Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Poszczególne potyczki musiały przebiegać pomyślnie, gdyż wyraźnie zaczęli spychać Czagatajów, skutecznie odciągając ich od piechoty. Kolejny przeciwnik był tuż przed Jovanem, dlatego starał się na niego nacierać, mając u boku swoich towarzyszy z chorągwi, którzy wydawało się, że również poczuli krew i dążyli do wyeliminowania jak największej liczby wrogów. Ci jednak zauważyli co się dzieje i coraz mniejsza ich liczba próbowała angażować się w bezpośrednią walkę, zamiast tego starając się trzymać na dystans. Znowu w ich stronę zaczęła lecieć niezliczona liczba strzał, znowu zdarzyło się, że niektóre z nich, znalazły odsłonięte fragmenty ciał ludzi oraz koni. Mimo to ścigali wroga, licząc, że może tym razem uda się go dopaść i rozbić znaczną część jego oddziałów. Było to oczywiście zupełnie nierozsądne, ale w trakcie walki łatwo było stracić zimną krew i orientację co do swojej pozycji. Ich błąd musiał zostać zauważony, bo zza sojuszniczych linii rozległy się powtarzające się dźwięki trąb, nakazujące odwrót. W samą porę, gdyż wrodzy żołnierze zaczęli zawracać i powoli wyjeżdżać na ich flanki, zapewne zamierzając ich okrążyć. Typowo wschodni manewr, jak mogli się dać na to złapać i to po wielu godzinach unikania takich pomyłek! Do tego w chwili, gdy Jovan zaczął wyhamowywać swojego konia, jeden z ,,uciekających” mongolskich jeźdzców odwrócił się w siodle i w okamgnieniu nakierował na niego swój łuk. Wypuszczona przez niego strzała przeleciała może o grubość palca od głowy Jovana, tak blisko, że poczuł na twarzy przecinane przez nią powietrze. W instynktownym i zupełnie bezsensownym odruchu zasłonił się ręką w której trzymał miecz i zaczął zawracać. Większość znajdujących się dookoła żołnierzy czyniła to samo, spiesząc się, aby nie znaleźć się w trudniejszej sytuacji. Wśród nich Jovan zauważył Danila i Vratka, którzy jak się okazało, trzymali się razem niedaleko niego. Jechali po skosie w stosunku do własnych linii, chcąc wrócić tą samą drogą jaką tutaj przybyli. Przed oczami mieli nadal trwającą na swoich pozycjach piechotę, która strzelała z łuków nad ich głowami. 

– Czy oni zaraz nas nie pomylą z wrogiem? – obawiał się Jovan.

Na ten moment jednak wszystko przebiegało jak należy, a ostrzał miał ten skutek, iż Mongołowie nie rzucili się na nich tak agresywnie jak być może zamierzali. Swój udział musiała mieć w tym także ta część tureckiej jazdy, która trwała na swoich pozycjach, gdyż mniejsze i większe oddziały osmańskich jeźdzców nadal prowadziły z Czagatajami rodzaj podjazdowej walki. Mimo trudności w poruszaniu się po otaczającym ich pobojowisku, w końcu zdołali się wycofać, z radością oglądając zorganizowane i gotowe do walki chorągwie, które nie uczestniczyły w ich wypadzie, a teraz wyglądały na gotowe do ataku.

Jak się jednak na miejscu okazało, członkowie tych oddziałów byli niespokojni, a powodem były krążące wśród nich bardzo złe wieści: wysłani przez księcia Stefana posłańcy nie utrzymali w tajemnicy zdobytych informacji i wkrótce rozniosły się informacje, iż osmańske wojska zostały zepchnięte ze wszystkich pozycji, a co gorsza, dezercja części tureckich jednostek na prawej flance nie była jedynym takim przypadkiem. Czagatajowie wszędzie mieli posiadać ogromną przewagę liczebną i sukcesywnie zdobywali teren, pomimo dużych strat zadawanych im przez wojska Bajazyda. Nie było jednak żadnych rozkazów do odwrotu, czy przegrupowania, każdy miał pozostać na swoich pozycjach i kontynuować walkę. Słysząc co się dzieje, Jovan zwołał swoich pocztowych, nakazując im jeszcze dosadniej trzymać się jego boku, niezależnie od szyku jaki ewentualnie mogła przyjąć chorągiew. Męczyło go okrutne pragnienie, dlatego wypił cały posiadany przy sobie zapas płynów, nie chcąc ryzykować zasłabnięcia z powodu odwodnienia.

