Wspólnie podjechali pod trzymaną przez chorążego chorągiew, przy której zebrała się grupka wspaniale uzbrojonych i ubranych żołnierzy, mających tworzyć trzon ich oddziału. Aż dziw, że przybyli tak szybko i nie kazali na siebie czekać – oznaka tego jak bardzo poważnie podchodzono do nadchodzącego starcia. Jovan i Vratko zsiedli z koni i gdy się zbliżyli, od razu zostali zostali zauważeni przez dowódcę. Ledwie się skłonili i od razu zostali wciągnięci w dyskusję.
– Jovan, cieszę się, że Cię widzę. Właśnie potwierdzamy wcześniej ustalone miejsca w szyku. Będziemy atakować kolumną, z klinem na froncie. Tak jak rozmawialiśmy kilka dni temu, staniesz w drugiej linii klina, przed chorągwią. Nie masz żadnych obiekcji?
– Nie, oczywiście. Czy mam przekazać jakieś instrukcje swoim pocztowym?
– Pierwsze cztery linie zajmują kopijnicy, reszta ma się ustawić za nimi. Oddelegowałem człowieka do nadzorowania ustawienia.
– Mam tu jeszcze swojego krewniaka, znajdzie się dla niego miejsce u mojego boku?
Dowódca zmierzył Vratka oceniającym wzrokiem.
– Rzeczywiście, zapomniałem, że w Twoim poczcie jest dodatkowy kopijnik. – stwierdził – Druga linia jest już obstawiona, ale myślę, że może zająć miejsce w trzeciej linii.
– Dziękuję. – odrzekł Jovan – Za pozwoleniem, wrócę do swoich ludzi aby wydać im ostatnie polecenia.
Dowódca skinął głową, a oni pieszo oddalili się do reszty pocztu.
– Masz szczęście, zajmiesz honorowe miejsce w szyku, a jednocześnie nie będziesz na samym froncie – rzekł Jovan do swojego kuzyna, który spojrzał na niego dziwnym wzrokiem, lecz nie zdobył się na jakikolwiek komentarz.
Wracając do trójki swoich ludzi zobaczyli, że wdali się oni w żywiołową dyskusję z kilkoma innymi pocztowymi. W tym czasie pod chorągiew napływali kolejni żołnierze, zarówno znajdujący się w mniejszości ciężkozbrojni kopijnicy, jak i o wiele liczniejsi, lżej uzbrojeni strzelcy, wyposażeni w lekkie lance, oszczepy, kusze, a czasami łuki refleksyjne, bardzo podobne do tych używanych przez Turków. Wokół panowała ogromna wrzawa, gdyż zbiórka następowała także pod innymi, bezpośrednio sąsiadujących z nimi chorągwiami. Ponadto przez pole niosły się odgłosy wydawane przez otaczających ich i przygotowujących się do wymarszu na pozycje bojowe dziesiątki tysięcy Turków.
Jovan podszedł do swoich pocztowych, aby przekazać otrzymane instrukcje, a następnie polecił im ustawić się w miarę możliwości jak najbliżej klina, za ich plecami. Następnie łamiąc wszelkie zasady dotyczące starszeństwa uściskał każdego z osobna i życzył powodzenia, samemu również otrzymując życzenia bożej opieki i dożycia końca dnia. Następnie przemieszczając się do miejsca gdzie gromadzili się kopijnicy Jovan zauważył, że Vratko od dłuższego czasu był bardzo milczący, a jego wzrok raz po raz wbijał się w jeden, odległy punkt.
– Boi się, tylko nie chce się do tego przyznać? – zastanawiał się.
Postanowił zająć jakoś jego umysł, powtarzając kilka oczywistości.
– Uważaj na siebie i nie ryzykuj bez potrzeby. – mówił, przeciskając się pomiędzy tłumem jeźdzców. – Gdy złamiemy kopię i zdarzy się, że rozproszymy szyk, to wypatruj mnie i staraj się trzymać blisko. Nie oddalaj się od chorągwi, nie wdawaj się w samotny pościg za przeciwnikiem. Widziałem już jak pewni siebie zbrojni popędzili za niby uciekającymi saracenami jak ostatni głupcy i zostali potem rozsiekani szablami. Chcę mieć pewność, że nie popełnisz tego błędu, a ja nie stracę krewnego i swojej prawej ręki na polu bitwy. Przypominam, że jesteś moim pocztowym. Kiedy zaczniemy formować szyk staraj się zapamiętać wygląd towarzyszy dookoła, tak aby błyskawicznie rozpoznawać ich podczas walki.
– Dobrze, będę pamiętał – odrzekł krótko Vratko – I dziękuję – dodał po chwili.
