Jovan słysząc tłumacza popatrzył się na Vukdraga, który odwzajemnił spojrzenie i zacisnął usta. Słowa sułtana mogły znaczyć tylko jedno: lewa flanka również padła, rezerwy zostały zużyte, a Bajazyd został tylko ze swoimi siłami z centrum oraz dowodzonymi przez Stefana oddziałami prawej flanki. Klęska była nieunikniona, a Bajazyd został wmanewrowany przez sprytne pytanie Stefana do przyznania się do desperackiej sytuacji w jakiej się znajdował. Co tu się u diaska wydarzyło?
Książę ściągnął swój hełm i z nutą desperacji w głosie, oczywiście również rozumiejąc znaczenie uzyskanej odpowiedzi, nadal starał się przekonać swojego dowódcę do zmiany zdania.
– Ponownie Cię proszę, wydaj rozkaz do odwrotu i ratuj siebie oraz swoich ludzi. Nie zależy Ci na życiu, swojej koronie, swoim kraju? Duma nie pozwala Ci uznać, że tym razem zostałeś pokonany?
Bajazyd aż zapowietrzył się z wściekłości.
– Jeszcze nie przegrałem i zabraniam Ci mówić do mnie w ten sposób!
– A może Ty też chcesz zdradzić swojego sułtana? – odezwał się jeszcze inny bejlik, stojący po lewicy Bajazyda.
Książe nie wytrzymał i gorzko się roześmiał.
– Ja chcę zdradzić? – zapytał, ledwo powściągając gniew – Walczę dla sułtana od lat przeciwko każdemu kogo mi wskazał. Dzisiaj jestem tutaj od samego początku, walczę kiedy inni uciekli z pola bitwy. Gdzie są synowie sułtana, Sulejman i Mehmed? Nie widzę tu żadnego z nich. Jeszcze rano byli dumnymi dowódcami ogromnych oddziałów. Kiedy tureccy wojownicy uchodzili z pola walki, ja prowadziłem kolejny atak na przeciwnika z którym nie łączy mnie żadna zwada.
Wypowiadając ostatnie słowa zaczął podjeżdżać do Bajazyda, niemal wygrażając odzianą w pancerną rękawicę dłonią. Na ten widok dwóch tureckich gwardzistów wysunęło się naprzód wyciągając szable. Jovan oraz pozostali członkowie obstawy księcia chwycili za rękojeści mieczy, ale zanim zdążyli je wyciągnąć, powstrzymała ich uniesiona ręka księcia, który tym razem odezwał się znacznie spokojniej:
– Moi ludzie przelali dosyć swojej krwi. Wrócę teraz do nich i zrobię to, co Ty również powinieneś uczynić – oznajmił książę. – Wracając na zachód odszukam Twój dwór i zabiorę z niego swoją siostrę. Mam nadzieję, że zaraz ujrzę twoje sztandary podążające na zachód moim śladem. Lepiej niech nikomu nie przyjdzie do głowy zatrzymywać nas siłą.
Gdy skończył mówić, książę nie czekał na odpowiedź, ale zawrócił konia i dał sygnał swojej obstawie aby podążyła za nim. Nikt nie protestował, nikt nie próbował ich zatrzymać. Odjeżdżając Jovan obejrzał się za siebie i zobaczył, iż sułtan przez chwilę spoglądał na nich w milczeniu, a następnie odjechał w kierunku swoich janczarów. Serbowie zaczęli przyspieszać, gdyż czagatajskie strzały wprawdzie jeszcze ich nie dosięgały, ale zaczęły spadać niepokojąco blisko. Jovan odnosił wrażenie, że mimo stawiania zaciętego oporu, janczarzy powoli się cofają, spychani przez nieustannie atakującą kawalerię. Nawet jeśli tak było, to przeciwnik płacił za to wielką cenę, gdyż nawet z daleka mogli zauważyć czagatajskich jeźdzców spadających ze swoich koni. Mimo konieczności lawirowania między Turkami, którzy jednocześnie przemieszczali się, wycofywali i atakowali, w końcu udało im się wyrwać spomiędzy ich oddziałów i dotrzeć do serbskich chorągwi. Patrząc z daleka można było zdać sobie sprawę jak wielkimi siłami rozporządzał jeszcze Stefan. Bogu dzięki, że nie zamierzał ich wykrwawiać, bo mimo imponującego stanu serbskiego kontyngentu, wątpliwe było aby zdołał on odmienić losy bitwy i odeprzeć nieprzeliczone hordy Timura. Jeżeli jednak Bajazyd przeżyje i utrzyma się u władzy, to relacje z Imperium Osmańskim mogą się nieco skomplikować. Odjeżdżając do swoich chorągwi otrzymali jeszcze polecenie, aby natychmiast przygotować się do wymarszu i walczyć z każdym kto próbowałby im przeszkodzić. Po dotarciu do oddziału Jovan musiał najpierw poradzić sobie z lawiną pytań oraz przedrzeć się do swoich pocztowych, którzy okazali się bardzo zajęci oglądaniem jakiegoś przedmiotu trzymanego przez Grgura. Jego widok przyciągną ich uwagę i byli kolejnymi, którzy chcieli dowiedzieć się co się dzieje.
– Atakujemy, uciekamy? Widziałeś tureckiego sułtana? – dopytywał Vratko.
– Widziałem, potem Wam opowiem jak przebiegło spotkanie. Sytuacja jest taka, że mamy się przygotować do wymarszu, dla nas bitwa się skończyła. Co tam masz? – zapytał Grgura.
– Kawałek stąd zobaczyłem, że obok martwego Mongoła leży jakiś przedmiot, więc podjechałem tam i podniosłem z ziemi ten oto łuk. Zabiorę go do domu i wykonam z nim kilka prób.
– Piękne znalezisko, może sam nauczysz się z tego strzelać z końskiego grzbietu – odpowiedział pocztowemu i następnie nakazał swoim ludziom przyłączyć się do pozostałych, którzy na dźwięk trąby zaczęli formować kolumnę marszową. Jednocześnie jednak nakazał Danilowi oderwanie się od oddziału i odnalezienie ich wozów. Jeśli tylko zdoła, miał dopilnować aby dołączyły do wycofującej się armii. Niepokoił się trochę, czy Turcy nie będą próbowali ich powstrzymać, jednak w większości byli zajęci albo ucieczką albo wiernym wykonywaniem rozkazów swojego odmawiającego przyznania się do porażki sułtana.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Było jasne, że przegrali, było jasne, że na polu bitwy zostawili wielu poległych. Jednakże mimo grozy tego dnia i skrajnego wyczerpania Jovan czuł ogromną ulgę, mając świadomość, że udało mu się przeżyć i ma teraz szansę wrócić do domu. Kolumna ruszyła naprzód, zostawiając za sobą Bajazyda, Timura oraz ich konflikt.
-WM