczyła się w błyskawicznym tempie. Zostało to zauważone przez osobę dowodzącą całym natarciem, gdyż zza swoich pleców usłyszeli potężny odgłos bojowej trąby, nakazujący im przejść do galopu, co natychmiast uczynili. Wzmógł się tętent kopyt, metalowe elementy wyposażenia zaczęły coraz głośniej pobrzękiwać, a ziemia wydawała się drżeć pod wpływem coraz szybciej przemieszczającej się masy ludzi i koni. Jovan poczuł pulsującą w żyłach krew i ogarniające go coś w rodzaju bojowego uniesienia. Zniknęły pytania o sens walki, kalkulacje, strach. Wszystkie racjonalne myśli zostały odsunięte na bok przez pragnienie zmiecenia przeciwnika z powierzchni ziemi i jak najszybszego wykonania zadania. Zdołał jednak opanować się na tyle, aby kontrolować, czy zachowuje swoje miejsce w szyku.
Wróg rósł w oczach i do zderzenia z nim pozostało zaledwie kilka chwil. Tamci jednak postanowili dać o sobie znać i zaczęli unosić swoje łuki, wypuszczając w ich kierunku deszcz strzał. Na początku nie był to efektywny ostrzał, nakierowany był bardziej na zasianie ziarna chaosu w ich szeregach, gdyż odległość wymuszała strzelanie po trajektorii parabolicznej, a lekkie, przeznaczone do strzelania na dalekie dystanse strzały nie posiadały wystarczająco dużo energii aby wyrządzić szkody opancerzonemu przeciwnikowi.