Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Jednakże natarcie wroga, połączone z włączeniem się do walki przez lekką jazdę spowodowało, że walka ponownie nabrało nieco chaotycznego wymiaru, gdzie obie strony próbowały wzajemnie zmusić się do wycofania. Jovan zdołał w końcu znaleźć chwilę aby schować miecz i wyciągnąć buzdygan. Impet ataku serbskiej kolumny zupełnie wyhamował, co tworzyło niebezpieczną sytuację, w której zamiast miażdżyć przeciwnika siłą szarży, zatrzymali się w miejscu, stanowiąc idealny cel dla krążącego wokół nich wroga. Tamci zaczęli to wykorzystywać i na własne oczy mógł zobaczyć, jak rzucony przez galopującego Mongoła oszczep wbił się w bok jednego z koni. Na ten widok chciał ruszyć na miotającego, ale ten zawrócił i po prostu oddalił się jak najdalej od niego. Chwilę potem poczuł potężne uderzenie w żebra, a przed oczami przefrunęły mu odłamki drewna. Skrzywił się z bólu i nie od razu dotarło do niego, że dostał strzałą w pierś i ta musiała pęknąć się na jego zbroi. Nie potrafił zliczyć ile razy w trakcie tej bitwy jego pancerz uratował go od rany lub śmierci.

Wbrew pozorom nie była to jednak jednostronna walka. Część serbskich chorągwi nie została zatrzymana i wdarła się głęboko we wrogie szyki, a wszędzie tam gdzie dochodziło do walki wręcz, przeciwnik miał ogromne trudności w dotrzymaniu im pola. Jeden z czagatajskich konnych łuczników został przez kogoś przyłapany w chwili, gdy nakładał na cięciwę kolejną strzałę i zaskoczony próbował zasłonić się łukiem przed opadającym na niego toporem o długiej rękojeści – oczywiście bezskutecznie i ciężki obuch opadł na jego bark, wywołując fontannę krwi. Jeden z przeciwników postanowił zaatakować Jovana, ale zanim zdążył go w jakikolwiek sposób dosięgnąć, jego agresywny, szkolony do takiej walki wierzchowiec pokąsał czagatajskiego wierzchowca, który przerażony stanął dęba na tylnych odnóżach, zrzucając siedzącego na nim jeźdzca. Następnie w tym całym chaosie Jovan dostrzegł coś nowego: ciężkozbrojni czagatajscy kawalerzyści, w swoim nieprawdopodobnie pięknym oporządzeniu, tłumnie rzucili się na grupkę serbskich rycerzy, którzy chyba nie należeli do ich chorągwi. Kilku-kilkunastu Serbów pędziło w tamtym kierunku, więc niewiele myśląc pognał za nimi, dopadł do wrogiej grupy i trzasnął buzdyganem najbliższego przeciwnika w jego lewą rękę, na co ten zaczął uciekać. Nie próbował go ścigać, uważając, że uderzenie było skuteczne i musiało mu pogruchotać kończynę.  

– Czemu ta grupka wzbudziła takie zainteresowanie Mongołów? – zastanawiał się.

Mimo oporu wroga, trąby grały sygnał do kontynuowania ataku. Dźwięk znajdującego się tuż obok jednego z instrumentów niemal go ogłuszył, ale jednocześnie podziałał jak niewidzialna lina, która ciągnęła za sobą jego jak i całą chorągiew, prosto w najgęstsze zgrupowania Mongołów. Zrządzeniem losu przez jakiś czas nikt nie stawał mu na drodze, ale pozostali Serbowie zapamiętale roztrącali wrogów na boki, siekli mieczami, uderzali toporami oraz buzdyganami i nie dawali przeciwnikom ani chwili na przegrupowanie. W ich stronę leciały chmary strzał, zarówno ciężka jak i lekka czagatajska jazda próbowała stawiać opór, ale w końcu nie wytrzymała naporu ponownie rozpędzonej ciężkiej jazdy i rozpoczęła bezładny odwrót w stronę własnych linii. Już wycofując się, jeden z Mongołów zdołał jednak jeszcze zarzucić arkan na jakiegoś znajdującego się na przedzie Serba, następnie odjeżdżając zrzucił skrępowanego jeźdzca z jego konia, a po przejechaniu kilkudziesięciu kroków przeciął przywiązaną do swojego siodła linę. Po upadku, nieszczęsny żołnierz leżał bez ruchu na ziemi.