– MIEJSCE, ZRÓBCIE MIEJSCE, NIESIEMY KOPIE – rozległo się za ich plecami.
Odwrócili się i zauważyli tłum obozowej służby, niosącej pęki kopii.
– Lepiej się pospieszmy, zaraz zaczniemy formować szyk – powiedział Jovan i przyspieszył kroku.
Na miejscu próbowali odnaleźć się panującym chaosie i zajęli mniej więcej przybliżoną pozycję w formującym się szyku marszowym. Gdy tylko formacja nabrała kształtu zbliżonego do docelowego, rozpoczęto rozdawanie kopii. Po chwili podeszli także do Jovana, wręczając mu około trzymetrowy, smukły kawał drewna, zakończony żelaznym grotem. Otrzymana kopia niczym się nie wyróżniała, ale wydawała się dobrze wykonana. Przeszedł go dreszcz ekscytacji – jeśli tylko ci cali Czagatajowie przyjmą fronalny atak, to będą bez szans.
Umieścił dolny koniec kopii w toku przy siodle, aby utrzymywał jej ciężar aż do momentu ataku. Rozdysponowanie kopii poszło całkiem sprawnie i po chwili wszyscy kopijnicy byli w pełni gotowi do walki. Następnie rozległy się rozkazy nakazujące formować kolumnę marszową, w której mieli przemieścić się na pozycje wyjściowe. Ustawili się czwórkami, mniej więcej w takiej kolejności w jakiej mieli zajmować swoje miejsca w szyku. Kiedy skończyli, Jovan zaczął przyglądać się sąsiednim chorągwiom. Część również była gotowa, natomiast niektóre nadal kotłowały się w nieładzie. Wykorzystał posiadany czas, aby porozmawiać z sąsiadującym kopijnikiem, z którym poznali się jeszcze w Serbii. Podobnie jak większość, narzekał on na niedobory wody, ale mimo to był dobrej myśli i niecierpliwie wyczekiwał przejścia do akcji. Był jednym z tych, którzy bardzo mocno liczyli na jeńców i łupy.
Mijały kolejne chwile, ale nadal nie padał rozkaz do wymarszu. Lekki wiatr powiewał sztandarem oddziału, a uszy wypełniał hałas wydawany przez ludzi, zwierzęta i ekwipunek. Po drugiej stronie pola na którym miała rozegrać się bitwa dało się zauważyć wysoko zawieszone tumany kurzu, wzniecane zapewne przez formujące się szyki nieprzyjaciela. Jovan czuł, że jego przeszywanica przesiąka potem, za który odpowiadała nie tylko pogoda, ale też wzbierający stres. Na szczęście na ten moment miał się całkiem nieźle jak na panujące warunki i nie czuł jeszcze ciężaru swojej zbroi. Po jakimś czasie stało się jasne dlaczego zwlekają z wyruszeniem na pozycje: wzdłuż serbskiego obozu maszerował ogromny oddział tureckiej piechoty, zmierzający na prawą flankę. Towarzyszyły mu liczne chorągwie tureckiej jazdy, również skierowane w ten sektor pola bitwy. Widok był bardzo znajomy, znali ich zarówno jako wrogów jak i sojuszników. Piechota maszerowała zbita w ciasne gromady, prowadzona przez jadących konno dowódców. Byli to chłopi i ochotnicy z ziem pod panowaniem Imperium Osmańskiego, uzbrojeni głównie we włócznie, okrągłe tarcze i łuki. Na głowach dało się zauważyć trochę hełmów, na tułowiach jakieś proste pancerze, ale poza tym można ich było określić raczej jako lekkozbrojne wojska. Było oczywiste, że te oddziały nie wezmą na siebie ciężaru bitwy, ale Turcy byli znani z tego, że potrafili znaleźć w walce zastosowanie nawet dla takich oddziałów. Znacznie groźniej prezentowały się natomiast konne, barwne oddziały spahisów. Wielu z nich uzbrojonych było w długie, lekkie kopie, przy pasach nosili szable, nadziaki i wiele innych rodzajów broni obuchowej, różne rodzaje lekkich pancerzy były dużo powszechniejsze niż u piechurów, a każdy, bez wyjątku, posiadał przy siodle łuk oraz wypełniony strzałami kołczan. Można powiedzieć, że statusem społecznym i majątkowym byli zbliżeni do tego co reprezentowało serbskie rycerstwo, ale w ich sztuce wojennej wyraźnie odznaczały się elementy wschodnie. W żadnym wypadku nie można było ich lekceważyć, chociaż Jovan uważał, że w bezpośrednim, czołowym starciu nie mieli szans przeciwko ciężkozbrojnym rycerskim chorągwiom.