
Hanno wbił wzrok w swoje skórzane sandały, które na szczęście skutecznie izolowały stopy od gorącego drewna, rozgrzanego przez lejący się z nieba żar. Lekki wiatr chłodził twarz, redukując temperaturę ciała, stres i trawiący go niepokój. Dwa ostatnie odczucia narastały od rana i towarzyszyły chyba każdemu obecnemu. Nie mogło być inaczej, w chwili, gdy oczekiwali na gigantyczną bitwą morską, która miała się wkrótce rozpocząć.
Odgarnął włosy, które pot przylepił mu do czoła. Jakiś czas przed wypłynięciem z Kartaginy postanowił je nieco przyciąć, chcąc ograniczyć brud, smród i wszy, które były nieuniknione w czasie podróży morskich, ale najwyraźniej niewystarczająco, tym bardziej, że ostatnio zdołały mu nieco odrosnąć. Na szczęście na chwilę obecną towarzyszyły mu tylko dwa pierwsze problemy, trzeci jeszcze nie był powszechny na ich okręcie.
Był średniej postury, około dwudziestoletnim mężczyzną. Pochodził z Utyki, dużego miasta na afrykańskim wybrzeżu, które odkąd tylko pamiętał podległe było Kartaginie. Mieszkańcy obu miast posługiwali się tym samym językiem, wierzyli w tych samych bogów, a gdy zachodziła taka potrzeba walczyli w kartagińskich wojnach. Tym ostatnim wszyscy żyli przez ostatnie dziewięć lat. Tyle właśnie trwała już wielka wojna z Rzymem, italskim państwem, które próbowało wyrugować Kartagińczyków z Sycylii, na której Kartagińczycy żyli w czasach, gdy przodkowie obecnej rzymskiej elity nadal gnieździli się w drewnianych chlewach i wypasali owce na okolicznych wzgórzach. Nie on wymyślił to spostrzeżenie, usłyszał je na mieście, podsłuchując rozmowę dwóch kartagińskich żołnierzy.
Sam urodził się w wolnej, ale biednej fenickiej rodzinie. Nie miał konkretnego fachu, nie miał żadnego majątku i zarabiał na siebie imając się najróżniejszych zajęć. W nieodległej przeszłości zdarzyło mu się nawet służyć za ochronę kupieckiej karawany, bo tak się składało, że jakieś dwa lata temu na krótko zaciągnął się do armii lądowej jako lekkozbrojny, gdzie nauczył się podstaw władania bronią, w tym posługiwania się lekkimi oszczepami. Niestety z powodu chaosu organizacyjnego oddział nie dostał jakiegoś finansowania i bardzo szybko został rozwiązany, zanim został wysłany na wojnę. Z tego co słyszeli, to zostali poświęceni na rzecz opłacenia zawodowych najemników z Grecji. Po tym epizodzie próbował znaleźć zatrudnienie w jednej z państwowych stoczni, ale tam z otwartymi rękami przyjmowali tylko wykwalifikowanych rzemieślników, a żeby dostać się na naukę potrzebował odpowiednich znajomości, których niestety nie posiadał.
W końcu zaczął się zastanawiać, czy nie powinien przenieść się poza miasto i przynajmniej na jakiś czas zatrudnić się jako najemny robotnik na otaczających Utykę i Kartaginę polach uprawnych, ale zanim zdążył podjąć decyzję bogowie zgotowali mu inny los. Pewnego poranka, gdy kręcił się po porcie i szukał zajęcia, które pozwoliłoby mu zarobić na coś do jedzenia, wpadł prosto na oddział wojska, który prowadzony przez grupę rekruterów poszukiwał ludzi do wcielenia do nieustannie rozrastającej się floty wojennej. Ta potrzebowała ciągłych uzupełnień, gdyż przeciągający się konflikt z Rzymem posłał już na dno rzesze ludzi i okrętów. Nie miał najmniejszej ochoty na służbę na okręcie wojennym, nigdy nawet tego nie rozważał, bo uważał ją za zbyt trudną i za mało perspektywiczną, ale te skurczybyki zablokowały kilka ulic i zaczęły siłą zgarniać obecnych tam zdrowych, młodych mężczyzn, w celu przymusowego wcielenia ich do floty. Niektórzy mieli srebro i po kryjomu wręczali łapówki, dzięki którym przepuszczano ich przez kordon. Inni próbowali stawiać opór, ale zostali szybko ,,przekonani” do zaakceptowania złożonej im propozycji. Jemu jakiś bezczelny żołnierz zagroził, że jeśli się nie zgodzi, to oskarżą go o kradzież i utną mu rękę. Wspomnienie tej niesprawiedliwości miało gorzki posmak, do dzisiaj miał ochotę odnaleźć tego typka i wsadzić mu za to miecz w bebechy. Przy tym wszystkim miał jednak odrobinę szczęścia: mało brakowało a zrobiliby z niego prostego wioślarza, ale na szczęście zdołał powołać się na swój nieudany militarny epizod, tamci mu uwierzyli i zamiast wioślarza zrobili z niego lekkozbrojnego, a następnie wraz z pozostałymi nieszczęśnikami niezwłocznie przetransportowali drogą morską do Kartaginy. W ten sposób na najbliższych kilka lat został kartagińskim żołnierzem, co bardzo szybko doprowadziło go do miejsca, w którym w tym momencie się znajdował: pokładu pięciorzędowca, okrętu będącego częścią gigantycznej floty, która u wybrzeży Sycylii miała kolejny raz zmierzyć się z Rzymianami. Na dzień dzisiejszy nie złorzeczył już tak bardzo na swój los, bo i tak nie miał za bardzo do czego wracać, jego towarzysze broni okazali się całkiem w porządku, a dzisiaj mimo odczuwanego strachu czuł nawet odrobinę ekscytacji związanej z uczestniczeniem w wielkim wydarzeniu.
Okręt delikatnie kołysał się na niewielkich falach. Nie różnił się zbytnio od innych jednostek wojennych użytkowanych przez ich flotę, ale i tak podziw wzbudzała jego majestatyczna sylwetka, tak charakterystyczna dla tego rodzaju okrętów. Pod każdym względem został zaprojektowany jako narzędzie do prowadzenia wojny. Kadłub był długi i stosunkowo wąski (na szerokość mogło zmieścić się ledwie kilka osób), stworzony do szybkich manewrów i dużych prędkości. Wadą takiej konstrukcji była jednak niewielka ilość miejsca na pokładzie, co dawało się odczuć szczególnie przy pełnym ukompletowaniu załogi. Tak naprawdę większość jego powierzchni zajmowali marynarze, żołnierze, niewielki, znajdujący się na rufie namiot kapitana, broń, wyposażenie oraz część ich niewielkich zapasów zapasów wody, wina i żywności. Pośrodku pokładu znajdował się pojedynczy, wysoki maszt, na którym zawieszano wielki, biało-czerwony żagiel. W tym momencie był jednak zwinięty, jak zawsze gdy okręt miał stawać do bitwy – rozwinięty w czasie walki stanowił raczej przeszkodę, gdyż prawdziwa siła napędowa ich okrętu znajdowała się tuż poniżej linii pokładu i poruszała rzędami wystających z kadłuba wioseł. Znajdowało się tam pełne ław pomieszczenie, biegnące przez całą długość przestrzeni pod pokładem, które zajmowało dwustu, może trzystu wioślarzy – nigdy nie ustalił jaka jest ich dokładna liczba. Obsługując długie, drewniane wiosła, kierowani przez swojego dowódcę i rytmiczny odgłos bębna, poruszali okrętem w kierunku i z szybkością jaka była w danej chwili wymagana. To od ich siły, dyscypliny, współpracy i szybkości reakcji zależały wszystkie manewry, a więc przeżycie całej załogi. Jeżeli wioślarze zawiedli by w kluczowym momencie – opadli z sił, wypadli z rytmu, czy nie wykonali komendy, okręt mógł wystawić się na morderczy atak przeciwnika. Ich praca była więc ważna, ale bardzo niewdzięczna, dlatego tak bardzo bał się w chwili gdy był przymusowo wcielany do floty. Wprawdzie konstrukcja pomieszczeń dla wioślarzy zapewniała bardzo dobrą wentylację, gwarantującą stały dopływ świeżego powietrza, a na ile było to możliwe nie szczędzono wioślarzom wody i wina, jednak długotrwałe poruszanie ciężkim wiosłem, w pozycji siedzącej, bez możliwości opuszczenia stanowiska aż do zakończenia walki, wymagało ogromnego wysiłku fizycznego oraz psychicznego. Do tego wioślarze posiadali dużo mniejsze szanse na przeżycie w przypadku staranowania okrętu, gdyż nawet jeśli mieli szczęście i nie zostali przy tym zmiażdżeni, to żeby marzyć o przeżyciu musieli uciec na górę zanim dolny pokład zostanie zalany przez wodę. Ekipy wioślarzy składały się przede wszystkim z silnych, ale biednych mężczyzn. Niektórzy w ten sposób zawodowo zarabiali na życie, inni w dobrze mu znany sposób zostali zrekrutowani pod przymusem, a część stanowili wręcz byli niewolnicy, którzy w zamian za wolność zgodzili się na czas wojny pracować przy wiosłach. Poznał historie niektórych z nich jeszcze przed zaokrętowaniem w Kartaginie oraz po wypłynięciu z portu, gdy korzystne wiatry towarzyszące im podczas rejsu z Afryki popychały okręt naprzód bez pomocy wioseł, co pozwalało na rotacyjne wypuszczanie części wioślarzy na pokład. Teraz jednak wszyscy zmuszeni byli do zajęcia swoich pozycji i spod stóp marynarzy oraz żołnierzy dobywał się szmer dziesiątek toczonych pod pokładem rozmów.
Wioślarze byli sercem okrętu, ale ich ofensywna siła znajdowała się na dziobie, przy samej linii wody. Stanowił ją ogromny, odlany z brązu taran, dzięki któremu przy zderzeniu z wrogim okrętem mogli zmiażdżyć jego kadłub, posyłając przeciwnika na dno. Była to ich najgroźniejsza broń i podstawa całej taktyki walki na morzu. Kartagińskie okręty były w większości szybkie i zwinne, stworzone do ostrzelania, wymanewrowania, a następnie staranowania wroga.
On sam oczywiście nie należał do części załogi odpowiedzialnej za obsługę okrętu: dowodzenie, nawigowanie, sterowanie, czy kierowanie pracą wioślarzy. Zajmowali się tym zawodowi marynarze posiadający w tej pracy duże doświadczenie. Był jedynie prostym żołnierzem przeznaczonym do obrony okrętu i walki z wrogimi załogami. Jego ubiór stanowiła sięgająca do połowy ud tunika przewiązana skórzanym pasem, do którego przytwierdzona była pochwa z krótkim mieczem. Oprócz tego na jego uzbrojenie składały się trzy oszczepy, z których jeden trzymał w prawej ręce, a dwa przymocował do wewnętrznej strony okrągłej tarczy, która zajmowała jego lewą rękę. Nie była tak duża i ciężka jak tarcze stosowane przez ciężkozbrojną piechotę, ale wystarczająca aby zapewnić mu osłonę przed pociskami i ciosami podczas walki wręcz. Całość ubioru dopełniał półokrągły hełm z doczepionymi po bokach za pomocą rzemieni osłonami policzków. Wyglądem i uzbrojeniem przypominał nieco najemnych macedońskich peltastów, których widział kiedyś na ulicach Utyki. Oprócz tarczy i hełmu nie miał żadnego uzbrojenia ochronnego, gdyż armia nie zapewniała żołnierzom floty jakiegokolwiek pancerza. Zresztą tak było lepiej, na morzu zdecydowanie wolał nie nosić żadnego dodatkowego obciążenia. W przypadku wpadnięcia do wody mogło pociągnąć go na dno, szczególnie w sytuacji gdy byłby ranny albo wyczerpany walką. Na tle innych i tak prezentował się okazale – marynarze mieli na sobie tylko krótkie tuniki, tak samo jak wioślarze pod pokładem. Podobni do niego byli jedynie pozostali lekkozbrojni żołnierze. Część wyglądała niemal identycznie jak on, pozostali natomiast zamiast w oszczepy uzbrojeni byli w proce. Była to najprostsza i najtańsza broń jaką kiedykolwiek widział, ale we wprawnych rękach jednocześnie śmiertelnie niebezpieczna. Składał się na nią najzwyklejszy długi rzemień, pośrodku którego doszyto kawałek skóry służący za worek na pocisk. Teoretycznie obsługa tej broni była banalna: procarz chwytał rzemień za obie końcówki, wykonywał nim obrót, a następnie puszczał jedną z nich, uwalniając pocisk. Broń ta posiadała spory zasięg, często większy niż łuki, a najlepsze efekty uzyskiwano strzelając na bliskim dystansie, gdy pocisk nie wytracił jeszcze wiele ze swojej energii i leciał względnie poziomo. Trafienie w głowę, nawet osłoniętą przez hełm, mogło skończyć się dla przeciwnika śmiercią albo ciężkim urazem, natomiast uderzenie w inne części ciała stłuczeniami i złamaniami eliminującymi z walki. Na dalszy dystans też dało się wyrządzić spore szkody – w końcu nikt nie chciałby oberwać opadającym z wysoka kamieniem. Korzystanie z procy było jednak w praktyce bardzo trudne. Samo wypuszczanie pocisku w taki sposób aby nie zrobić sobie krzywdy wymagało długiego treningu, a celne strzelanie wielu lat praktyki. Tak naprawdę z tą bronią najlepiej radzili sobie pasterze na co dzień strzegący swoich stad przed złodziejami i drapieżnikami.