Najbardziej krewki konny kusznik, którego wcześniejsza wypowiedź skondensowała opinię wszystkich niezadowolonych, nic na to nie odpowiedział, ale niektórzy nadal szemrali między sobą pełnymi niezadowolenia głosami. Tymczasem niektóre serbskie chorągwie, w mocno okrojonych składach, zebrały się w spory, ustawiony w płot oddział, który najwyraźniej przygotowywał się do kontrataku. Jeżeli mieli im pomóc, to musieli ruszać natychmiast. Vukdrag podjechał do Jovana i położył na jego ramieniu odzianą w pancerną rękawicę dłoń.
– Ruszajmy, kto z nami pojedzie, ten pojedzie. Lepiej atakować połową sił niż w ogóle.
Jovan skinął głową, zgadzając się ze swoim dowódcą i przywołał ręką swoich ludzi, chcąc mieć ich blisko siebie. Następnie Vukdrag nakazał żołnierzowi niosącemu chorągiew ruszyć naprzód, być może licząc, że takie postawienie sprawy pobudzi w niektórych poczucie obowiązku. I rzeczywiście, z tego co zauważył Jovan zanim sam podążył za sztandarem, większość zdecydowała się dołączyć do ataku. W samą porę, gdyż zorganizowane wcześniej oddziały ruszyły już naprzód, na spotkanie z kolejnymi falami wrogów, którzy tym razem mieli mieć bardzo dużą przewagę. Zmęczenie ludzi i zwierząt oraz upadające morale spowodowały problemy z dyscypliną, przez co odległości między żołnierzami i chorągwiami stały się bardzo nieregularne. Vratko i Grgur galopowali po jego lewej i prawej, a Danilo tuż za nimi. Przeciwnik znajdował się coraz bliżej i jeżeli znowu nie spróbuje walki na odległość, to zaraz powinno dojść do kolejnego zderzenia z wrogimi oddziałami.
Tym razem do starcia miało dojść na wysokości linii piechoty, gdyż nie było już nikogo kto utrzymywałby przeciwnika na odpowiednim dystansie. Ciężko policzyć który już dzisiaj raz zagrał sygnał do ataku – znajdujące się przed Jovanem oddziały przyspieszyły, przeciwnik nie uchylił się od starcia i dzięki swojej pozycji na tyłach mogli zobaczyć jak pancerne szeregi ich jazdy zderzają się z kawalerią wroga. Szczęk oręża ponownie zmieszał się z okrzykami żołnierzy. Mimo braku kopii, ciężej uzbrojone serbskie oddziały ponownie wzięły górę przy pierwszym kontakcie, tak że między nimi przedarła się do tyłu tylko garstka mongolskich jeźdzców. Stali się oni łupem dla Serbów podążających z tyłu chorągwi. Jovan nie zdołał wprawdzie dosięgnąć żadnego z nich, ale jeden zjawił się przed Vratkiem, który błyskawicznie wykonał w siodle balans ciałem, dzięki któremu jego wierzchowiec znalazł się w idealnej pozycji w stosunku do przeciwnika, dzięki czemu mógł w galopie wykonać bardzo czyste uderzenie piernaczem, miażdżące hełm i zrzucające wroga z jego konia. Przez chwilę zdawało się, że atak będzie kontynuowany, gdyż wydawał wdzierać się głęboko we wrogie linie, jednak w chwili gdy przeciwnik zaczął uchodzić, prowadzące chorągwie zaczęły się zatrzymywać. Wyglądało na to, że szarża odniosła skutek, a wróg będzie musiał dokonać porządnego przegrupowania chcąc nadal prowadzić przeciw nim ofensywę. Żołnierze zakończyli sprawę z tymi przeciwnikami, którzy jeszcze stawiali opór, a następnie oddziały jeden po drugim zaczęły zawracać, skręcając w prawo i łukiem zmierzając w kierunku własnych linii. Siły lub duch bojowy albo jedno i drugie najwidoczniej opuściły także pozostałe chorągwie i nikt nie miał ochoty robić więcej niż było to konieczne, a już na pewno przeprowadzać niebezpiecznego pościgu i przyjmować kolejnego kontrataku, który mógł zaraz nastąpić.
Udało im się bezpiecznie wrócić na pozycje wyjściowe, a gdy podczas odwrotu Jovan oglądał się za siebie, widział, że wroga jazda jest zdezorganizowana i znajduje się w sporej odległości od osmańskich linii.
– Może trzeba było ich docisnąć? – zastanawiał się – Nie, to głupota, wystarczyło omieść wzrokiem całą flankę żeby zauważyć wkradający się chaos, będący zwiastunem końca.
