Skip to content
Menu
Opowiadania historyczne
  • Strona główna
  • Artykuły
  • Opowiadania
  • Kontakt
Opowiadania historyczne

ANKARA

Niestety wycieńczenie zwierząt coraz bardziej dawało im się we znaki, spowalniając odwrót. Nastąpiło to najgorszym możliwym momencie, bo podążający ich śladem Czagatajowie byli już naprawdę blisko. Jak Bóg da, to tamci zdecydują się na frontalny atak i walkę wręcz, ale jak ich znał, to na pewno będą próbowali nękać ich ostrzałem, próbując jednocześnie odseparować i zniszczyć mniejsze grupki. Uniósł nadal trzymany w ręku miecz, tym gestem nakazując swoim pocztowym zbliżyć się do reszty grupy. Okazało się, że na ten widok podążyli za nim nie tylko jego ludzie, ale też kilku innych jeźdzców, którzy potraktowali to jako rozsądną radę. Chwilę potem dookoła nich zaczęły spadać pierwsze strzały. Na początku dało się zauważyć tylko pojedyncze sztuki, ale wkrótce ostrzał stał się bardziej regularny. Nie wyglądało na to, aby był on specjalnie celny, ale można było się spodziewać, że z czasem niektóre z pocisków trafią w nieosłonięte miejsce jakiegoś nieszczęśnika, pieczętując jego los.

Gdyby tylko mogli im jakoś odpowiedzieć – pomyślał ze złością Jovan.

Rozglądając się dojrzał jakiegoś lekkozbrojnego, który okazał się posiadać łuk, co kilka chwil odwracającego się w siodle, aby wypuścić strzałę w kierunku ścigającego ich wroga. Nie mogło to jednak w żaden sposób odmienić sytuacji, tym bardziej, że ich konni kusznicy nie byli w stanie przeładowywać swojej broni w trakcie odwrotu, przez co przewaga wroga w walce dystansowej była przygniatająca. Ponownie obejrzał się za siebie i ocenił, że tamci niemal dotarli do tych serbskich żołnierzy, którzy zostali najbardziej z tyłu. Kusiła go myśl, aby nagle zawrócić i spróbować zaatakować, ale nawet gdyby taki manewr wykonała cała chorągiew, to byłoby dokładnie to na co tamci czekali. Pozostało jedynie liczyć, że zdołają jakoś wymknąć się pościgowi, zanim tamci zadadzą im duże straty albo odetną od głównych sił. Niestety sytuacja pogarszała się z każdą chwilą, gdyż Mongołowie zaczęli pojawiać się na flankach, prześcigając ich na swoich małych, niestrudzonych konikach. Powoli zaczął ogarniać ich wrogi półksiężyc, a wypuszczane strzały w końcu zaczęły zbierać widoczne żniwo. Jeden z koni niosących serbskiego wojownika musiał zostać trafiony w jakiś czuły punkt, bo potknął się i wraz z jeźdzcem wylądował na ziemi. Zatrzymanie się byłoby samobójstwem, zmuszeni więc byli go zostawić. Jovan spojrzał w lewo na galopujących niemal równolegle do niego wrogów, którzy kontrolowali swoje konia wyłącznie własnymi udami, w rękach trzymając łuki i strzały z których robili nieustanny użytek. 

– Niech to szlag, rozstrzelają ich jak na polowaniu! – przeszło mu przez myśl.

Na potwierdzenie tych obaw coś huknęło go z lewej strony. Spojrzał na lewe ramię i zobaczył wbitą w tarczę strzałę o brązowych lotkach. Rzucił okiem na wewnętrzną część tarczy i zauważył, że pocisk częściowo przeszedł na wylot, na szczęście zatrzymując się na stalowym karwaszu. Ktoś inny nie miał tyle szczęścia i jechał przed nim ze strzałą wbitą w pod lewym ramieniem, w okolicach żeber. Spojrzał na Vratka i Grgura, ale wydawało się, że na narazie wszystko z nimi było w porządku. Jednakże jak tak dalej pójdzie, to nie będzie miał wyjścia i będzie musiał spróbować zaatakować jadących najbliżej Mongołów.

Okazało się jednak, że wrogowie jako pierwsi nabrali animuszu, gdyż niektórzy z nich schowali łuki, wyciągnęli czekany, szable, nadziaki i co tam jeszcze mieli pod ręką i zaczęli podjeżdżać do serbskich żołnierzy jadących na skrajach swoich oddziałów. Dobranie się do nich nie było jednak takie proste, gdyż nawet najlżej uzbrojeni Serbowie mieli na sobie kolczugi i grube przeszywanice. W pewnym momencie jeden z czagatajskich wojowników spróbował zaatakować Grgura, nie wiedząc z jak znakomitym wojownikiem ma do czynienia i skończył z ostrzem jego miecza na swojej twarzy. Widząc to, kilku z tych psich synów w panice odbiło w lewo, chcąc odsunąć się jak najdalej od groźnego przeciwnika. 

– No dalej, spróbujcie jeszcze raz – niemal wykrzyczał Jovan, podbudowany tym widokiem.

Wkrótce jednak przeciwnicy całkowicie zrezygnowali z takich prób i znowu ich największym problemem stały się spadające zewsząd strzały oraz coraz bardziej zacieśniający się wokół nich półksiężyc. Przenikliwy kwik świadczył, że ofiarą stał się kolejny koń. Potem coś potężnie uderzyło go w plecy. Obejrzał się za siebie myśląc, że ktoś pchnął go lancą, ale za sobą miał tylko swoich towarzyszy. Musiał więc kolejny raz oberwać strzałą! Dzięki Bogu jego zbroja składała się także z naplecznika. Mongołowie już niemal ich wyprzedzili i chyba zaczęli szykować się do zamknięcia wokół nich okręgu, wewnątrz którego zapewne zamierzali utworzyć śmiertelny kocioł, w którym mogliby zniszczyć całą chorągiew. 

– Boże, żeby udało się ich dopaść i nie trzeba było ginąć od strzał – modlił się w duchu.

Uniósł miecz i przygotował się do skrętu w lewo, prosto na okrążającego ich wroga. W panującym tumulcie nie miał szans przekazać poleceń pocztowym, ale liczył, że zorientują się w jego zamiarach i podążą za nim. Nie miał pojęcia czy coś to da, ale nie chciał ginąć bez bezpośredniej walki.

Jednakże niemal w tej samej chwili zagrały rogi oraz piszczałki, a okrążający ich Mongołowie zaczęli zwalniać, zatrzymując przeprowadzany przez siebie manewr okrążający. Wyjaśnienie przyszło błyskawicznie: kontratak przypuściła zgromadzona na prawej flance turecka jazda, która najpierw z dystansu zaczęła zasypywać przeciwników strzałami, a następnie zaszarżowała na zaskoczonego wroga! Atakowali w pełnym galopie, z nie mniejszą niż stepowi wojownicy sprawnością wypuszczając kolejne pociski i płynnie przechodząc do walki wręcz. Czagatajska jazda nawet nie próbowała stawiać dłuższego oporu, zawracając i pospiesznie wycofując się w kierunku własnych wojsk, tym razem samemu będąc ściganą przez świeże oddziały osmańskiej armii.

Udany kontratak pozwolił ciężkiej jeździe spokojnie dojechać do swoich linii. Jovan i pozostali mogli przynajmniej na jakiś czas schować dzierżoną w rękach broń. Minęli kilka oddziałów tureckiej jazdy, przejechali obok stojącej bezczynnie piechoty i dotarli do serbskich sił, które nie uczestniczyły w pierwszym ataku. Przejeżdżali przez luki między chorągwiami, chcąc jak najszybciej dostać się na tyły, gdzie mogli na spokojnie się zreorganizować. Jovan nie uporządkował jeszcze w głowie ostatnich wydarzeń, ale nie był zbyt szczęśliwy, gdyż ich odwrót mógł zostać odebrany jako paniczna ucieczka. O dziwo jednak z serbskich kolumn dało się słyszeć okrzyki radości, zauważył też wiele przyjaznych pozdrowień ze strony innych żołnierzy. Czyżby jednak poszło im lepiej niż mu się wydawało? Dotarli właśnie na tyły i akurat w tym momencie zagrały rogi, do których dołączyło wiele innych instrumentów, w tym tureckie bębny. Najwyraźniej nie chcąc tracić ani chwili, książę Stefan posyłał do boju świeże serbskie chorągwie, do których dołączyły liczne oddziały tureckiej jazdy.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

Ostatnie opowiadania:

Iława

Ankara

Eknomos

    Zawartość tekstowa witryny objęta jest ochroną prawnoautorską. Zabronione jest jej rozpowszechnianie i edytowanie bez zgody twórcy.

    Polityka prywatności

    ©2026 Opowiadania historyczne | Powered by SuperbThemes & WordPress