Zanim Jovan zdążył zacząć się zastanawiać, czy nie zmierzają w jakąś pułapkę, wrodzy konni łucznicy oddalili się jeszcze bardziej i masowo, w niezwykle zdyscyplinowany sposób, zaczęli skręcać w prawo. Szybko stało się jasne, że tak jak podczas pierwszego ataku, robili miejsce dla właściwych jednostek, które miały przyjąć na siebie główną siłę uderzenia ciężkozbrojnej kawalerii. Dowództwo jednak nie zawiodło i rozległ się sygnał do zatrzymania – według Jovana, sprytni Czagatajowie próbowali nie tylko zmiękczyć ich ostrzałem lekkiej jazdy, ale też wymusić na nich jak najdłuższy galop, aby wymęczyć ich konie przed właściwym starciem. Na szczęście nie dali się na to nabrać. Jedna po drugiej chorągwie stanęły i od razu zabrały się do porządkowania szyków. Vratko został nieco z tyłu i szybko przecisnął się na swoje stare miejsce po lewej stronie Jovana. Nie mieli jednak wiele czasu na dalsze poprawki, gdyż tak jak się spodziewali, nadciągały na nich niezliczone formacje świeżej jazdy. Jovan podniósł na chwilę zasłonę hełmu, aby spojrzeć w dal i ocenić z kim będą mieli do czynienia. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to widoczny już z daleka blask hełmów, zbroi oraz tarcz, powstały dzięki odbijaniu promieni słonecznych od metalowych elementów. Nad głowami jeźdzców górowały kopie, bardzo podobne do ich własnych, a także łopotały czarne sztandary z czerwonymi okręgami. To wystarczyło żeby zorientować się, że wysłano przeciw nim jakieś elitarne, ciężkozbrojne oddziały. I znowu ogarnęło go optymistyczne nastawienie: może rzucają tamtych do ataku, bo to ich ostatnie rezerwy? Ta myśl wywołała nie wywołała u niego trwogi, ale chęć przejścia do natychmiastowego ataku i ostatecznego rozstrzygnięcia bitwy.
Nie musiał na to długo czekać, gdyż zaraz zagrzmiały trąby, nakazujące ruszyć naprzód. Najszybciej jak było to możliwe przeszli do galopu, a gdy długa, groźna linia wroga, który również zdawał się przyspieszać, znalazła się wystarczająco blisko, zagrał sygnał do szarży. Jovan popędził konia ostrogami, pochylił się w siodle, a gdy ściana wrogów znalazła się wystarczająco blisko, pochylił również kopię. Odniósł wrażenie, że wyprzedził pozostałych żołnierzy chorągwi, którzy teoretycznie powinni jechać przed nim, udami oraz lejcami spróbował nieznacznie przesunąć konia w prawo, chcąc zdobyć lepszą pozycję w stosunku do przeciwnika, a następnie skierował kopię w najbliższą sylwetkę. Ponownie przed samym zderzeniem pociemniało mu oczach, znowu poczuł wstrząs niemal wyrywający mu prawą rękę z barku, znowu usłyszał rozdzierający uszy zgrzyt, trzask i krzyk. Jego kopia trafiła w znajdującą się przed nim, chronioną metalową osłoną pierś konia, który zwalił się wraz z jeźdzcem na ziemię – za nimi poleciały resztki skruszonej kopii Jovana, wytrąconej z ręki pod wpływem uderzenia.
Udało mu się przy tym wyminąć przeciwnika, unikając bezpośredniego zderzenia, ale siła powstała po trafieniu kopią musiała przenieść się na jego wierzchowca, bo ten tuż za powalonym wrogiem zaczął się zatrzymywać, obracając się swoim prawym bokiem w kierunku nadciągających przeciwników. Szybko stało się jasne jak niebezpieczna była to sytuacja, gdyż nadciągający z dalszą falą mongolski żołnierz złamał swoją kopię na jego napierśniku, bardzo gładko go przy tym omijając. Jovan poczuł potężny ból w okolicach żeber i zachwiał się w siodle, ledwo odzyskując równowagę, akurat na czas, aby dobyć swój miecz i odtrącić nim kolejną kopię, która tym razem celowała w bok jego wierzchowca. Przeciwnik nie zdołał go ominąć i w ostatniej chwili udało mu się przed nim zatrzymać. Od siedzącego na koniu wroga dzieliła Jovana długość ramienia, ale co dziwne, pierwsze co przykuło jego uwagę, to jakieś czerwone klejnoty którymi wysadzany był piękny hełm timurydzkiego żołnierza. Zanim jednak któryś z nich zdążył zadać jakiś cios, stojącego przed nim wroga zmiótł mu sprzed oczu jakiś przewracający się wraz z jeźdzcem koń. Jovan nie miał pojęcia co dokładnie się wydarzyło, odzyskał jednak orientację na tyle, żeby zdać sobie sprawę z piekła jakie rozpętało się dookoła, z powodu wymijających się i wpadających na siebie żołnierzy obu stron. Przez wąskie wizury zasłony był w stanie zauważyć fruwające w powietrzu fragmenty kopii, metalowych elementów oraz wyginające się pod najróżniejszymi kątami ludzkie i końskie kończyny.
Zignorował swojego niedawnego, już zneutralizowanego przeciwnika i szybko rozejrzał się na boki, szukając spodziewanego zagrożenia, jednocześnie ustawiając się frontem w kierunku z którego nadciągał wróg. Przed sobą zauważył jedynie garstkę ludzi, którzy wyglądali na jego sojuszników i którzy chyba właśnie przyjmowali na siebie kolejną falę ciężkiej jazdy przeciwnika, która koniecznie chciała wyeliminować szpicę atakujących oddziałów. Popędził przed siebie i skierował poziome cięcie na przejeżdżającą obok twarz w spiczastym hełmie, która jednak zdołała się uchylić. Spojrzał nieco w lewo: czy to Vratko?! Niezwłocznie ruszył w jego stronę, akurat w czas aby powstrzymać próbującego zaatakować go przeciwnika. Wykonał pchnięcie, trafiając w lewą stronę jego klatki piersiowej – miecz nieznacznie się wygiął i chyba nie zdołał przebić jego zbroi! Zakryta zdobioną, wyrzeźbioną na kształt twarzy zasłoną głowa zwróciła się w jego kierunku, nie zauważając, że z drugiej strony spada na nią jedno, drugie i trzecie uderzenie buzdyganu, dzierżonego przez jakiegoś Serba, które wgniotły hełm i spowodowały osunięcie się jeźdzca z siodła. Jovan zaczął krzyczeć do Vratka, ale ten go nie słyszał, jadąc w kierunku tej samej grupy, którą wcześniej zauważył Jovan. Pojechał za nim, po drodze uderzając mieczem w kark konia na którym siedział wrogi jeździec, jednakże cios zatrzymał się na metalowym nakarczku.
Do diabła z tym, ci są uzbrojeni nie gorzej od nas! – pomyślał z wściekłością, chcąc zaradzić temu poprzez wyciągnięcie zza pasa swojego ciężkiego buzdyganu.
Zanim jednak zdążył chociażby schować miecz, otrzymał uderzenie nadziakiem w głowę – na szczęście przeciwnik nie trafił czysto i zagięty szpic ześlizgnął się po jego hełmie. Tamten próbował poprawić, ale Jovan okazał się szybszy, ostrzem miecza znajdując jego nie zasłoniętą twarz. Nie wiedział czy trafił czysto, ale przeciwnik wygiął się w siodle do tyłu, wypuszczając z ręki broń. Od razu zaczął szukać kolejnych wrogów, ale ci wydawali się pierzchać na wszystkie strony. To pozwoliło mu otrząsnąć się i przypomnieć sobie, że koniecznie musi odnaleźć chorągiew, aby nie zostać od odseparowanym od swoich ludzi. Uniósł zasłonę hełmu i zauważył, że sztandar oddziału znajduje się sporo przed nim, a wokół niego tłumnie gromadzili się serbscy żołnierze. Jeden z nich był wyraźnie ranny i osłaniany przez dwóch żołnierzy, którzy bronili go przed zacięcie atakującymi Mongołami. Któryś z Serbów w makabryczny sposób stracił przy tym rękę, która została oddzielona od ciała przez masywny topór.
Mimo to, zgrupowanie nie zatrzymywało się, ale parło naprzód niczym taran, przebijając się przez wrogą jazdę, nadal zachowując wystarczającą spoistość szyku, pozwalającą na atak głęboką, acz bardzo nieregularną kolumną. Do tego serbscy jeźdzcy zaczęli robić użytek ze swoich kusz, niejednokrotnie uzyskując trafienie, które eliminowało przeciwnika z dalszej walki. Wkrótce jednak okazało się, że na pomoc czagatajskiej ciężkiej jeździe przybyły w sukurs lżej uzbrojone oddziały, które z bliskiej odległości zaczęły zasypywać Serbów pociskami oraz próbować się z nimi w walce wręcz. Do tego mniej więcej w tym samym momencie wrodzy kopijnicy wykonali jeszcze jedną szarżę, która wdarła się klinem w ich kolumnę, niemal rozrywając ją na dwie części. Na swoje szczęście Jovan nie znalazł się na ich drodze, ale na własne oczy zobaczył, że co najmniej kilku Serbów padło ofiarą tego potężnego kontrataku. Na szczęście sztandar chorągwi nadal powiewał na ich głowami, dzięki czemu oddział nie wpadł w panikę i mógł kontynuować walkę.