Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Vukdrag nie tracił ani chwili:

– Musimy ich odeprzeć, zanim flanka całkowicie się załamie. Spróbujemy objechać piechotę po łuku i uderzymy na atakującą kawalerię. Nasza chorągiew została wyznaczona do prowadzenia ataku. Ruszamy natychmiast!

– To znaczy, że ja będę na czele tego ataku – pomyślał z przekąsem Jovan, po raz kolejny w dniu dzisiejszym wyciągając miecz i zastanawiając się, jak długo jeszcze wytrzyma jego wierzchowiec. Dzięki przyjętej formacji klina manewry całej chorągwi przebiegały w całkiem zorganizowany sposób. Na początku posuwali się naprzód, lecz zaraz dowódca ruchem ręki wskazał, iż mają nieznacznie skręcić w lewo. Najpierw czoło klina, a natępnie cały oddział posłusznie podążał za nim. Po wykonaniu zwrotu miał walczących po swojej prawej stronie i ze zgrozą zauważył, że wrodzy jeźdzcy są wyraźnie widoczni na tle sojuszniczej kawalerii, co oznaczało, że zdobyli w tym rejonie przewagę liczebną i są tylko o krok od przebicia się na flanki piechoty. Po przebyciu niedalekiego dystansu ponownie skręcili, tym razem w prawo, ustawiając się centralnie względem czagatajskiej armii. Sprawność z jaką przemieścili się na pozycje wyjściowe zaskoczyła nawet Jovana. W tym momencie zatrzymali się na krótką chwilę, co pozwoliło uporządkować szeregi i zorientować się w celu ataku. Przed ich oczami odbywał się taniec setek osmańskich i mongolskich jeźdzców, którzy wzajemnie ostrzeliwali się z łuków, podjeżdżali do siebie próbując nawiązać walkę wręcz, wycofywali i ponownie atakowali, próbując się wzajemnie zamęczyć i zmusić do odwrotu. W jednym miejscu ta gra została przerwana przez ponowny atak jakiejś samotnej serbskiej chorągwi, która wbijała się jak nóż w czagatajskie szeregi, odrzucając przeciwników w kierunku ich własnych linii.

– Naprzód, jeśli ich odrzucimy, to od razu wykonujemy zwrot w prawo i atakujemy dalej! – wykrzyczał dowódca. – Grać sygnał do ataku! – rozkazał.

Trąba zagrała przeciągły, energiczny sygnał. Klin ruszył przed siebie, ciągnąc za sobą dziesiątki i setki jeźdzców biorących udział w tym ataku. Dystans nie był duży, od razu przeszli więc do galopu. Sojuszniczy, rozproszeni kawalerzyści widząc atak zmasowanych oddziałów jazdy odskakiwali na boki, natomiast Mongołowie zaczęli błyskawicznie uchodzić, nie chcąc znaleźć się na trasie ataku. To dotyczyło jednak przede wszystkim tych przeciwników, którzy znajdowali się z przodu i mieli dobry wgląd w sytuację, reszta nie mogła zareagować odpowiednio wcześnie i pozostawała im desperacka ucieczka w każdym możliwym kierunku. Zrobili to jednak tak sprawnie, iż ich atak na początku trafił w pustkę, napotykając jedynie lecące w ich kierunku strzały. Odnieśli jednak pewien sukces, gdyż skutecznie odepchnęli wroga i teraz mogli przejść do kolejnej fazy ataku: rozproszenia jednostek atakujących osmańską piechotę. Drastycznie zwolnili, a ich dowódca wysunął się nieco naprzód, aby dopilnować planowanego skrętu w prawo, po takim łuku jaki od początku planował i który był najważniejszym elementem ich kontrataku. Manewr został wykonany, jednak zakłócony przez ostrzał i leżące na ziemi przeszkody w postaci ludzkich oraz końskich ciał, spowodował naruszenie formacji, która stała się nieregularnym zgrupowaniem zdezorganizowanej kawalerii. Mimo to, stawali teraz czołem w kierunku miejsca gdzie toczyły się najpoważniejsze walki i niezwłocznie ruszyli w kierunku frontalnych linii piechoty, zmagających się z nieustępliwymi czagatajskimi hordami. Tym razem przeciwnik dał się nieco zaskoczyć i pierwsze zgrupowania, które napotkali nie odskoczyły wystarczająco skutecznie, przez co nieustannie wyrastali przed nim zaskoczeni wrogowie, w ostatniej chwili desperacko starający się uniknąć zderzenia z masami ciężkiej jazdy. Żaden z nich nie znalazł się dotąd w zasięgu miecza Jovana, pozostawało mu więc sunąć naprzód, wraz z pozostałymi odciągając w ten sposób Czagatajów od szeregów osmańskiej piechoty. Z obecnej perspektywy wyraźnie było widać wypuszczane przez piechurów oraz kawalerzystów strzały, które przecinały powietrze jak niesione wiatrem strugi deszczu. 

– Chryste, oby ta hołota z piechoty nie zaczęła szyć do nas z tych swoich krótkich łuków. – pomyślał gorzko Jovan, nie ufając rozsądkowi przestraszonych i przemęczonych sojuszników.

W tej samej chwili jego koń gwałtownie się zatrzymał, nie chcąc przeskoczyć nad naszpikowanymi strzałami, leżącymi jedno na drugim końskimi ciałami. Poczuł, że został pchnięty przez znajdującego się za nim jeźdzca, który nie zdołał wyhamować. Pozostali zaczęli go omijać, tworząc tłok uniemożliwiający ominięcie przeszkody i ruszenie naprzód. Mimowolnie był więc wyprzedzany i został zepchnięty w środek zgrupowania. Mógł poczytywać to za szczęście, bo Mongołowie w końcu zorientowali się co się dzieje i zaczęli kontratakować, do ostrzału dodając kontrszarżę. Wielu z przeciwników dzierżyło lekkie lance, którymi posługiwali się z niewiarygodną sprawnością. Będąc w środku chorągwi, otoczony przez sojuszników, Jovan nie mógł wdać się z bezpośrednią walkę, ale dzięki temu mógł zauważyć jak skutecznie posługiwali się kuszą z grzbietu konia lekkozbrojni serbscy kawalerzyści. Ci, którzy znajdowali się wewnątrz wypuszczali bełty ponad głowami swoich towarzyszy, natomiast żołnierze którzy znaleźli się na skraju chorągwi mogli pokusić się o bezpośrednie strzały, które niejednokrotnie okazywały się celne.

Atak zaczął jednak spowalniać. Po wstępnym zaskoczeniu, przeciwnik w końcu zdołał się przegrupować i zaczął przechodzić do walki wręcz. Serbskie zgrupowanie zaczęło się rozluźniać, gdyż poszczególni jeźdzcy zaczęli się od niego odrywać, aby zaangażować przeciwnika w bezpośrednią walkę. Znajdujący się z tyłu i wewnątrz chorągwi konni kusznicy zdołali przeładować swoją broń i nadal prowadzili ostrzał. W końcu Jovanowi udało się przedrzeć na przód i przyciągnąć uwagę jednego z Mongołów, który gwałtownie ruszył na niego z szablę w dłoni, z nieprawdopodobną szybkością tnąc go od góry. Pierwsze uderzenie było tak szybkie, że Jovan nie zdążył unieść swojego miecza i cios spadł na jego wyciągniętą prawą dłoń, odzianą w pancerną rękawicę. Zabolało, ale nie przestraszył się, nie wierząc, że mogło to przeciąć metal. Drugie uderzenie opadło na czubek jego głowy, ale instynktownie odchylił się na bok, przez co ostrze szabli ześlizgnęło się po hełmie, opadając na osłonięty stalą bark, również nie wyrządzając mu żadnej krzywdy.  W końcu zdołał na to odpowiedzieć i w mało finezyjny sposób rąbnął mieczem w hełm przeciwnika. Osłona chyba wytrzymała, ale wróg musiał odczuć uderzenie, bo na jego twarzy odmalował się wyraz oszołomienia. Jovan już chciał poprawić drugim ciosem, ale przeciwnik zawrócił konia i zaczął uciekać. Nie myśląc wiele, ciął go jeszcze na tyle ile zdołał, trafiając w pęk strzał wystających z przyczepionego do siodła kołczanu.

– Niech to, trzeba było od razu wyjąć buzdygan, gdy wyhamował impet szarży, znowu źle dobrałem broń – pomyślał zirytowany.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress