Przez chwilę bez słowa wpatrywali się w ciągnące się jak okiem sięgnąć, znajdujące się w oddali ogniki.
– Zapamiętaliście co nam o nich mówiono? – Jovan zwrócił się w końcu do swoich zamyślonych towarzyszy – To stepowcy, lubujący się w zasadzkach, pozorowanych odwrotach, ciągłym ostrzale. Za nic w świecie nie dajcie się oddzielić od chorągwi i nie rzucajcie się w bezmyślne pościgi.
– Pamiętamy – odpowiedzieli jeden po drugim – Będziemy się wzajemnie pilnowali, jeśli tylko nie stracimy się z oczu.
Branko dorzucił kilka gałęzi do wygasającego ognia, wzbijając przy tym snop iskier. Niemal w tej samej chwili do ich uszu dotarły głośne modły, dochodzące spoza serbskiego obozu. Muzułmanie, Turcy. Najwidoczniej oni też nie mogli spać i już teraz postanowili odprawić swoje rytuały. Vratko dotknął palcami srebrny krzyżyk, który nosił na szyi. Oni swoje nabożeństwa odprawili wczoraj wieczorem, gdyż wiedzieli, że rano może nie być czasu – nie spodziewali się, że Turcy dostosują się do ich przedbitewnych zwyczajów.
Jovan wiedział, że już nie zaśnie, więc nie wracał do namiotu i bez słowa wpatrywał się w tańczące płomienie, a jego ludzie siedzieli spoglądając w bezchmurne, czyste niebo, upstrzone niezliczoną ilością gwiazd.
W pewnej chwili usłyszeli z oddali dźwięk tureckiej trąby, brzydki i piskliwy. Następnie ten sam sygnał zaczął dochodzić z innych części obozu. W drodze pod Ankarę zdążyli go usłyszeć wiele razy i wiedzieli, że oznacza pobudkę. Wcześnie, jeszcze nawet nie pojawiły się pierwsze promienie słońca. Dowództwo najwyraźniej wolało nie ryzykować zostania zaskoczonym przez wroga i postanowiło przygotować armię najwcześniej jak to było możliwe. Zaraz cały obóz zbudzi się do życia, a z nastaniem nowego dnia zapewne rozpocznie długo oczekiwania bitwa. W sercu dało się poczuć ukłucie niepokoju. Jovan zwrócił się do swoich ludzi:
– Słyszeliście, już czas. Idźcie coś zjeść i zajmijcie się przygotowaniami. Jak tylko skończycie, to zbierzcie się przed moim namiotem. Branko, sprowadź mi tutaj Vojislava, pomoże mi ze zbroją, a Ty w tym czasie zajmij się moim koniem: trzeba go napoić, nakarmić i oporządzić.
– Tak, panie, natychmiast – odpowiedział pachołek, natychmiast ruszając do swoich zadań.
Jovan wszedł do namiotu, który nadal skąpany był w ciemnościach. Niemal po omacku wyszukał mały koszyk z jedzeniem oraz dzbanek z piwem i wyszedł na zewnątrz, gdzie przy tlącym się jeszcze ogniu pospiesznie zjadł chleb, trochę twardego sera i garść oliwek. Gdy kończył, wzdłuż linii namiotów przejechał konno posłaniec z herbem księcia Stefana, krzykiem nakazując jak najszybszą zbiórkę w pełnym rynsztunku przy swoich chorągwiach. Słońce zaczęło powoli wyłaniać się znad horyzontu, oświetlając ziemię pierwszymi promieniami.
Nie tracąc więcej czasu wrócił do namiotu, odchylił zasłonę przy wejściu aby wpuścić do środka jak najwięcej naturalnego światła, a następnie zaczął przywdziewać poszczególne części ubioru, kończąc na pikowanym kaftanie oraz nogawicach. Dołożył do tego jeszcze swoje bojowe, skórzane buty z przymocowanymi do nich metalowymi płytkami. Krótko przed wezwaniem do stawienia się na kampanię zamówił porządne, płytowe osłony stóp, ale płatnerz nie zdążył ich wykonać, był więc zmuszony zabrać swoje wysłużone obuwie. Teraz przyszedł czas na zbroję, ale nie zamierzał zakładać jej samodzielnie: po pierwsze zajęłoby to zbyt dużo czasu, a po drugie zależało mu na tym, aby zostało to wykonane dobrze i każdy pasek został zamocowany z najwyższą starannością. Wyszedł na zewnątrz, gdzie ku jego zadowoleniu stał Vojislav, czekając na polecenia. Najpierw zabrali się za osłony nóg, składające się ze stalowych nagolennic z nakolannikami oraz zbrojnikowych nabiodrków. Następnie w pasie zamocowali opaskę kolczą, mającą na celu osłonę przestrzeni między osłoną tułowia oraz nóg. Potem na pikowaną kurtkę zarzucono kolczugę, która stanowiła dodatkową osłonę, w szczególności odsłoniętych miejsc tułowia, gdzie nie sięgały płyty pancerza. Potem przeszli do napierśnika z fartuchem, chroniącego zarówno przednią część tułowia, jak i plecy. Na tym etapie zapięcie wszystkich pasów i sprzączek zajęło dłuższą chwilę. Niewiele krócej zajęło im założenie osłony rąk, złożonej ze stalowych karwaszy, naręczaków oraz naramienników. Bóg jeden wie ile zapłacił za te elementy, ale walcząc kilka lat wcześniej pod Nikopolis, miał na rękach znacznie słabsze osłony i w trakcie bitwy został poważnie ranny w lewe ramię. Groziła mu nawet amputacja, której na szczęście uniknął, ale powrót do pełnej sprawności zajął mu ponad rok. Po tym zdarzeniu nie miał zamiaru ryzykować w przyszłości po raz drugi, dlatego wykosztował się na porządne osłony tej części ciała. Do założenia pozostał jeszcze noszony na głowie czepiec, który przedłużony przez doczepione do niego elementy kolcze sięgał aż do klatki piersiowej, a do tego hełm typu basinet z prostą, ruchomą zasłoną oraz nowe, płytowe rękawice. Tych elementów jeszcze nie zakładał – nie chciał męczyć karku i ograniczać swobody poruszania dłońmi, a z tymi częściami poradzi sobie już sam, gdy będzie miał wsiadać na konia. Na koniec założył pas z mieczem. Od razu sprawdził, czy gładko wysuwa się z pochwy oraz przetestował ostrość klingi, która okazała się doskonale naostrzona – wczorajszego wieczoru osobiście o to zadbał. Długo zastanawiał się jak uzbroić się do tej walki, ale uznał, że kopia i miecz wystarczą na ten rodzaj przeciwnika, a na wszelki wypadek, na ciężej opancerzonych wrogów, przygotował buzdygan, który właśnie wsunął za pas.
Nie był to pełny płytowy pancerz jaki nosiło najbogatsze rycerstwo, gdyż na kilka dodatkowych elementów zabrakło albo pieniędzy albo czasu na wykonanie przez płatnerza. Najbardziej martwił Jovana brak płytowej osłony ud, gdyż spodziewał się ze strony wroga gęstego ostrzału. Aby chociaż trochę zniwelować ten brak, jego pikowane nogawice noszone pod zbrojnikami były grubsze niż zazwyczaj, co mogło pomóc zatrzymać strzałę, ale to rozwiązanie nadal nie mogło równać się z porządnymi stalowymi płytami. Mimo tego szczegółu mógł jednak być zadowolony ze swojego uzbrojenia ochronnego, które i tak należało do jednego z najcięższych w serbskim kontyngencie, a już na pewno było znacznie solidniejsze niż typowe osłony stosowane przez Turków, u których królowały kolczugi z donitowanymi płytowymi elementami. Zgodnie z informacjami które udało im się zebrać, żołnierze tego całego Timura stosowali podobne do tureckich pancerze, chociaż mogło się zdarzyć, że zetknął się z bardzo ciężko uzbrojonymi jeźdzcami, gdyż kawaleria przeciwnika była bardzo zróżnicowana, stanowiąc tak naprawdę przekrój wszystkich podbitych ludów, skupionych wokół mongolsko-tureckiego kręgosłupa.
Słońce wyraźnie wyłoniło się zza horyzontu, swoim blaskiem oznajmiając o nadejściu nowego dnia. Dookoła zapanował spory gwar. Obóz zbudził się już na dobre i wszyscy zajęli się przygotowaniami, na skutek czego zewsząd dało się słyszeć krzyki, rozmowy, skrzypienie wozów, odgłosy wydawane przez konie, woły i inne zwierzęta, a także wszechobecny dźwięk metalowych przedmiotów. Branko właśnie przyprowadził jego konia – wielkie, czarne i doskonale wytrenowane do walki zwierzę. Śmierć lub ranienie wierzchowca w trakcie bitwy mogło skończyć się dla jeźdzca tragicznie, dlatego zadbał, aby jego rumak również był chroniony przez odpowiednią osłonę. Składał się na nią metalowy naczółek, metalowy, koński napierśnik oraz folgowo-kolczy nakarczek. Elementy te wykonane były ze znacznie gorszej jakości metalu w porównaniu do jego zbroi, ale za to były dużo tańsze i mimo to powinny spełniać swoje zadanie. Obawiając się obrażeń jakie mogłyby zadać koniowi strzały, boki oraz zad konia pokrył dodatkową pikowaną osłoną, która mogła zatrzymać przynajmniej część wystrzelonych z daleka strzał. Była to dosyć powszechna praktyka, będąca skutkiem doświadczeń z walk z tureckimi konnymi łucznikami.
Osobiście sprawdził mocowania siodła i reszty wyposażenia, pogładził swojego zwierzęcego towarzysza po grzbiecie i nie zapomniał dać mu z własnej ręki trochę paszy. Jeszcze raz przypatrzył się swojemu rumakowi. Oby i on wyszedł z tego cało, nie tylko dlatego, że jego hodowla pochłonęła mnóstwo czasu i środków, ale także dlatego, że trochę się z nim zżył, chociaż za młodu zawsze powtarzano mu, żeby nie przywiązywał się do bojowych koni, które w bitwach często ginęły.