Jovan ruszył za sztandarem chorągwi, starając nie wysuwać się za bardzo naprzód i jednocześnie nie zostawać w tyle. Tętent tysięcy kopyt ponownie wypełnił jego uszy i zdominował wszystkie zewnętrzne bodźce, które próbowały do niego dotrzeć. Nie czuł podskakującej na ramieniu tarczy, ściskającej miecz dłoni, a także jakiegokolwiek zmęczenia. Wróg rósł w oczach, dało się już spostrzec spiczaste hełmy, okrągłe tarcze zawieszone na ramionach, płytki na pancerzach, które połyskiwały w blasku słońca oraz długie, cienki lance, które opierali na barkach.
– Niedobrze – pomyślał Jovan – Będzie trzeba przyjąć tę szarżę bez przewagi zasięgu, z samym mieczem w dłoni, więc na początku musi ich jakoś wyminąć albo przyjąć uderzenie na pancerz.
Zauważył, że zostaje z tyłu, gdyż pozostali zaczęli przechodzić do galopu, przyspieszył więc, aby zrównać się resztą oddziału. Od przeciwnika dzieliła ich już naprawdę niewielka odległość i to tamci przejęli inicjatywę. Dało się dosłyszeć piskliwy dźwięk trąby, czy jakiś piszczałek, jeźdzcy opuścili lance, pochylili się w siodłach i gwałtownie przyspieszyli. Nie zdążył nawet poczuć strachu, gdy zagrał dobrze mu znany dźwięk rogu. Szarża! Rozległy się niedające się zidentyfikować krzyki, znowu zaczął być wyprzedzany, ale spiął konia i popędził go do błyskawicznego ataku.
Z sunącej na nich ściany jeźdzców wystawały skierowane w ich stronę groty lanc.
– Zasłona, zapomniałem jej opuścić! – zdążył jeszcze pomyśleć przerażony, po czym poczuł jak jego oczy rozszerzają się do wielkich rozmiarów, a ciało ogarnia częściowy paraliż. Nastąpił gigantyczny trzask, coś uderzyło go w prawy bok, a następnie zsunęło się po napierśniku. Jednocześnie ostrze jego miecza o coś zarysowało. Mimowolnie zamknął oczy i gdy je otworzył zauważył, że jego wierzchowiec gwałtownie hamuje, a przed nim znalazły się dwa konie o piaskowej barwie, które również desperacko próbowały uniknąć zderzenia, zapierając się przednimi odnóżami. Zwierzęta musiały spanikować i odmówiły wjechania w formacje! Znajdujący się na ich grzbietach wrodzy jeźdzcy próbowali nad nimi zapanować, aby wykonać pchnięcie swoją długą, drzewcową bronią. Jeden z grotów dzieliła od ciała jego oraz jego wierzchowca dosłownie długość ręki.
– Jezu, jeżeli dźgnął tym mojego konia tak daleko od naszych linii, to już po mnie – pomyślał trwożnie Jovan.
Na szczęście jego koń odzyskał równowagę szybciej niż zwierzęta należące do jego przeciwników i pozwolił się popędzić naprzód. Kątem oka zobaczył, jak po jego prawej jeden z wrogich jeźdzców, którego odróżnił po okrągłej, pięknie zdobionej tarczy, upadł na ziemię wraz ze swoim wierzchowcem. On sam odtrącił mieczem najbliższą, długą i nieporęczną na tym dystansie lancę przeciwnika, błyskawicznie dotarł do znajdujące się przed nim wroga i wykonał pchnięcie mieczem prosto w jego pierś. Tamten jednak okazał się świetnym jeźdzcem, gdyż zdołał obrócić konia w taki sposób, że ostrze miecza zamiast w osłoniętą kolczugą pierś, trafiło go w zawieszoną na ramieniu tarczę. Mimo skutecznej obrony przeciwnik nie podjął walki, lecz ruszył przed siebie, szukając starcia w innym miejscu. Na początku Jovan chciał za nim popędzić, ale niemal od razu zaatakował go drugi z przeciwników, jeden z tych, który chwilę wcześniej uniknął frontalnego zderzenia. Wróg odrzucił swoją lancę, podjechał na zasięg ramienia i zaatakował go czymś przypominającym turecki czekan. Broń zaczęła opadać na głowę Jovana jeszcze zanim w pełni do niego dotarło, że powinien się bronić. Zadziałało jednak doświadczenie i instynktownie zablokował uderzenie mieczem. Przez chwilę siłował się z przeciwnikiem, ale intencjonalnie lub nie, tamten popędził naprzód, wypuszczając z ręki swoją broń.
Niemal w tej samej chwili coś trzasnęło go w lewy bark, powyżej trzymanej po tej stronie tarczy. Obrócił się w tym kierunku i zobaczył kolejnego wroga, który po uderzeniu tak samo jak pozostali od razu od niego odskoczył, nie zamierzając angażować się w żadną wymianę ciosów. Jovan rzucił przelotne spojrzenie na swoje lewe ramię, ale ocenił, że raczej nic mu się nie stało, a cios pozostawił jedynie na osłonie barku małe wgniecenie.
– Gdzie jest chorągiew?! – zadał sobie najważniejsze w tym momencie pytanie.
Jest! Zauważył ją przed sobą, otoczoną przez tłum serbskich jeźdzców, którzy zdołali przebić się przez formację wrogiej jazdy. Natychmiast zaczął jechać w tamtym kierunku, ale pomiędzy nim a rdzeniem oddziału znajdował się tłum wrogów. Nagle po jego lewej pojawiło się dwóch konnych żołnierzy, którzy spojrzeli na niego porozumiewawczo. Vratko i Grgur! Wreszcie! Nie było jednak czasu na jakiekolwiek rozmowy, musieli niezwłocznie dołączyć do reszty oddziału. Ruszyli przed siebie, z zamiarem przebicia się przez stojących im na drodze czagatajskich wojowników. Na ich widok kilku wrogów rozpierzchło się na boki, unikając bezpośredniego starcia. Dopiero wyrosły przed nim przeciwnik, w połyskującym, karacenowym pancerzu, z prawie całą twarzą ukrytą za kolczą chustą, próbował napierać na niego masą swoją i swojego wierzchowca, dążąc do tego aby ciąć go szablą, lecz po pierwszym uderzeniu, które wylądowało na jego tarczy, ktoś huknął timurydzkiego wojownika toporem w schowaną za kolczą zasłoną twarz, zza której wystrzeliła czerwona mgiełka. Przeciwnik bezwładnie osunął się ze swojego konia. Wielu wrogich jeźdzców padało pod ciosami Serbów, pod częścią z nich zabito konie, a jedynie część zdołała wyrwać się z tego kotła, rozpraszając się na wszystkie strony. Po tej krótkiej potyczce dotarli do grupy otaczającej chorągiew. Zrobiło się dziwnie spokojnie, wyglądało na to, że wróg pierzchał.
– Jesteście cali?! – Jovan krzyknął do Vratka, próbując przekrzyczeć bitewną wrzawę.
– Tak, ale nie mamy pojęcia gdzie jest reszta! – odpowiedział mu podniesionym głosem – Co dalej, mamy ich szukać!? – zapytał jeszcze.
Zamiast odpowiedzieć, Jovan dał im ręką znać aby podążali za nim i przepchnął się między żołnierzami do dowódcy chorągwi, którego rozpoznał po charakterystycznym, ciemnoczerwonym kolorze siodła. Czuł, że ogarnia go bojowa gorączka i mają szansę rozbić wroga.
– Czy nacieramy dalej? – wykrzyczał pytanie niemal do jego ucha, ale jednocześnie dotarło do niego, że byłoby to strasznie głupie, biorąc pod uwagę jak długo trwał już atak. Dowódca chyba jeszcze nie zdołał w pełni ochłonąć i raczej nie spodziewał się takiego pytania. Zawahał się i rozejrzał dookoła. Decyzję za nich podjęło jednak dowództwo całej flanki, gdyż zza ich pleców zaczęły rozlegać się dźwięki rogów, które znali jako sygnał nakazujący odwrót. Rozkaz powtarzał się wielokrotnie, w bardzo krótkich odstępach. Gdzieś z tyłu sygnaliści z instrumentami musieli galopować we wszystkich kierunkach, chcąc ściągnąć jak najwięcej chorągwi.
– ODWRÓT! – krzyknął dowódca, który w końcu zebrał się w sobie – Przekazuj rozkaz dalej i sam ruszaj do naszych linii – powiedział do niego. – Jak się teraz nie wycofamy, to mogą nas próbować wciągnąć w jakąś pułapkę – dodał jeszcze.
Jovan skinął głową i zaczął powtarzać nakaz odwrotu, samemu podążając za oddalającym się sztandarem chorągwi i upewniając się, że Vratko i Grgur jadą razem z nim. Jak dotąd nigdzie nie zauważył Vuka, Danila i Dejana.
Wyglądało na to, że rozkazy zostały przekazane bardzo skutecznie, gdyż Serbowie tłumnie wracali na pozycje wyjściowe. Nie przebiegało to jednak najszybciej, gdyż niosące ich zwierzęta były już zmęczone, a do tego poruszali się przez obszar na którym przed chwilą toczyli bój, zmuszeni więc byli do omijania leżących na ziemi ludzi, koni oraz części ekwipunku. Niestety mogli zapomnieć o spokojnym odwrocie. Gdy tylko zaczęli oddalać się od miejsca ostatniej potyczki, zaczęła podążać za nimi mongolska jazda. Na początku wydawało się, że są jeszcze daleko, ale konie Serbów były zmęczone dwoma szarżami, a tamci mogli być zupełnie świeżym i do tego lekkozbrojnym oddziałem, odległość zaczęła więc kurczyć się w błyskawicznym tempie. Jovan co chwilę odwracał się za siebie, aby ocenić dzielący ich dystans. On sam znajdował się na lewym krańcu zdezorganizowanej chorągwi. Grupy rycerstwa, zapewne należące do innych chorągwi, poruszały się w sporej odległości od nich. Nie miał pojęcia jak i kiedy powstała ta luka i bardzo mu się nie podobała.