O odpoczynku mogli jednak zapomnieć. Na osmańskie prawe skrzydło nieustannie sunęły masy czagatajskiej jazdy, nadjeżdżając długą, wydająca się nie mieć końca linią.  Było jasne, że do ponownego odrzucenia wroga konieczne będzie zaangażowanie większości serbskiej kawalerii. Dźwięk trąb niósł rozkaz przygotowania się do kolejnego ataku. Vukdrag próbował zebrać swoich ludzi okrzykami i za pomocą sygnalisty, ale wśród karnych dotąd żołnierzy zaczęło pojawiać się zarzewie buntu. Zmęczeni wielogodzinnym starciem, spragnieni, będący świadkami zdrady sojuszniczych oddziałów, zszokowani liczebnością nieprzyjaciela i przybici wieściami o przebiegu całej bitwy, niektórzy żołnierze zaczęli kwestionować sens dalszego prowadzenia walki. Głosy niesubordynacji dochodziły z całej chorągwi. Najpoważniejsze z nich odmawiały uczestniczenia w dalszych atakach, jeżeli nie otrzymają dodatkowego wsparcia. 

– Nie chcę nic sugerować, ale całkowicie się z nimi zgadzam – szepnął Vratko do ucha Jovana.

Dowódca i dwóch starszych rycerzy starało się uspokoić swoich żołnierzy, ale nie przynosiło to większych rezultatów.

– Nie możemy się teraz wycofać – stwierdził Jovan – Jeżeli spróbujemy uciekać, to te hordy siądą nam na plecach i rozbiją w trakcie odwrotu. Nie wiem, czy obecnie mamy inne wyjście niż kontynuowane walki. Według mnie powinniśmy spróbować jeszcze jednej szarży, która mogłaby odrzucić wroga jak najdalej. Jeżeli tego nie zrobimy, to już po nas. Spróbuję przekonać pozostałych, podjadę do dowódcy.

Vukdrag, coraz bardziej zrezygnowany i zniechęcony, chętnie przystał na propozycję wsparcia.

– HEJ, SŁUCHAJCIE MNIE, TUTAJ! – krzyknął na cały głos Jovan.

Nowy głos zwrócił uwagę sporej części żołnierzy.

– Niezależnie od tego czy wycofamy się czy nie, musimy jeszcze raz kontratakować! Jeżeli tamci nie poczują się zagrożeni, to od razu zabiorą się za pościg. Wróg jest tuż za nami i rozbije nas w chwili gdy tylko spróbujemy odjechać do obozu. Trzeba ich odrzucić, jeszcze jeden, ostatni raz. Nie popełnijmy głupiego błędu i nie zniweczmy wysiłku całego dnia, na pewno damy radę przeprowadzić jeszcze jeden atak!

Część osób głośno się z nim godziło, część milczała, ale odezwały się też głosy przeciwne.

– Nie pojadę drugi raz do tego piekła, żeby skończyć naszpikowany strzałami jak zwierzę na polowaniu – stwierdził jakiś zbrojny z grzbietu swojego konia, trzymając w ręku naładowaną kuszę – Jeżeli Turcy chcą umierać za swojego sułtana, to śmiało, ja zrobiłem już więcej niż można było ode mnie oczekiwać.

– Ma rację, niech Turcy sami atakują! – odezwał się jakiś głos. 

– Tchórze, po prostu boicie się, gdy robi się trochę trudniej! – zakrzyknął ktoś inny.

– Który to powiedział, pokaż się?! – rozległa się wściekła odpowiedź.

– Niech to, zaraz się pozabijają – pomyślał ze zgrozą Jovan.

– Panowie, spokojnie! – zaczął od banału, ale udało mu się złapać uwagę przynajmniej części słuchaczy – To już nie jest walka o zwycięstwo osmańskiej armii. Nie walczcie dla sułtana, ale dla siebie i dla nas. – ciągną – Teraz walczymy tylko o przetrwanie naszej chorągwi i naszego kontyngentu i o nic więcej.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress