Ciągle nie mogąc zasnąć pod natłokiem tych wszystkich myśli, Jovan powtarzał w głowie wszystko czego dowiedział się o wrogu, któremu mieli stawić czoła. O Mongołach słyszał już dawno temu, we wczesnej młodości czytano mu jakąś księgę, w której wspominano o piekielnych jeźdzcach ze wschodu, którzy pustoszyli świat, docierając aż do samych Węgier. Czy byli to ci sami ludzie, którym teraz mieli stawić czoła? Przeciwnik był podobno armią konną, w znacznej części złożoną z mas lekkozbrojnych konnych łuczników, podobnych do tych, którzy walczyli w armii tureckiej. W skład sił wroga miała wprawdzie wchodzić kawaleria wszelkich możliwych typów, ale właśnie szybcy, uzbrojeni w łuki kawalerzyści byli kręgosłupem armii Timura.
Rozważając te informacje spodziewał się, że czekająca ich walka będzie okrutnie ciężka, gdyż zamiast prowadzenia prostego, frontalnego starcia, będą zmuszeni zaadaptować się do niestandardowej taktyki bardzo przebiegłego wroga. Nie napawało to optymizmem, tym bardziej, iż ludzie i konie nie byli w najlepszej formie. Kampania trwała już wiele miesięcy, podczas których nieustannie przemieszczali się po całej Anatolii, próbując nadążyć za manewrami Timura, którego Bajazyd starał się kontrować najlepiej jak potrafił. W końcu niedaleko Ankary udało im się dopaść przeciwnika, ale tamten dobrze się na to przygotował i w jakiś sposób doprowadził do zmiany biegu pobliskiej rzeki, która miała stanowić ich główne źródło zaopatrzenia w wodę. Kiedy zmęczeni przybyli w okolice Ankary okazało się, że koryto było puste, a ich ogromna armia zmuszona była polegać na szybko kurczących się zapasach, które uzupełnić było niezwykle trudno.
Mimo tych wszystkich przeciwności zachowywał nadzieję na zwycięstwo, pokładając ją w osobie tureckiego sułtana. Będący w sile wieku Bajazyd toczył wojny przez całe swoje życie, doprowadzając swój kraj do niespotykanego rozrostu terytorialnego, potęgi i bogactwa. Zawsze działał szybko i śmiało, ale niektórzy wytykali mu zbytnią porywczość i pychę, która rosła wraz z kolejnymi sukcesami. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że jest doskonałym wodzem. Uznanie dla muzułmańskiego władcy przychodziło mu z trudem, bo ani na chwilę nie zapominał, że to właśnie Bajazyd był jednym z głównodowodzących na kosowskich polach, a oni walczyli dla niego tylko z powodu narzuconej im siłą zwierzchności. Pocieszał się jednak myślą, że był tutaj i walczył nie dla Turków, ale dla księcia Stefana, za którego przewodnictwem podążał bez wahania. Jeżeli on uznał, że walka pod osmańskimi sztandarami będzie korzystna dla niego i jego ludzi, to należało mu zaufać. Mimo to, nie potrafił pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, iż znajdują się w samym centrum orientu, obcego i nieprzyjaznego chrześcijanom miejsca, a wojna w której walczyli była waśnią dwóch islamskich władców, z którą oni mieli niewiele wspólnego.
Powędrował myślami do swojej rodziny – w rodzinnej miejscowości zostawił żonę i ledwie kilkuletniego syna. Lepiej byłoby dla nich, gdyby nie przyszło mu teraz ginąć. Na tę myśl znowu poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Jeśli zginie, to w imię czego? Nie walczy za Boga i wiarę, nie broni swoich ani nie zdobywa nowych ziem. A więc za swojego seniora? Za bogactwa, które być może uda mu się uzyskać w tej wojnie?
– Dosyć, to niczemu nie służy – stwierdził w myślach. Omiótł wzrokiem namiot, lecz w panujących ciemnościach, których nie rozświetlała ani jedna świeca, nie było widać zbyt wiele. Zresztą nawet przy dobrym świetle nie zobaczyłby tutaj nic ciekawego – nie był człowiekiem lubującym się w zbytkach, w szczególności w trakcie kampanii wojennej. Wewnątrz znajdowało się tylko jego posłanie, świece, ubranie, zbroja, broń, trochę jedzenia i piwa oraz niewielka skrzynka z osobistymi przedmiotami.
– Ciekawe co teraz robią moi ludzie – pomyślał. Rozmiar ziem którymi władał, obligował go do stawienia się na wojnę wraz z kilkuosobowym pocztem. Razem z nim wyruszyło więc pięciu konnych żołnierzy: Vuk, Danilo, Vratko, Dejan oraz Grgur. Vratko był jego dalekim kuzynem oraz jednocześnie jego wasalem. Był od niego młodszy o jakieś 5 lat, a jego wrodzona arogancja doprowadzała go do pasji. Vuk, Danilo, Dejan i Grgur byli natomiast zbrojnymi na jego służbie, którym dzierżawił niewielkie majątki. Razem z nimi na wyprawę wyruszyło również 8 pachołków, których zadaniem była opieka nad wozami, ekwipunkiem, rozbijanie obozu i ogólne wsparcie we wszystkich czynnościach, ale także gdyby zaszła taka potrzeba, obrona całego obozu w roli piechoty.
Nie mogąc dłużej znieść oczekiwania, Jovan zerwał się z posłania, wstał i rozprostował nogi oraz ramiona. Przejechał dłonią po pokrytej zarostem twarzy, a następnie zarzucił na siebie i wyszedł na zewnątrz. Przed jego namiotem paliło się niewielkie ognisko, przy którym siedział Branko, będący jednym z jego pachołków oraz Danilo i Grgur. Cała trójka natychmiast wstała na jego widok, a Branko wbił wzrok w ziemię. Machnięciem ręki nakazał im usiąść i zbliżył się do ognia, od którego bił przyjemny żar.
– Wy też nie możecie spać? – zapytał.
– Nie, Panie, wstaliśmy dobrą chwilę temu – odpowiedział Grgur i mimo, że chciał kontynuować, lekko się zawahał – Czy to prawda o czym mówią? Że tamtych jest dwa razy więcej, a przewodzi im jakiś demon w ludzkiej skórze? Turcy powiadają, że nikt go jeszcze nie pokonał.
To pytanie było dla niego zaskoczeniem. Grgur nigdy dotąd nie przejmował się wrogiem i po prostu stawał do walki z tym kogo mu wskazano. Widocznie jemu także udzielił się silny niepokój związany z obcością tego miejsca i tej wojny.
– Ten cały Timur na pewno nie jest gorszy od naszego drogiego sułtana. – odpowiedział mu z przekąsem – A co do liczebności, to aż tak źle na pewno nie jest, ale nie oszukujmy się, tamci będą mieli przewagę. Popatrzcie na te ogniska na horyzoncie, nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego. Chłopi z naszych wsi pewnie nawet nie widzą, że na świecie jest tylu ludzi. Chociaż z drugiej strony, Czagatajowie to ten sam gatunek człowieka co Turek, znający i stosujący mnóstwo przebiegłych sztuczek – mogli rozpalić więcej ognisk, żeby sprawić wrażenie liczniejszych niż są w rzeczywistości.