Na miejscu czekał na nich widok jednocześnie niepokojący jak i wyczekiwany. Część oddziałów, które nie brały udziału w ataku i wśród których można było zauważyć wielką chorągiew księcia Stefana oraz sztandary pozostałych dowódców, szykowały się do wymarszu. Zaraz też przybył do nich goniec niosący wiadomość: “Ich chorągiew ma dołączyć do przygotowanej kolumny oraz podążać za jej czołem w kierunku centrum”.
A więc stało się! W końcu uznano, że ich pozycja jest niemożliwa do utrzymania i zdecydowano się na jej porzucenie oraz dołączenie do głównego, centralnego sektora, którym dowodził sam Bajazyd. Otrzymane polecenie zostało przyjęte z entuzjazmem i na zmęczonych, brudnych twarzach pierwszy raz od dłuższego czasu pojawiły się uśmiechy. Mało kto miał ochotę w dalszym ciągu narażać życie, nie widząc żadnego realnego wsparcia od sułtana, który ich tutaj sprowadził. Turecka jazda musiała dostać te same rozkazy lub po prostu zorientowała się co się święci, gdyż w pośpiechu odjeżdżała w każdym możliwym kierunku. Rozkaz zastał ich niedaleko oddziałów piechoty, które z kolei nie wyglądały jakby również przygotowywały się do odwrotu. Patrząc na zdezorientowane, przestraszone, oglądające się na wszystkie strony twarze piechurów można było podejrzewać, że oni zdają sobie sprawę z tego co się dzieje i być może wiedzą, że zostaną poświęceni, jako przynęta na czagatajskie wojska, aby jak najpóźniej zorientowały się w zamiarach dowództwa.
Kolumna marszowa została błyskawicznie sformowana. Zawsze działo się tak, gdy ludzie popierali jakieś działania i chcieli aby jak najszybciej weszły w życie. Czystym przypadkiem ich chorągiew zajęła miejsce na samym początku kolumny, tuż obok sztandaru księcia Stefana. Teraz głowę Jovana zaprzątały kolejne pytania: czy centrum osmańskich wojsk jeszcze istnieje? Czy Czagatajowie nie odcięli prawej flanki od sojuszniczych jednostek. Centrum oraz flanki od początku nie stanowiły jednej, długiej linii wojsk. Pomiędzy nimi były spore odległości i nie miał pojęcia co tam się dzieje.
– Mam nadzieję, że posłali wiadomość o odwrocie do obozu i nasi ludzie zabiorą Vuka, a także przetransportują wozy na zachód. – zaniepokoił się Vratko – Bo to już koniec, prawda?
– Nie byłbym tego taki pewny. – odparł Jovan – Bajazyd słynie z upartości, może chcieć walczyć do samego końca i kto wie, czy nie zdoła wygrać, gdy nasze oddziały wzmocnią centrum. Jesteśmy wymęczeni, to prawda, ale nasz kontyngent nadal stanowi poważną siłę bojową, a straty które ponieśliśmy nie były aż tak dotkliwe. – mówiąc to przypomniał sobie o Dejanie, który nadal się nie odnalazł i chyba nie można było liczyć, że się odnajdzie. Biedny, że też dane było mu ginąć tak daleko od domu.
– Lepiej przygotujcie się do walki – powiedział głośno – Być może będziemy musieli się przebijać.
Szeroka i długa kolumna serbskich żołnierzy ruszyła naprzód, zostawiając za sobą chwiejącą się flankę, którą bez wątpienia czekała całkowita katastrofa. Ich odwrót wiązał się z ryzykiem, bo nawet odrzucony ostatnim kontratakiem wróg mógł próbować podążać ich tropem i szarpać ich z każdej strony, polując na nieuważnych i zostających z tyłu jeźdzców. Pozostawało mieć nadzieję, że Mongołowie nie zdołają się zbyt szybko otrząsnąć i zreorganizować. Tymczasem przez oczami Jovana zaczął rozpościerać się widok na pola, które mieli przemierzyć w celu połączenia się z resztą armii. Sytuacja niestety nie wyglądała najlepiej. Część czagatajskich jednostek wdarła się w przestrzeń między centrum a prawą flanką – być może były to zdradzieckie oddziały, które opuściły ich jakiś czas temu. Mrowie kawalerii zdawało się próbować ogarnąć samotną wyspę, którą najprawdopodobniej tworzyły oddziały pod wodzą samego sułtana. Do tego z opuszczonej przez nich prawej flanki przemieszczał się pierwsze, na razie pojedyncze oddziały jazdy, które na szczęście nie próbowały ich ścigać, ale raczej chciały dołączyć do swoich sojuszników, atakujących czoło osmańskich wojsk.