Mniej więcej w tym samym czasie Jovan zdołał ponownie wypatrzeć Vratka, tym razem w towarzystwie Vuka, którzy znajdowali się niedaleko. Kiedy do nich podjechał, Vuk w pierwszej chwili spojrzał na niego niewidzącym wzrokiem, ale szybko odzyskał świadomość i skinięciem głowy dał znak, że rozumie kogo ma przed sobą. Jego twarz miała trupioblady odcień. Jovan chciał zadać mu pytanie, ale jego pierwsze słowo zagłuszył sygnał do odwrotu. A więc ponownie zamierzali zaniechać ścigania wroga. Wraz z dwójką swoich odnalezionych pocztowych przybliżył się do sztandaru jednostki, a następnie chorągiew rozpoczęła powrót do własnych linii. Pomny na wcześniejsze doświadczenia, Jovan nerwowo oglądał się za siebie, ale tym razem nikt ich nie ścigał. Wracając, próbował uporządkować sobie w głowie wszystko co zaszło i w końcu dotarło do niego, że tę potyczkę chyba wygrali, zmuszając przeciwnika do ucieczki. Z jednej strony napełniło go to radością oraz ulgą, lecz jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nadal nie uzyskali przełomu i nawet nie zbliżyli się do głównych linii wroga.

Ponownie przemieszczali się przez pola na których wcześniej toczno intensywne walki i które teraz jeszcze gęściej usłane było ciałami poległych ludzi oraz zwierząt. Po drodze napotkali wielu pozbawionych jeźdzców koni. Jednego z nich udało się nawet Jovanowi złapać za lejce, gdy ten przebiegał obok. Ucieszył się z niespodziewanego łupu, ale kawałek dalej jakiś Serb próbował wrócić na piechotę do osmańskich linii, do których było jeszcze daleko, zdecydował się więc oddać mu zdobycznego wierzchowca. Nie zrobiłby tego, gdyby nie hałas za ich plecami, wywoływany przez nowe chmary czagatajskich wojowników, którzy mimo początkowej opieszałości najwyraźniej nie zamierzali im odpuścić i ponownie chcieli ich przechwycić w trakcie odwrotu. Bez tego konia obdarowany z pewnością nie zdołałby przed nimi uciec.

Okazało się jednak, że z Bożą pomocą tym razem udało im się spokojnie wrócić do własnych linii, przynajmniej tym którzy nadal poruszali się konno. Widok sojuszniczych sztandarów oraz wojsk przyniósł nieopisaną ulgę. Wśród nich znajdowały się niemal nienaruszone oddziały piechoty, turecka jazda oraz mała część serbskiego kontyngentu, która nie uczestniczyła w trzecim ataku. Przejechali między wszelkimi dostępnymi odstępami między oddziałami i zatrzymali się na tyłach. Pierwsze na co Jovan zwrócił uwagę, to zgarbiona, pochylająca się na bok sylwetka Vuka. Vratko złapał za lejce jego konia i odprowadził go na bok. Bardzo szybko zostali odnalezieni przez Danila i Grgura, którzy bez przeszkód wrócili razem z oddziałem. Wspólnie pomogli Vukowi zejść z konia, a następnie położyć się na niemal gołej, sprażonej słońcem i zrytej tysiącami kopyt ziemi, chcąc zbadać co mu dolega. Jovan zmarszczył czoło, ale tym który zmartwił się najbardziej był Danilo, którego z Vukiem łączyła bliska przyjaźń. Vuk słabym głosem wyjaśnił, że dostał strzałą, która trafiła go w podbrzusze, w miejscu które nie było chronione przez donitowane metalowe elementy, a jedynie przez kolczugę i pikowane części ubioru. Spanikowany wyrwał strzałę  i zamiast od razu wracać do własnych linii, kontynuował atak, podczas którego i tak z racji swojego stanu nie był w stanie wiele zdziałać. Wspólnie ocenili, że na szczęście rana nie była głęboka, ale krwotok był na tyle duży, że dalsza utrata krwi mogła spowodować poważne zasłabnięcie. Vuk miał dużo szczęścia, że w którymś momencie nie spadł ze swojego konia.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress