Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

– Oczywiście, natychmiast! – odparł Vukdrag, błyskawicznie rozglądając się na boki po stojących najbliżej ludziach. – Bogun, Lazar…i Jovan, pojedziecie ze mną. – oznajmił i nie dodając nic więcej, obrócił konia i podążył za pozostałymi.

– Czekajcie tu na mnie – Jovan zwrócił się do swoich zaskoczonych pocztowych. 

Skonsternowany, lecz jednocześnie zaintrygowany i w pewnym stopniu zaszczycony, podążył za dowódcą oraz przybocznymi głównodowodzącego kontyngentem. Nie miał pojęcia czego mógł się spodziewać, miał jedynie nadzieję, iż konfrontacja z porywczym Bajazydem nie zakończy się jakąś jatką.

Pospiesznie przejeżdżali przez uliczki utworzone przez znajdujące się na tyłach, nadal nieźle zorganizowane oddziały piechoty oraz spahisów. Nie były to jednak świeże jednostki, po brudnych twarzach i zakurzonym, często zakrwawionym ubiorze wyraźnie było widać, iż żołnierze ci brali już udział w boju. Nie dało się też nie zauważyć, że od linii frontu dzieli ich naprawde niewielka odległość, gdyż po swojej prawej bez problemu mogli dostrzec żołnierzy napinających łuki i wypuszczających strzały oraz najeżone włóczniami pierwsze szeregi, odpierające ataki czagatajskiej jazdy. W miarę gdy posuwali się coraz bardziej w głąb osmańskich linii, Jovana ogarniało nieodparte wrażenie, że zaraz zostaną zmiażdżeni między wpatrującymi się w nich po ich lewej Turkami, a nieustannie nacierającymi po prawej wojownikami Timura. Jakiś znajdujący się na koniu Turek krzyczał coś do nich, gdy przejeżdżali obok, ale całkowicie go zignorowali, starając się nie zgubić czoła oddziału, które pospiesznie przedzierało się naprzód, poszukując zajmowanej przez sułtana pozycji. W pewnej chwili musieli się zatrzymać, aby przepuścić oddział kawalerii, który zmierzał na lewą flankę. A może była to lewa strona centrum? Nie miał pojęcia jak wyglądało teraz ustawienie osmańskich wojsk i czy lewa flanka jeszcze w ogóle istniała. 

W końcu zdołali dotrzeć do sektora, w którym turecka jazda i piechota otaczały ciasnym szpalerem jakiś oddział. Zaskakująco łatwo zostali przepuszczeni do środka i od razu stało się jasne, że dotarli do celu. Przed nimi, otoczony gwardzistami, na pięknym gniadym koniu, znajdował się sam sułtan Bajazyd, władca Imperium Osmańskiego, zdobywca niezliczonej liczby miast i ziem, jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, jeszcze rankiem dowodzący chyba największą armią w historii swojego państwa. W tym momencie nie wyglądał jednak na dumnego zwycięzcę, ale na człowieka, któremu grunt usuwał się spod stóp. Jeździł w tę i we w tę z powiewającą na wietrze brodą, stawał w strzemionach chcąc dojrzeć co dzieje się na froncie i co chwilę coś wykrzykiwał do otaczających go żołnierzy. Jego wspaniały, bogaty ubiór pokrywał kurz, świadectwo tego, że nie siedział wygodnie na tyłach, ale starał się być aktywnym dowódcą. Po chwili zostali przez niego zauważeni. Wydawał się zaskoczony, mimo tego, że z pewnością musiano go uprzedzić o ich przybyciu, ale szybko się opanował i skinięciem dłoni nakazał zbliżyć się do siebie. Nikt ich nie zatrzymywał, ustawili się więc linią, tuż za plecami księcia Stefana. Tureccy gwardziści widząc to, szybko zbliżyli się do swojego władcy. Rozmowa miała toczyć się poprzez tłumaczy, dzięki czemu mogli w pełni zrozumieć każde słowo. Obie strony darowały sobie konwenanse, zwracając się do siebie w niezwykle bezpośredni sposób.

 Tłumacz niezwłocznie przekazał pierwsze pytania sułtana.

– Jako dowódcę prawej flanki nie spodziewałem się zobaczyć Cię tutaj, wbrew rozkazom – zaczął chłodno Bajazyd – Co się tam dzieje? Ilu ludzi przyprowadziłeś i dlaczego?

– Niedobrze – zmartwił się w myślach Jovan – Chyba nasz manewr był jawną niesubordynacją.

Nie chciał nawet sobie wyobrażać czym może skończyć się ta rozmowa.

– Prawa flanka padła. – odparł krótko książę – Trzy razy próbowaliśmy przełamać ich linie, za każdym razem zadaliśmy im znaczne straty, ale potem zostaliśmy zepchnięci do defensywy. Staraliśmy się ich odrzucić, ale musieliśmy w końcu ustąpić pod naporem wielokrotnie liczniejszych sił, kiedy jeszcze mieliśmy na to szansę. – Mogliśmy próbować walczyć dalej, ale nie dostaliśmy żadnego wsparcia – ostatnie zdanie brzmiało jak rzucony prosto w twarz wyrzut – Sułtanie, przekazałem Ci to przez posłańca jeszcze przed trzecim atakiem, kiedy słońce było w zenicie i przekazuję Ci to osobiście teraz, gdy chyli się ku zachodowi: zaniechaj dalszej walki, tej bitwy nie da się wygrać. Mam jeszcze dość sił żeby przy wsparciu janczarów osłonić Twój odwrót. Każda godzina przybliża nas do klęski, ten cały Timur ma wystarczająco dużo żołnierzy żeby nas zamęczyć, okrążyć i zgnieść samą przewagą liczebną. To nie wstyd wycofać się jednego dnia, aby móc walczyć kolejnego. Przegrupujemy się na zachodzie, ściągniemy posiłki i podejmiemy walkę na nowo.

Bajazyd przez chwilę patrzył na niego w milczeniu.

– Nie będę uciekał przed tym kulawym barbarzyńcą – wycedził w końcu przez zęby, stopniowo podnosząc głos – Nadal mam dość sił i nie zaniecham walki aż nie odniosę zwycięstwa. – Nie wydaje mi się żebyś odpowiedział na moje pytanie – dodał spokojniej – Jakimi siłami jeszcze rozporządzasz?

– Może trzy czwarte stanu wyjściowego. – odpowiedział sucho książę  – W praktyce pewnie mniej, bo doniesiono mi o postępujących dezercjach, a część z tych którzy utrzymują się na koniach jest albo ranna albo ich wierzchowce są zbyt wykończone całodzienną bitwą. 

– Dobrze – stwierdził z uśmiechem sułtan, chyba nie do końca pojmując przekazany raport. – Uformujesz szyki i przygotujesz się do kontrataku.

Książę słuchał sułtana tak zszokowany, że na chwilę zaniemówił, a kiedy zdołał się opanować zwrócił się do niego w niemal bezczelny sposób:

– Panie, chyba nie pojmujesz tego co ci przekazałem i tego co się dookoła nas dzieje. Bitwa jest przegrana, możemy jedynie się wycofać, próbując uratować tak wielu ludzi jak to tylko możliwe. Żaden kontratak nie zmieni naszej sytuacji, a tylko spowoduje niepotrzebne straty.

– Odmawiasz wykonania rozkazu swojego władcy? – zapytał jakiś bejlik stojący u boku sułtana, w stroju zdecydowanie zbyt bogatym i pysznym jak na wojenne odzienie. 

Sułtan podchwycił to pytanie i spojrzał znacząco na księcia. Nie była to prosta sytuacja. Bajazyd był znany z tego, że nie znosił sprzeciwu, Stefan był formalnie jego wasalem, a jeżeli osmańskiemu władcy uda się ujść z tego cało, to konsekwencje obecnej konwersacji mogły być bardzo poważnie.

Książę odpowiedział pytaniem na pytanie:

– Stanę do dalszej walki, ale potrzebuję wsparcia Twoich rezerw oraz może jakiś oddziałów z lewej flanki. Czy zostanie mi udzielone?

Ku ich zaskoczeniu, dumny Bajazyd zdawał się kurczyć w sobie, zawahał się i wbijając wzrok w ziemię udzielił wymijającej odpowiedzi:

– Nie dostaniesz żadnego wsparcia, moi ludzie mają inne zadania i musisz walczyć tym co masz.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress