Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Niewielkie grupy wrogów, które znajdowały się na ich drodze, na ich widok uciekały w panice, czemu nie należało się dziwić – pomimo strat i zmęczenia, kontyngent dowodzony przez księcia Stefana nadal stanowił zwartą i potężną siłę bojową. O dziwo, na początku ich nadejście nie spotkało się ze zbiorową i natychmiastową reakcją przeciwnika – skupieni na atakowaniu centrum być może nie spodziewali się, że prawa flanka zostanie zwinięta i będzie próbowała przemieścić się w ten sektor. Jednakże znajdujący się na równinie Serbowie nie mogli oczywiście pozostać niezauważeni przez dłuższy czas i wkrótce przyciągnęli uwagę większości Czagatajów znajdujących się pomiędzy nimi a sojusznikami. Wiedzieli, że jeżeli tylko zdołają się przez nich przebić, nadal będzie się tliła nadzieja na jakieś pomyślne zakończenie. Jeżeli nie, to najprawdopodobniej zostaną rozbici i czeka ich bezładna ucieczka, podczas której będą wyłapywani przez lekkozbrojnych kawalerzystów. Znajdujące się za czołem kolumny chorągwie zaczęły przyspieszać, chcąc zająć pozycję po lewej i prawej stronie frontowych oddziałów. Jovan wraz ze swoim pocztem ponownie znalazł się w pierwszym szeregu, mógł więc obserwować jak przeciwnicy zbili się w mniejsze lub większe grupy i zaczęła zmierzać w ich stronę. Gdy tylko wystarczająca część serbskich oddziałów utworzyła w miarę długą linię, usłyszeli sygnał do ataku. Odległość dzieląca ich od przeciwników skurczyła się w błyskawicznym tempie. Szybko zdał sobie przy tym sprawę, że wiele z atakowanych oddziałów składa się z Turków, a sądząc po chorągwiach także tych, którzy jeszcze niedawno tworzyli wraz z nimi prawe skrzydło osmańskiej armii. Mściwy człowiek mógłby ucieszyć się, że nadarzy się okazja do odpłacenia im za zdradę i zmianę stron. Ponownie pozbawieni kopii, w nienajlepszym szyki i okrutnie zmęczeni nabrali tyle prędkości ile tylko zdołali i popędzili na próbujących stawić im czoła wrogich żołnierzy. On sam został nieco z tyłu, gdyż część sojuszników zaatakowała z animuszem jakiego by się po nich nie spodziewał, a którego jemu już brakowało. W szczególności wyróżniła się jedna z chorągwi, która wyrwała się naprzód i na ich oczach uderzyła w linię wrogiej jazdy, zmiatając każdego kto stanął jej na drodze.

Zaraz po tym także oni przyjęli na siebie uderzenie kawalerii. Przeciwnik zdawał się ponieść pysze, bo nie próbował jakichkolwiek manewrów, czy jakiegoś intensywniejszego ostrzału, lecz zdecydował się zaszarżować prosto na nich. Nikt w ich chorągwi nie posiadał kopii, ale i tak pierwszy kontakt zakończył się dla wroga tragicznie. Pierwszy z przeciwników jaki nawinął się Jovanowi uderzył go czekanem, ale jedyne w co go trafił, to opatulującą go stal – jednocześnie Jovan wykonał skuteczne pchnięcie w okolice barku swoim długim, prostym mieczem. Po załatwieniu pierwszego, jadąc ciągle naprzód, zamachnął się swoją bronią na kolejną sylwetkę, tym razem przecinając tylko powietrze. W tej samej chwili został wyprzedzony przez kilku sojuszniczych jeźdzców, którzy uderzyli w kolejne fale przeciwników, wywołując przy tym upadek co najmniej jednego wrogiego wierzchowca. Któryś z Turków albo Czagatajów zdołał sie prześlizgnąć i próbował pchnąć go swoją krótką lancą, ale uderzenie wylądowało na jego tarczy, nie czyniąc żadnej szkody. Impet uderzenia obu stron wyhamował na szeregach walczących. Pomny na wcześniejsze nieudane ciosy, zamienił miecz na na buzdygan i starał się przeć naprzód u boku swoich ludzi, którzy jakimś cudem zdołali utrzymać pozycję w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Wszyscy sojuszniczy żołnierze walczyli z niespodziewaną determinacją, na co mógł mieć wpływ jasny i prosty cel, którym było przedarcie się do głównych osmańskich sił, a także świadomość, że jest to najpewniejszy sposób na wyjście cało z tej bitwy, która do tej pory nie układała się po ich myśli.

Przeciwnicy w końcu zdali sobie sprawę co oznacza bezpośrednie starcie z ciężkozbrojną jazdą i w wielu miejscach próbowali się wycofywać. Po chwili jednak trafił się Jovanowi jakiś odważniejszy żołnierz w żelaznym hełmie, z doczepionymi skórzanymi osłonami policzków oraz karku, próbujący trafić go w głowę swoim buzdyganem. Uchylił się przed jego ciosem, ale zanim zdążył spróbować mu oddać, jego przeciwnik został trafiony rzuconym przez kogoś oszczepem z tak wielką siłą, iż prawie wyrzuciło go z siodła. Nie przejmując się wyeliminowanym wrogiem Jovan ruszył naprzód, akurat w odpowiedniej chwili, aby jednym ciosem roztrzaskać spiczasty hełm na głowie jakiegoś wroga, który próbował zaatakować nadziakiem zajętego walką z kimś innym Grgura. Spod osłony bryznęła krew, opryskując wszystkich naokoło i drażniąc nozdrza jego konia, który mimo, że był przyzwyczajony do tego zapachu, też miał granicę swojej wytrzymałości. Jovan opanował jednak swojego wierzchowca i skupił się na poszukiwaniu kolejnych wrogów. Ci jednak pierzchali – Czagatajowie nie wykazali się tym razem wielkim duchem bojowym i szybko uciekli w kierunku wojsk dowodzonych przez Timura. Nikt nie próbował ich ścigać. Znowu zaczął szukać sztandaru swojego oddziału i wypatrzył go za sobą. Obok dzierżącego go żołnierza znajdował się jeden z serbskich jeźdzców, zwisając z siodła, z rękoma skierowanymi do ziemi i strzałą wbitą pod lewym okiem. Poruszyło to Jovana jak żadna z setek śmierci jakie dzisiaj widział, gdyż dobrze wiedział, że wraz z końcem dnia coraz bardziej rosła ich szansa na przeżycie i szkoda było ginąć w takim momencie. A może były to tylko pobożne życzenia i wszystkich ich wkrótce czekał taki sam los?

Zdezorganizowane serbskie oddziały pospiesznie gromadziły się pod swoimi znakami, poganiane przez dowódców i co przytomniejszych żołnierzy. Po rozbiciu stojących im na drodze wrogich jednostek, osmańskie wojska stały się widoczne jak na dłoni – zarówno te znajdujące się na tyłach jak i na samym froncie, gdzie można było zauważyć jak wciąż atakowane są przez kolejne fale Czagatajów. Od osmańskich linii zaczęły odrywać się niewielkie oddziały, które na początku z daleka, a potem z coraz bliższej odległości jeździły wzdłuż serbskich oddziałów, uważnie im się przyglądając. Jovan roześmiał się na głos, zwracając uwagę znajdujących się obok żołnierzy.

– Nasi dzielni sojusznicy chyba nie wiedzą co się dzieje. Boją się, że my też ich zaatakujemy?

– Może powinniśmy – zasugerował poważnym głosem Grgur.

Jovan uśmiechnął się szeroko na myśl o takim zwrocie akcji, a jeden ze stojących obok żołnierzy wybuchł śmiechem, ucinając możliwość zakorzenienia się takiego pomysłu.

– Książę Stefan nigdy nie zdradzi Bajazyda, nie pozwoli mu na to honor i obawa o siostrę – oznajmił wprost.

Nie dało się temu zaprzeczyć, ich wódz czuł się na tyle związany z tureckim sułtanem, że nagła zmiana sojuszy wydawała się nieprawdopodobna.

Tymczasem od sąsiadującej z nimi Wielkiej Chorągwi oderwało się kilkunastu żołnierzy i pocwałowało w stronę obserwujących ich nieufnie Osmanów. Pierwszym sukcesem był fakt, iż nikt się na siebie nie rzucił i wydawało się, że obie strony zaczęły prowadzić rozmowę. Jej owocem okazał się jakiś sygnał, który serbscy zwiadowcy przekazali w ich stronę, a następnie dźwięk trąb, nakazujący wszystkim ruszyć naprzód, w ślad za prowadzącą Wielką Chorągwią. Im bardziej zbliżali się do osmańskich linii, tym wyraźniejsze były ślady intensywnych walk. Ich oczom ukazywały się niezliczone ciała poległych, zarówno Turków jak i Czagatajów, a jak okiem sięgnąć, ziemia usłana była strzałami, pokrywając ją tak gęsto, iż wydawało się, że każdy krok konia powodował trzask łamanego drewna. W pewnej chwili  część koni zaczęła wydawać przestraszone odgłosy, a co najmniej kilka z nich stanęło w przerażeniu na tylnych odnóżach. Spoglądając ich kierunku Jovan zauważył, że tę dziwną reakcję wywołało leżące na ziemi, wielkie, szare cielsko. Miało długie, zabarwione na czerwono kły, ogromne uszy, bardzo długi, przypominający grubą linę nos, odziane było w barwne szaty, a na jego grzbiecie znajdowały się resztki jakiejś drewnianej wieżyczki. Przypomniał sobie, że podczas dzisiejszej bitwy wydawało mu się, że z oddali widział nienaturalnie wielkie istoty, ale uznał to wtedy za przewidzenia, wywołane upałem oraz zmęczeniem. Czyżby jednak się nie mylił? Co to za stworzenia? Chyba kiedyś uczono go wielkich zwierzętach jakich nie sposób było spotkać w Serbii i Europie, ale nie mógł sobie przypomnieć ich nazwy ani tego jak wyglądały. Wyglądało na to, że wróg posiadał w swoich szeregach te dziwne istoty. Dzięki Bogu nie użyto ich na prawej flance, bo patrząc na zmasakrowane ciała jakie otaczały martwego osobnika oraz liczbę strzał w jego ciele, zabicie tego monstrum musiało być niezwykle trudne i okupione było ogromnymi stratami. Odnosił coraz silniejsze wrażenie, że dzisiejszego dnia stanęli do walki z przeciwnikiem, którego nie dało się pokonać. Jego koń zarżał niespokojnie, widocznie jego nozdrza musiały zostać podrażnione przez odór nieznanego mu zwierzęcia.

Sojusznicze wojska były już niedaleko. Długie i głęboki szeregi piechoty nadal utrzymywały spójność, a kilka pierwszych prowadziło nieustanny ostrzał z łuków, gdyż atak na czoło osmańskiej armii nie ustawał ani na chwilę. Uważny obserwator mógł zauważyć, że szpalerami między jednostkami przebiegają pachołkowie, donoszący piechurom pęki strzał. Widoczne sztandary i znaki pozwalały zidentyfikować oddziały janczarów, którzy jak można było się spodziewać, byli najtrudniejsi do złamania i nadal stanowili kręgosłup chwiejącej się armii. Serbska kolumna skręcała w lewo, jak najdalej od linii frontu, chcąc zająć bezpieczną pozycję i bez potrzeby nie wdawać się w przedwczesne starcia. Wkrótce dostali sygnał do zatrzymania i na tyle na ile mogli, zaczęli zwracać się czołem w kierunku z którego mogli nadciągnąć wrogowie. Jovan nadal obawiał się ataku z prawej flanki – gdy tylko Czagatajowie dobiją resztki pozostawionych tam sił, z pewnością rzucą się na centrum, podążając ich śladem. Niestety znajdował się po lewej stronie serbskiego kontyngentu, tuż obok dowódcy oraz sztandaru, a teren na prawo był niemal płaski, nie był więc w stanie dojrzeć ponad głowami swoich towarzyszy co tam się dzieje.

Jego uwagę przykuł spory serbski oddział, który podążał między osmańskimi oraz serbskimi kolumnami. Przejechał wzdłuż ich chorągwi i skręcił w lewo, w sam środek tureckich oddziałów. Sztandar, uzbrojenie oraz ubiór nie pozostawiały żadnych wątpliwości – był to książę Stefan we własnej osobie, w jakimś celu zmierzający w sam środek osmańskiej armii. Wydawało się, że zaraz zniknie im z oczu, pozostawiając ich głowiących nad tym co ich czeka, jednak zdarzyło się coś niespodziewanego: jeden z rycerzy z obstawy księcia odłączył się od oddziału i podjechał do Vukdraga, witając się z nim serdecznie i zwracając się z szybką prośbą:

– Weź proszę kilku ludzi i jedź za nami – oznajmił półgłosem – Książę jedzie na spotkanie z sułtanem i chyba się zorientował, że jedzie w paszczę zaszczutego wilka i wziął ze sobą za mało ludzi ze swojej chorągwi.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress