Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Chorągiew zatrzymała się i natychmiast zaczęła do niej – konno oraz pieszo – zbliżać się wszelka służba, szukając swoich panów. Dowództwo dało im chwilę na odpoczynek, więc Jovan zwrócił się do Vratka i Grgura z trapiącymi go pytaniami:

– Jesteście ranni? Widzieliście gdzieś Dejana, Vuka i Danila? 

Vratko pokręcił jedynie głową, a odpowiedzi udzielił Grgur:

– Vuk i Danilo jechali obok mnie aż do chwili, gdy starliśmy się z lekką jazdą. Potem obaj zniknęli mi z oczu, nie wiem gdzie mogli się podziać. Dejan od początku jechał za mną i nie widziałem go od rozpoczęcia ataku. Czy mam jechać ich szukać?

– Nie – odpowiedział Jovan, jednocześnie wyciągając ze swojej tarczy wbitą w nią strzałę. – Jeżeli przeżyli, to na pewno gdzieś tutaj są i wkrótce nas odnajdą. Najpierw musimy przygotować się do dalszej walki. Po prostu ich wypatrujcie, podobnie jak naszej służby. A teraz zsiądźmy z koni, trzeba je odciążyć i napoić.

Ostatnie słowa niemal zagłuszył hałas pochodzący od przejeżdżającego obok osmańskiego oddziału. Jovan nie bez wysiłku zsunął się z siodła i w towarzystwie dwójki swoich ludzi odszedł dalej na tyły, gdzie chmary pachołków przygotowały zapasy wody, które zdołali zgromadzić przed rozpoczęciem bitwy. Nie widzieli nigdzie swojej służby, ale dopadli do pierwszego wolnego wiadra jakie zobaczyli. Najpierw zaczerpnęli z niego wody dla siebie, a następnie napoili swoje konie. Potem nadeszła seria dwóch szczęśliwych zdarzeń. Najpierw przyuważył ich Branko, który podjechał do nich na przydzielonej mu lichej kobyle, wioząc bukłaki z piwemi i głośno krzycząc, że kiedy ich szukał, to jakiś żołnierz próbował mu je odebrać. Następnie ich grupa została wypatrzona przez Danila i Vuka, którzy ku ich radości pojawili się przed nimi cali i zdrowi. Wytłumaczyli im, że po drugiej szarży fala walczących wypchnęła ich z dala od chorągwi i w jakiś sposób wmieszali się w sąsiadujący oddział, z którym potem kontynuowali walkę i powrócili do sojuszniczych linii. Niestety nie wiedzieli co się stało z Dejanem, którego stracili z oczu podczas walki z lekką jazdą.

Wykorzystując krótką przerwę, jego pocztowi zdali relację z szarży. Vratko złamał swoją kopię na koniu przeciwnika, a Danilo twierdził, że jeden z wystrzelonych przez niego bełtów trafił jednego z wrogów w sam środek twarzy. Wszyscy zgodnie twierdzili, że podczas ataku zadali przeciwnikowi znaczne straty, a pole było gęsto usłane ciałami poległych Czagatajów. Jednakże jednocześnie byli zdania, że przeciwnik nie został rozbity, a znaczna liczba wrogich żołnierzy wycofała się bez szwanku. Każdy też potwierdził, że w bezpośredniej walce mają przewagę nad Czagatajami, ale tamci byli sprytni, nieustępliwi i na wszelkie sposoby starali się wykorzystać każdą okazję i każdą słabość. No i te ich przeklęte łuki… Nieustanny ostrzał był męczący i przerażający. Vuk ponoć widział jak jeden z sojuszników, mający na sobie jedynie kolczugę, oberwał strzałą wystrzeloną z bardzo krótkiego dystansu, która przebiła go na wylot. Słuchając tego zauważyli, że w pikowanej kapie nałożonej na zad konia należącego do Jovana tkwi strzała. Wyrwali ją oraz stwierdzili, że nie naruszyła skóry zwierzęcia.

Skutki stoczonej potyczki były dobrze widoczne, gdyż dookoła można było zauważyć zarówno lżej rannych, którzy albo ignorowali swoje rany albo w pośpiechu je opatrywali, ale także jednego czy dwóch ranionych w poważniejszy sposób, odnoszonych na tyły. Śledzili to ponurym wzrokiem, aż w końcu Jovan postanowił wyjść z inicjatywą przyczynienia się przywrócenia spójności chorągwi. Pogratulował swoich ludziom sukcesu w pierwszym starciu oraz nakazał im zebrać się wokół sztandaru oddziału. Czuł, że ogarnia go zmęczenie, które zaczęło przebijać się przez bojowe uniesienie, kierujące nim na początku bitwy. Nie było jednak wyjścia, trzeba było walczyć dalej. Serbskie oddziały, które miały wziąć udział w drugim ataku oddaliły się już na znaczną odległość. 

– Boże, oby udało im się złamać wrogów i jak najszybciej zakończyć bitwę – modlił się w myślach Jovan.

Bardzo chciał zdjąć z głowy hełm, ale obawiał się, że potem w pośpiechu nie zdoła go porządnie założyć.

Na piechotę, prowadząc za sobą konie, kroczyli w stronę przegrupowującego się oddziału. Po drodze Jovan zagadał do innych kopijników, którzy walczyli u jego boku. O dziwo, większość była w doskonałym nastroju, uważając, że jeszcze jeden taki atak i przeciwnik będzie musiał ustąpić. Patrząc na jednego z towarzyszy zauważył, że od stóp do głów pokryty jest kurzem, który między innymi uczernił mu całą twarz. On sam musiał wyglądać bardzo podobnie. 

– ZBIÓRKA PRZY CHORĄGWIACH! – rozległo się czyjeś wołanie – KAŻDY KONNY ŻOŁNIERZ MA NATYCHMIAST WRÓCIĆ DO CHORĄGWI!

– Podajcie dalej, zanim wszyscy na dobre się rozejdą. – Jovan zwrócił się do swoich ludzi, którzy następnie nawoływali pozostałych do zbiórki wokół sztandaru.

Reorganizacja nie następowała tak sprawnie jak mogli sobie życzyć, z powodu panującego wokół chaosu – trwało opatrywanie rannych, ściągano tych którzy z różnych powodów zbytnio oddalili się od chorągwi, niektórzy próbowali poprawiać oporządzenie swoich koni, a nawet wymieniać wierzchowce na nowe. Nie pomagało również to, iż dookoła trwała nieustająca relokacja poszczególnych oddziałów, które maszerowały w każdym możliwym kierunku. Jovan próbował dojrzeć co dzieje się w centrum i na lewej flance, ale ze swojego miejsca widział tylko obłoki kurzu i przemieszczające się oddziały wojska. Kim oni byli, ani jak wyglądały szczegóły starcia, nie był w stanie ocenić. Nienawidził tego aspektu brania udziału w walnych bitwach, w szczególności tak ogromnych. Daleko od nich mogło dojść do czegoś co decydowało o ich zwycięstwie lub porażce, a on nie był w stanie w żaden sposób na to wpłynąć, będąc zmuszonym do wykonywania przydzielonej mu roboty na swoim odcinku pola bitwy. Dłuższe rozmyślanie na ten temat mogłoby podziałać na niego dołująco, ale na szczęście nie było na to czasu. Zwiększający się tłok spowodował, że postanowili ponownie wskoczyć na grzbiety swoich koni. W chwili gdy Jovan wsadził stopę w strzemię i unosił się do góry, ponownie poczuł jak bardzo zmęczyły go ostatnie godziny. Żadne mięśnie nie odmawiały mu jeszcze posłuszeństwa, ale czuł na sobie ogólne znużenie spowodowane wysiłkiem, gorącem i ciężarem zbroi.

Jeszcze raz zabrali się za formowanie szyku, takiego samego jak przed rozpoczęciem pierwszej szarży. Jednakże tym razem nie przebiegało to tak sprawnie jak przed rozpoczęciem bitwy i rozstawienie żołnierzy uległo widocznym zmianom. Vratko, niezrażony pierwszym starciem, postarał się aby znalazł się tuż obok Jovana, w drugim szeregu. Vuk, Danilo i Grgur umiejscowili się tylko dwie linie za nimi. Jednocześnie ponownie zostały rozdane kopie i tym razem Jovanowi trafiła się częściowo pomalowana, w biało-czerwone pasy. Zajęcie pozycji pozwoliło im posiadać jako taki wgląd na walkę toczoną przez chorągwie rzucone do drugiej szarży. Ta musiała toczyć się nadal, gdyż nie powracały dotąd żadne oddziały, czy to w zorganizowany, czy niezorganizowany sposób. Zdarzało się jedynie, że w stronę ich linii galopowali gońcy lub pojedynczy żołnierze, najczęściej po odniesieniu jakieś rany (albo udając, że takową odnieśli). Po jakimś czasie Jovan zaczął się niepokoić, iż drugi rzut dał się nabrać na jakiś pozorowany odwrót, wjechał głęboko za linie wroga i teraz jest wybijany przez przeważające siły. Nie wiedział też co myśleć o tym, iż kilka tureckich oddziałów zostało wysłanych do wsparcia walczących. Mogło oznaczać to pchanie nowych jednostek w powstały wyłom, ale równie dobrze mogło być to wsparcie dla przegrywających Serbów. Oczekując na rozwój sytuacji, jeszcze raz starał się dotrzeć wzrokiem do tego co mogło dziać się w centrum, gdzie w obie strony przewalały się ogromne masy kawalerii. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi tam zarys jakiś dziwnych istot, znacząco większych od koni, od których uciekali wszyscy którzy znaleźli się w ich pobliżu. Uznał jednak, że to tylko przewidzenia – o potworach słyszał wiele, ale na własne oczy nigdy żadnego nie widział na polu bitwy.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress