Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

– Te cholerne strzały zawsze potrafią odnaleźć jakieś gorzej chronione miejsce! – skomentował Grgur.

Danilo dostał polecenie odprowadzenia Vuka do obozu, gdzie ich pachołkowie mieli poszukać medyka, a następnie jak najszybszego powrotu do chorągwi. Gdyby mu się udało, to mógłby również próbować ściągnąć jakieś zapasy wody. Jovan ściągnął hełm i czepiec, nie mogąc już wytrzymać panującej spiekoty. Uskoczył też na bok, bo jakiś głupiec galopował przez pole nie zważając, że było na nim gęsto od żołnierzy próbujących ogarnąć się i jako tako zorganizować. Tym razem ciężko było wypatrzeć czeladź z zapasami wody – czyżby skończyły im się zapasy? Nie wyglądało to dobrze – wprawdzie przy siodłach mieli bukłaki z jakimś ostatnim zapasem napojów, ale obawiał się o wytrzymałość koni, które przy tej intensywności walk i przy tej temperaturze należałoby regularnie poić. Nastroje wśród otaczających ich żołnierzy chorągwi nie były najlepsze: atak nie przyniósł rozstrzygnięcia, zwiększyła się liczba rannych, kolejne osoby nie powróciły. Jednego z żołnierzy ogarnęła tak wielka wściekłość, że cisnął swoim hełmem o ziemię, krzycząc, że to niemożliwe żeby tamtych było tak wielu oraz że pomimo rozbijania kolejnych oddziałów, Czagatajowie nadal nieprzerwanie na nich nacierali. 

– Kuzynie, co dalej? – zapytał bezpośrednio Vratko – Końca walki nie widać, a tamci nie odpuszczają. Dlaczego to my ciągle atakujemy, a tyle tureckich oddziałów czeka w rezerwie? – dopytywał.

– Chciałbym móc Ci odpowiedzieć, ale po prostu nie wiem – odpowiedział szczerze, intensywnie wpatrując się w tumany kurzu wznoszone od strony timurydzkich linii. – Masz jednak rację, jeżeli mamy tutaj cokolwiek zdziałać, to przede wszystkim trzeba tu zaangażować tych tureckich piechurów. Ciągle też liczę, że w centrum i na lewej flance wygląda to lepiej i wkrótce coś zmieni się na nasza korzyść. Pamiętaj, że nasz kontyngent to w końcu niewielka część całej osmańskiej armii.

Zapominając się na chwilę w tej konwersacji nie zwracał uwagi na pozostałych i dopiero teraz zauważył, że przysłuchuje mu się nie tylko Vratko i Grgur, ale też kilka innych osób.

– Czy Dejan się odnalazł? – zapytał swoich pocztowych.

– Niestety, nikt go nie widział od momentu rozpoczęcia pierwszej szarży – odpowiedział Grgur.

Nie była to dobra wiadomość, szanse, że przeżył wydawały się słabnąć z każdą chwilą.

Osobą która ich odnalazła był za to Branko, który jak się okazało został skierowany do nich przez Danila, który spotkał go odprowadzając do obozu rannego Vuka. Pachołek przytargał ze sobą jedno i to tylko do połowy pełne wiadro wody, które wykorzystali w całości do napojenia koni, ciesząc się, że chociaż w minimalnym stopniu wzmocnią swoje wierzchowce. Odesłali Branka z powrotem na tyły, a następnie w okrojonym składzie ruszyli w stronę chorągwi, chcąc poznać dalsze zamiary dowództwa. Liczba zgromadzonych przy niej żołnierzy wydawała się wyraźnie mniejsza niż po wcześniejszym ataku, ale może po prostu spora część z nich nie zdołała się jeszcze zreorganizować. Na miejscu niemal od razu przekazano im bardzo złą wiadomość – Dragoslav, dowódca ich chorągwi, zginął pod sam koniec drugiego ataku, gdy przeciwnik zaczął się wycofywać. Wprawdzie dwóch rycerzy spierało się jak do tego doszło – jeden z nich twierdził, że powodem była strzała, która trafiła go w oko, a inny, iż został trafiony w twarz szpicem nadziaka, ale oboje byli zgodni, że widzieli jak bez życia zsuwa się z konia. Potwierdzało to także dwóch innych żołnierzy. Dowództwo po nim przejął jego szwagier imieniem Vukdrag, który z tego co pamiętał Jovan, podczas drugiego ataku stawał w szeregu przed nim. Kilka chwil później, kiedy oni nadal roztrząsali te wydarzenia, powrócił do nich Danilo, który zgodnie z poleceniem odprowadził Vuka na tyły i rozesłał pachołków w poszukiwaniu medyka. Wszystko to oznaczało, że na tę chwilę poczet Jovana skurczył się o dwie osoby, zaginionego Dejana i rannego Vuka. Jovan przygryzł dolną wargę – to nie były akceptowalne straty, tym bardziej jak na bitwę, która podobno nie jest jeszcze przegrana.

Rzeczywiście można było mieć poważne wątpliwości co do tego kto tutaj wygrywa. Po ich odwrocie, oskarżani przez niektórych o bezczynność tureccy spahisi nadal kontynuowali walkę i teraz powracali do sojuszniczych linii – nie wiadomo czy rozbici, czy po ustalonym odwrocie. Jednak tym co zwróciło ich uwagę było to, iż w ślad za Turkami poruszały się masy mongolskiej kawalerii, które natychmiast skierowały się w stronę linii piechoty, stojących na drodze do przegrupowujących się na tyłach jednostek. Ten szatański pomiot nie odpuszczał ani na chwilę, nic sobie nie robiąc z ponoszonych strat, w jakimś opętańczym szale dążąc do zakończenia walki po swojej myśli. Nawet z ich pozycji na tyłach łatwo można było zauważyć, że Mongołowie atakują niezwykle agresywnie, zasypując piechotę gradem strzał i podjeżdżając przy tym do niej na minimalną odległość. Piesi osmańscy żołnierze jak na razie trzymali pozycję, ale to nie byli profesjonalni żołnierze i wkrótce mogli po prostu pęknąć pod naporem wroga. Jovan zdawał sobie sprawę, że jeżeli dojdzie do tego kiedy serbska i osmańska jazda nadal będzie zdezorganizowana, to skończy się to zniszczeniem całej flanki.

Wydawało się, że jego obawy miały zostać rozwiane, gdyż z sektorów zajmowanych przez turecką lekką jazdę, z tych oddziałów, które ku ich niezadowoleniu prawie w ogóle nie brały dotąd udziału w walkach, ograniczając się do pojedynczych, niemrawych ataków, dobiegły dźwięki bębnów oraz piszczałek, na odgłos których masy kawalerii ruszyły naprzód. 

– Nareszcie – pomyślał Jovan – Było ich dość żeby oczyścić przedpole z wrogiej jazdy i dać im czas na reorganizację i kolejny atak.

Coś się tutaj jednak nie zgadzało. Spore, na oko trzytysięczne zgrupowanie kawalerii, nie posuwało się w stronę atakujących Czagatajów, lecz obrało kierunek na lewo od ich pozycji, w kierunku centrum.

– Widzisz to co ja? – zapytał go bezpośrednio jakiś stojący obok żołnierz, mający na napierśniku całkiem pokaźne wgniecenie.  

Jovan potrzebował dłuższej chwili aby zdobyć się na jakąkolwiek odpowiedź.

– Wezwali ich do wsparcia centrum? – zapytał w końcu.

– Nie byłoby to aż tak tragiczne – stwierdził nieznajomy – Ale przeczucie mi mówi, że nie wyniknie z tego dla nas nic dobrego. Poza tym nawet jeśli masz rację, to jak to świadczy o kondycji reszty armii? Oni też mają tak ciężko, albo jeszcze gorzej?

Nie dało się zaprzeczyć temu trafnemu spostrzeżeniu, a także nie można było nie zauważyć zamieszania jakie wdarło się w oddziały tureckie, których członkowie zaczęli galopować w każdym możliwym kierunku, jak gdyby poszukując informacji i wyjaśnień zaistniałej sytuacji. Nie zwlekając, Jovan i jego ludzie wskoczyli na grzbiety swoich koni, nie chcąc zostać zaskoczonymi przez jakieś nieprzewidziane zdarzenie. Do chorągwi nie docierały żadne nowe rozkazy, ale po jakimś czasie udało im się zatrzymać jednego z Turków, zasypując go pytaniami, pomimo, że najprawdopodobniej nie znał ich języka. Trzymając w ręku szablę, w spiczastm hełmie do którego doczepiona była misiurka, patrzył na nich osłupiałym wzrokiem, zalewając ich niezrozumiałymi słowami. W pewnej chwili wyrwał im się, wyminął ich i na złamanie karku popędził w kierunku obozu.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress