Badania archeologiczne wskazują, iż łuku używano co najmniej 40 000 lat temu. Pierwszym zastosowaniem nowej broni było polowanie, kluczowe dla przetrwania zbieraczy-łowców, którym obca była uprawa roli. Z pewnością bardzo szybko zaczęto jej używać do pospolitej walki z innymi ludźmi, a posiadanie dobrej jakości łuku, strzał oraz umiejętności posługiwania się nimi, z pewnością dawało ogromną przewagę podczas niewielkich konfrontacji z mniejszymi i większymi grupami obcych i decydowało o życiu lub śmierci całej grupy. Liczące około 10 000 lat malunki naścienne z jaskini w Morella la Vella w Hiszpanii przedstawiają starcie dwóch grup, liczących łącznie 7 łuczników i stanowią jedną z pierwszych relacji zbrojnej walki między ludźmi. Przedstawienie potyczki jako walki dystansowej między łucznikami jest świadectwem znaczenia tej broni dla dawnych mikrospołeczeństw. Nie ma dowodów na korzystanie z łuków przez Neandertalczyków, co mogło stanowić dla nich istotny problem w rywalizacji z homo sapiens.
Zakres niniejszego artykułu nie będzie jednak obejmował fascynującej kwestii, w jaki sposób nasi przodkowie wpadli na pomysł, aby końcówki sprężystego patyka połączyć sznurkiem (cięciwą) z naturalnie występującego materiału, a następnie naciągając go, wypuszczać mniejsze patyki, ani też tego jak bez znajomości fizyki doszli do wniosku, że przymocowanie piór ustabilizuje lot strzały, pozwalając strzelać dalej i celniej. Pozwolę sobie od razu przeskoczyć do etapu, gdy powszechnie potrafiono już wytwarzać łuki jakie znamy dzisiaj i gdy wchodziły one w skład oręża jakim dysponowały poszczególne cywilizacje. W pierwszej kolejności przedstawione zostaną najważniejsze, ogólne informacje o łukach i strzałach, kolejne akapity zostaną poświęcone łucznikom, a w dalszej części omówiona zostanie kwestia zastosowania łuku na polu bitwy.
ŁUK
Podstawowy typ łuku określany jest w języku polskim jako łuk ,,prosty”. Nie odnosi się to oczywiście do prostoty konstrukcji, ale do kształtu, jaki posiadał bez nałożonej cięciwy. W najprostszej wersji wykonywany był z jednego kawałka obrobionego drewna, który następnie naginany był za pomocą cięciwy, którą osadzono w gryfach znajdujących się po obu końcach ramion łuku. Dopiero po nałożeniu cięciwy łuk osiągał swój właściwy, ,,łukowaty” kształt. Spośród łuków prostych wyróżnia się najczęściej łuki płaskie (ang. flatbow) oraz łuki długie (ang. longbow), które różniły się kształtem przekroju ramion, proporcjami oraz długością. O osiągach i skuteczności łuku decydowała przede wszystkim jakość użytego drewna. Dobór niewłaściwego gatunku drewna, złego fragmentu drzewa, niewłaściwie dobrane proporcje lub niestaranne wykonanie, nie pozwalały na prawidłową pracę ramion lub osłabiały strukturę materiału i zaniżały osiągi łuku, ostatecznie skutkując jego złamaniem. “Królem” drzew łucznych był cis, ale łuki bardzo dobrej jakości wytwarzano również z innych gatunków drzew, jak np. jesionu, czy wiązu. Łuki proste posiadały długość 150-190 centymetrów, przy czym górna granica dotyczyła w szczególności longbow’ów. Praca ramion łuku mogła zostać poprawiona poprzez stosowanie takich technik jak zwężanie ramion czy stosowanie refleksów przy ich końcówkach. Tego rodzaju usprawnienia były stosowane nawet 9000 lat temu, na co dowodem jest znaleziony na terenie Polski tzw. ,,Łuk z Bolkowa”, który posiadał wskazane wyżej elementy konstrukcyjne. Na marginesie można dodać, iż łuk ten został porzucony z powodu złamania, co było raczej powszechne dla broni wykonanej z naturalnego materiału jakim było drewno, nieustannie poddawanego dużym przeciążeniom.


W przypadku, gdy nie było dostępu do dobrej jakości materiału na produkcję łuku z jednego kawałka drewna, uciekano się do tworzenia łuków laminowanych, które składały się z kilku cienkich warstw drewna (lub bambusa), sklejonych naturalnym klejem, czasami pokrywanych dodatkowym zabezpieczeniem przed wodą i wilgocią, na przykład w postaci płatów kory brzozy.
Łuki proste są najstarszymi znanymi łukami i były używane praktycznie na całym świecie, w tym oczywiście w całej Europie. Słowianie, liczne germańskie plemiona, Celtowie – wszyscy oni na szeroką skalę wykorzystywali ten rodzaj łuków. Najeżdżający wyspy brytyjskie Skandynawowie (potocznie, acz nie do końca trafnie określani jako Wikingowie) znani są dzisiaj przede wszystkim jako wojownicy walczący wręcz, ale w rzeczywistości słynęli również z wysokiej sprawności w posługiwaniu się łukiem, które służył nie tylko do walki w większych starciach, ale też podczas mniejszych potyczek i zasadzek.

Nie wiadomo kto jako pierwszy skonstruował kolejny typ łuki jaki zostanie przedstawiony: czy dokonano tego na środkowoazjatyckich stepach, na amerykańskich równinach, czy może na Bliskim Wschodzie. Wiemy jedynie, że pierwsze wzmianki o jego istnieniu pochodzą z ostatniego wymienionego regionu, którego historia jest najlepiej udokumentowana. Czym charakteryzowała się nowa technologia wytwarzania łuków i dlaczego w ogóle się pojawiła? Wszystkie wymienione wcześniej typy łuków łączyła jedna cecha: aby posiadać odpowiednie parametry, musiały być odpowiednio długie, dochodząc nawet do wspomnianych 190 centymetrów długości. Takie wymiary znacząco utrudniały użycie łuku podczas jazdy rydwanem lub podczas jazdy konnej. Ponadto w wielu rejonach świata istniał problem dostępu do dobrej jakości drewna. Nie można też zapomnieć o klasycznym dążeniu człowieka do ciągłego ulepszania posiadanych przez siebie narzędzi. W odpowiedzi na te problemy zastosowano konstrukcję, która moim zdaniem nosiła znamiona geniuszu. Nowy typ łuku składał się z trzech elementów: 1) drewnianego rdzenia, którego kształt formowano poprzez zastosowanie ,,nagięć” zwanych refleksami, 2) warstwy zwierzęcych ścięgien umieszczanych na grzbiecie łuku (części zewnętrznej względem trzymającego łuk) oraz warstwy zwierzęcego rogu umiejscowionej na brzuścu (część skierowana w stronę strzelca). Całość dla ochrony przed wilgocią pokrywano wymienioną wcześniej korą brzozy lub skórą. Założenie cięciwy na taki łuk wymagało wygięcia ramion w przeciwnym kierunku w stosunku do pozycji ,,spoczynkowej”, przez co gotowy do strzelania łuk wyglądał zupełnie inaczej niż po ściągnięciu cięciwy.
W Polsce taka konstrukcja potocznie określana jest jako ,,łuk refleksyjny”. Otrzymany efekt był piorunujący. Łuk refleksyjny był znacznie krótszy niż łuk prosty, posiadając zazwyczaj 100-150 centymetrów długości. Dzięki temu możliwe było jego swobodne użycie z rydwanu lub końskiego grzbietu. Konstrukcja ta była przy tym bardzo wydajna, generując znacznie wyższą prędkość wypuszczanej strzały, co pozwalało na skutecznie wykorzystanie na wojnie nawet słabszych łuków (kwestia mocy, tj. siły naciągu łuku zostanie omówiona w dalszej części).


Łuki refleksyjne, z racji o wiele krótszej cięciwy, rozpowszechniły nową technikę strzelania. Łuk prosty najczęściej naciągano dwoma (wskazującym i środkowym) lub trzema palcami (wskazującym, środkowym i serdecznym). Taki naciąg był utrudniony w przypadku łuków refleksyjnych, w szczególności tych najkrótszych, z powodu zgniatania palców przez krótką cięciwę; technika ta nie zapewniała też wystarczającej stabilizacji strzały podczas jazdy konnej. Z tego powodu ten typ łuków najczęściej naciągany był jednym z dwóch rodzajów chwytów: 1) określanym jako sassanidzki lub słowiański, tj. za pomocą palców środkowego i serdecznego, podczas gdy wskazujący przytrzymywał strzałę 2) za pomocą kciuka, przy wsparciu pierścienia łuczniczego, który w Polsce nosi nazwę ,,zekier”.

Nowa broń szybko rozpowszechniła się wśród strzelców rydwanowych oraz kawalerii. Azjatyccy konni łucznicy stali się koszmarem ludów wszystkich osiadłych ludów, które napotkali na swojej drodze i aż do XVII wieku istotnie wpływali na kształt pól bitewnych, gdziekolwiek się pojawili. Łuki refleksyjne stosowane były także przez piechotę. Używały ich niemal wszystkie wielkie cywilizacje: Persowie, Asyryjczycy, Egipcjanie, Koreańczycy, Arabowie oraz państwa, które na przestrzeni wieków tworzyły cywilizację Chin. Rekrutowane przez Rzymian jednostki pomocnicze łuczników również używały łuku refleksyjnego, a późniejsze Imperium Wschodniorzymskie (Bizancjum) bardzo szeroko wykorzystywało ten rodzaj łuku zarówno w formacjach kawaleryjskich jak i pieszych. Krótkie łuki refleksyjne najsilniej kojarzone są jednak z koczowniczymi ludami z głębi Azji, które przez długie wieki napływały do Europy ze wschodu.
Łuki refleksyjne posiadały jednak kilka istotnych wad. Pierwszą z nich była czasochłonność procesu produkcji, który wynosił kilka miesięcy, co wynikało z konieczności schnięcia i formowania poszczególnych warstw łuku. Ilość i różnorodność używanych materiałów, a także ogrom nakładu pracy, pociągały za sobą wysokie koszty wykonania. Kolejną istotną wadą była wrażliwość łuku refleksyjnego na deszcz i wilgoć, nawet mimo zastosowania warstw ochronnych w postaci skóry i kory brzozy. Stosowane w dawnych czasach kleje nie były wodoodporne jak ich dzisiejsze odpowiedniki i w niekorzystnych warunkach traciły swoje właściwości, powodując rozklejenie (delaminację) łuku refleksyjnego – o tym, jak wielkie mogło mieć to konsekwencje, wspomnę jeszcze w dalszej części tekstu. Ostatnim wartym wspomnienia problemem związanym z korzystaniem z tego typu łuku, była mozolna procedura przygotowania do strzelania, a więc nakładania cięciwy oraz ręcznego ,,balansowania” ramion, w celu eliminacji drobnych skrętów powstałych naturalnie lub w wyniku błędów przy nakładaniu cięciwy. Jednocześnie jednak łuk refleksyjny nie wymagał ściągania cięciwy po każdym strzelaniu i mógł być bezpiecznie przechowywany i transportowany w pozycji bojowej nawet przez kilka dni. Natomiast łuki proste, w szczególności te wykonane z jednego kawałka drewna, bezwzględnie wymagały ściągnięcia cięciwy zaraz po ich użyciu, w celu uniknięcia odkształcenia łuku – rekompensowane to było prostą i szybką procedurą ponownego jej założenia.
Kolejne ludy i imperia tworzyły własne wersje łuków refleksyjnych, różniących się kształtem, długością i właściwościami. Zupełnie inaczej wyglądały łuki wykorzystywane przez Scytów, Persów, Węgrów, Koreańczyków, Tatarów, czy Turków. Niektóre z nich lepiej radziły sobie z ciężkimi strzałami, a jeszcze inne ze strzałami lekkimi, jak np. łuki tureckie. Z dosyć oryginalnego projektu korzystali Hunowie, gdyż ich łuki były asymetryczne, gdzie dolne ramię było krótsze od górnego. Nie jest w pełni wyjaśnione jaki był cel takiej konstrukcji, ale wydaje się, że miało to na celu ułatwienie korzystania z łuku podczas jazdy konnej. W tamtych czasach łuki refleksyjne, mimo, że znacznie krótsze od łuków prostych, nadal nie były tak krótkie jak modele powstałe setki lat później, przez co Hunowie mogli w taki sposób poszukiwać dodatkowych rozwiązań tego problemu. Innym przykładem asymetrycznego łuku jest japoński yumi, który mimo około 2 metrów wysokości, używany był zarówno przez piechotę jak i kawalerię, co umożliwiała właśnie asymetryczna konstrukcja. Nie był to jednak typowy łuk refleksyjny wykonany z użyciem ścięgien oraz rogu, ale wytwarzano go przy użyciu laminowanych warstw bambusa, drewna oraz skóry. Ekstremalnym kształtem wyróżniał się łuk koreański (Gakgung), który bez założonej cięciwy posiadał kształt niemal całkowicie zamkniętej litery O.

Wszystkie omawiane czynniki wprowadziły pewien podział geograficzny i kulturowy w zakresie używanych typów łuków. Tam gdzie łuku używała głównie piechota i gdzie jednocześnie posiadano dostęp do wysokiej jakości drewna ,,łucznego” oraz gdzie występował mokry lub wilgotny klimat, dominowały łuki płaskie i longbow’y. Natomiast łuki refleksyjne dominowały na terenach stepowych, posiadających utrudniony dostęp do wysokiej jakości drewna łucznego oraz na obszarach charakteryzujących się mało wilgotnym klimatem, który był mniej szkodliwy dla wielowarstwowych klejonych łuków. Oczywiście jest to podział nieostry, gdyż łuków refleksyjnych używano również tam, gdzie dominowały łuki proste, a łuki laminowane, w szczególności przy użyciu bambusa, były powszechne na Dalekim Wschodzie.

wielkie dzieło zawiera dość kuriozalne przedstawienie łucznika strzelającego z łuku o kształcie jaki posiadał bez cięciwy: zwracam w szczególności uwagę na mocowanie cięciwy, które nie ma żadnego sensu i ignoruje wycięte gryfy przeznaczone na pętlę.

STRZAŁY
Podstawowa konstrukcja strzały jest stosunkowo prosta: składa się na nią drewniany promień, grot, lotki oraz osada, w której umieszczano cięciwę łuku. Odpowiednio skonstruowane i dobrane strzały były dla strzelca tak samo istotne jak sam łuk.
Promień najczęściej miał długość około 60-90 centymetrów i mógł być wykonany przykładowo z sosny, świerku, jesionu, klonu, czy bambusa. Zabezpieczano go naturalnymi olejami, w celu ochrony przed wodą oraz wilgocią. Promień mógł posiadać jednolitą grubość na całej swojej długości, lecz niekiedy poddawano go dodatkowej obróbce, mającej na celu poprawienie jego właściwości aerodynamicznych. Jedną ze stosowanych metod było ,,taperowanie”, polegające na zmniejszeniu grubości promienia w kierunku osady. Innym sposobem było ,,baryłkowanie”, które z kolei polegało na zmniejszeniu grubości strzały w kierunku grotu. Ta metoda była w szczególności popularna wśród Turków i zapewniała znacznie korzystniejszy lot strzały na dalekich dystansach. Promień mógł być jednocześnie taperowany oraz baryłkowany.
Lot strzały stabilizowany był przez lotki, które w zdecydowanej większości wypadków wykonywano z piór ptaków. Doskonale nadawały się do tego pióra ptaków drapieżnych, ale najpowszechniejsze były lotki wykonane z piór ptaków udomowionych, takich jak gęsi lub łabędzie. Pióra indyka, tak popularne w dzisiejszych czasach, przez większość historii łucznictwa dostępne były tylko w Ameryce, a więc w miejscu pochodzenia tego ptaka. Do Europy indyk dotarł dopiero w XVI wieku, gdy łucznictwo było już w fazie schyłkowej. Lotki mocowane były do promienia nicią, ścięgnami lub klejem (albo obiema tymi metodami jednocześnie). Mimo, że lotkom nadawano różne kształty, to nie miały one większego znaczenia dla aerodynamiki strzały. Znacznie istotniejsza była natomiast ich długość: im cięższa strzała, tym dłuższych lotek potrzebowała, aby jak najszybciej ustabilizowały jej lot. Przykładowo, ciężkie angielskie lub mandżurskie strzały bojowe posiadały lotki o długości około 20 centymetrów. Lżejsze strzały bojowe mogły korzystać ze znacznie krótszych lotek.

Częścią strzały odpowiadającą za rażenie celu jest oczywiście grot. Pierwsze groty wykonywane były z powszechnie dostępnych materiałów, jak na przykład kości oraz krzemienie i obecnie stanowią główny dowód na wykorzystywanie łuków przez dawnych ludzi. Groty metalowe pojawiły się dopiero po opanowaniu sztuki wydobycia oraz obróbki tego surowca, jednak przez bardzo długi czas nie wyparły z użycia grotów wykonanych z materiałów naturalnych. U zarania epoki swoich podbojów, Mongołowie powszechnie używali grotów kościanych i rogowych, a metalowe były rzadkością. Dopiero wraz z postępującym podbojem Chin, uzyskali dostęp do bazy surowcowej oraz siły roboczej, które pozwoliły na rozpowszechnienie grotów wykonanych z metalu. Metalowe groty wykonywano z brązu, żelaza, a zdecydowanie rzadziej ze stali, przy czym najskuteczniejsze i najdroższe były oczywiście te ostatnie. Groty wykonane z brązu powszechne były w szczególności w starożytności, natomiast w średniowieczu powszechne były już groty żelazne.
Kształt grotów wynikał z chęci uzyskania dwóch rezultatów: przebicia się przez osłonę jaka chroniła cel oraz zadania celowi jak największych obrażeń. Te dwie właściwości zazwyczaj nie szły ze sobą w parze i konieczne było dokonanie wyboru cechy dominującej. Groty trójkątne lub o kształcie liścia zadawały najszersze rany i doskonale sprawdzały się na polowaniach oraz przy strzelaniu do nieopancerzonego przeciwnika. Gdy ludzie zaczęli korzystać z pancerza oraz osłaniać się tarczami, kształt grotów ewoluował i przybrał formę, którą zbiorczo można określić jako ,,bodkin”, gdzie w celu zwiększenia przebijalności, nadawano im kształty luźno zbliżone do ostrosłupa. Tego rodzaju groty posiadały jednak przez to mniejszą powierzchnię tnącą, co jednocześnie zmniejszało rozmiar zadawanych obrażeń. Przykładowo, gdy w Europie dominującym pancerzem była przeszywanica na którą nakładano kolczugę, ewentualnie wzmocnioną prostymi metalowymi płytami, powszechne były groty typu bodkin o kształcie ,,igły”, które doskonale nadawały się do przebijania takiej osłony.

Groty mogły być wyposażone w niewielkie zadziory, skierowane w dół grotu, w stronę promienia. Dzięki temu drobnemu elementowi, wyciągnięcie strzały z ciała standardowymi metodami było niemożliwe, gdyż jakakolwiek próba powodowała zahaczenie o mięśnie lub kości trafionej osoby. Jedynymi sposobami na opatrzenie rannego było wypchnięcie strzały drugą stroną ciała, wyciągnięcie strzały przy pomocy piór, których dudki nabijane były na zadziory, ewentualnie użycie wyspecjalizowanych narzędzi, które oczywiście mogły nie być w danej chwili dostępne, podobnie jak ludzie, którzy potrafili je obsługiwać. Groty z zadziorami były powszechnie używane w szczególności w późnośredniowiecznej angielskiej armii.
Łucznik zazwyczaj posiadał na wyposażeniu strzały z różnymi typami grotów, które mógł dobierać zależnie od potrzeb. Groty mogły również posiadacz specjalistyczne funkcje. Przykładem są strzały sygnałowe, które posiadały grot w formie gwizdka, wydającego w czasie lotu głośny, wysoki dźwięk oraz strzały ,,zapalające”, w których grot posiadał niewielki koszyczek na spalany materiał. Zaznaczyć jednak należy, że strzały zapalające nie były tak powszechne jak próbują to ukazywać różnorakie produkcje filmowe. Wyłączając naprawdę szczególne sytuacje, płonąca strzała nie była bardziej skuteczna podczas prowadzenia ostrzału wrogiej armii, nie zadawała większych obrażeń i nie wywoływała większych szkód.
Skuteczność strzał czasami zwiększano poprzez nakładanie na groty trującej substancji, której celem była zamiana rany powierzchownej w ranę śmiertelną. W czasach starożytnych ponurą sławą cieszyli się Scytowie, którzy maczali groty swoich strzał w truciźnie nazywanej ,,skytikon”, sporządzonej z mieszaniny jadu węży, rozkładających się ciał, krwi oraz ekstrementów. Aby potraktować przeciwnika tego swego rodzaju bronią biologiczną nie trzeba było jednak sporządzać wyspecjalizowanych mikstur – w rzeczywistości każde zanieczyszczenie grotu mogło doprowadzić do zakażenia zadanej rany.
Groty różniły się między sobą również sposobem montażu na drewnianym promieniu strzały. W Europie popularne były groty tulejowe, które nakładano na promień. Na wschodzie dominowały natomiast groty trzpieniowe, które jak sama nazwa wskazuje, posiadały cienki trzpień, wpuszczany do środka promienia strzały. Miejsce w którym znajdował się trzpień wzmacniano nicią lub ścięgnami, w celu zabezpieczenia promienia przed rozszczepieniem po uderzeniu w cel. Grot tulejowy był zazwyczaj cięższy od trzpieniowego.


Strzała umieszczana była na cięciwie za pomocą osady. Najczęściej wycinana była wprost w promieniu, a następnie wzmacniana nicią lub ścięgnami, aby zapobiec rozszczepieniu promienia przez cięciwę. Inną metoda wzmocnienia osady było umieszczenie w niej wstawki z rogu zwierzęcego. Niekiedy zamiast wycinania osady w promieniu, wykonywano ją osobno, np. z drewna lub rogu i następnie umieszczano na promieniu.


Jak wynika z przedstawionych informacji, strzała bojowa była dosyć złożoną konstrukcją, do której wykonania konieczna była praca kilku specjalistów oraz szeroki wachlarz materiałów. Wystarczy sobie wyobrazić ile czasu wymagało ręczne wystruganie drewnianego promienia oraz ilość roboczogodzin kowala, jakie musiały zostać poświęcone aby wykuć tysiące metalowych grotów. Z tego powodu wdrażano wiele opisanych wyżej zabiegów, mających na celu zrobienie z każdej strzały przedmiotu wielorazowego użytku: wzmacnianie osad, wzmacnianie promienia w miejscu wpuszczenia trzpienia, pokrywanie strzał zabezpieczającymi olejami. Wystrzelone strzały, w szczególności te, które przetrwały uderzenie w cel, starano się w miarę możliwości odzyskiwać. Po każdej bitwie, jeśli tylko kontrolowało się pole na którym toczono walki, żołnierze przeczesywali teren w celu odzyskania jak największej ilości strzał lub ich istotnych części, w postaci grotów lub lotek.
Strzały przenoszono w kołczanie, zależnie od modelu wykonanym ze skóry, płótna, drewna, czasami z dodatkiem elementów metalowych. W zdecydowanej większości przypadków kołczany noszono przy biodrze, gdyż zapewniały najlepszą stabilność strzał w trakcie ruchu, pozwalały na łatwą kontrolę typu wyciąganej strzały oraz były łatwiejsze do sięgnięcia, w szczególności w przypadku łucznictwa konnego.
ŁUCZNICY I TAKTYKA WALKI
Skuteczność łuku bojowego uzależniona była przede wszystkim od kombinacji dwóch czynników: zasięgu wypuszczanej strzały oraz jej zdolności do przebicia się przez warstwy ochronne jakie posiadali na sobie wrodzy żołnierze, w postaci pikowanych kurtek, utwardzanych skór, kolczug, czy innych typów pancerzy. Z wyjątkiem pewnych zastosowań taktycznych, łuki nie były skuteczne, jeśli posyłały strzały daleko, ale te nie posiadały właściwości penetrujących lub jeśli strzały posiadały znaczną siłę ,,uderzeniową”, ale łuk nie były ich w stanie posłać wystarczająco daleko, przy jednoczesnym zachowaniu jak największej prędkości. Prowadzi to do prostego wniosku, iż za idealny łuk należało przyjąć taki, który był zdolny do jak najdalszego posyłania jak najcięższych strzał, które zachowywały przy tym jak najwyższą prędkość. Oczywiście taka idealna kombinacja nie była możliwa, dlatego zawsze poszukiwano balansu między tymi cechami. Podstawa do osiągnięcia tego celu zawsze była taka sama: skuteczny łuk bojowy musiał posiadać ogromną siłę naciągu, przez co należy rozumieć siłę konieczną do naciągnięcia cięciwy przez łucznika, wyrażoną w jednostkach masy. Na podstawie łuków, które przetrwały do naszych czasów oraz innych materiałów źródłowych stwierdzono, że najsłabsze łuki wykorzystywane do działań wojennych miały siłę naciągu na poziomie 70# (tj. 70 funtów, gdzie 1 funt to w zaokrągleniu 0,45 kg). Była to jednak dolna granica. W rzeczywistości łuki bojowe mogły mieć siłę nawet 190#, a najczęściej występującą wartością był przedział 90#-150#. Mówimy więc o sytuacji, w której łucznik, używając jednego (kciuka), dwóch lub trzech palców oraz siły mięśni, musiał naciągnąć cięciwę z siłą, która odpowiadała pociągnięciu przez te palce ciężaru o masie 40-68 kilogramów. Oczywiście w teorii można było używać słabszych łuków, gdyż konstrukcja o sile naciągu 40-50#, przy zastosowaniu odpowiednich strzał, również mogła skutecznie razić wrogich żołnierzy. Jednakże mniejszy skuteczny zasięg i mniejsza siła przebicia wykluczały istotny wpływ na pole bitwy łuczników wyposażonych w słabsze łuki. Każda armia, która słynęła z wykorzystania łuczników, zdobyła swoją reputację min. dzięki używaniu ciężkich łuków bojowych i to one są punktem odniesienia w rozważaniach o roli łuczników na polu walki. Jeżeli nie było osób zdolnych do obsługi silnych łuków, to armia zazwyczaj nie posiadała w swoich szeregach wielu łuczników, a zamiast nich używała innych jednostek do walki dystansowej, jak np. oszczepników, procarzy lub kuszników.
Uzyskanie żołnierza zdolnego do obsługi pełnoprawnego wojennego łuku było bardzo trudne i wymagało treningu właściwie od najmłodszych lat oraz późniejszej nieustannej praktyki. Nawet kilka lat regularnego strzelania, zaczynając od słabszych łuków i stopniowo pnąc się w górę w kategorii siły naciągu, to nadal za mało, aby wytrenować łucznika zdolnego do posługiwania się łukiem bojowym. Zaznaczyć należy, że samo uzyskanie zdolności do naciągnięcia takiego łuku nie było wystarczające. Łuk osiągał swoją docelową moc dopiero po naciągnięciu cięciwy do odpowiedniej długości, więc nie było mowy o półśrodkach w rodzaju połowicznego naciągu. Konieczna była też powtarzalność: łucznik w trakcie bitwy musiał wystrzelić dziesiątki lub nawet więcej strzał, a każde naciągnięcie łuku męczyło mięśnie i czyniło każdy kolejny strzał coraz trudniejszym. Ponadto niezbędne było kontrolowanie używanego łuku. Wprawdzie od nikogo nie wymagano olimpijskiej celności, a w większości wypadków wystarczyło posyłanie strzał w określony ,,cel powierzchniowy” (wrogą jednostkę złożoną z kilkudziesięciu-kilkuset żołnierzy), ale trudząc się z naciągnięciem swojego łuku, nawet to było nieosiągalne. Mitem jest więc częsta opinia, iż łucznicy byli ,,wymoczkami”, ludźmi za słabymi do walki wręcz, których z braku innej możliwości przydzielono do formacji strzelczych. W rzeczywistości łucznikami musieli być silni fizycznie, zdrowi ludzie, którzy przygotowywali się do tej roli przez całe swoje życie. Strzelanie z łuku jest dosyć specyficzne i angażuje mięśnie w układzie niewystępującym przy żadnej innej aktywności. Sama siła fizyczna nie była więc wystarczająca – konieczne były wspomniane treningi, które przyzwyczają mięśnie do pracy w określony sposób. Konieczność posiadania odpowiedniego zapasu sił wynikała także z trudów, jakich doświadczano w trakcie trwania kampanii wojennej. Nawet wyszkolone oddziały łuczników mogły doświadczyć istotnego spadku jakości, z powodu niedożywienia lub chorób, które skutkowały spadkiem sprawności fizycznej, a tym samym zdolnością do wykonania pełnego naciągu łuku. Łucznicy mogli opaść z sił także w trakcie bitwy, strzelając coraz wolniej, mniej celnie i bez osiągania pełnego naciągu (a więc także pełnej mocy) swojego łuku.
Mając na uwadze całość wskazanych wyżej czynników, wyszkolenie od podstaw dorosłej osoby było niezwykle trudne. Dlatego łucznicy na dużą skalę występowali tam, gdzie funkcjonowała armia zawodowa (jak np. armia rzymska, gdzie łucznicy rekrutowani byli w ramach jednostek pomocniczych), a przede wszystkim w krajach, w których istniała ,,kultura łucznicza” i gdzie o trening łuczniczy dbano w zasadzie od dziecka. Takimi miejscami były np. środkowoazjatyckie stepy, Persja oraz Korea, a w Europie do takich krajów zaliczała się średniowieczna Anglia, w której obowiązek regularnych treningów został nawet uregulowany prawnie. Pierwsza ustawa ,,łucznicza” została wydana tam w 1252 r., zgodnie z którą, do regularnych treningów zostali zobowiązani wszyscy zdrowi mężczyźni w wieku od 15 do 60 lat. XIV-wieczne prawodawstwo ponownie przewidywało obowiązek mężczyzn do trenowania przez co najmniej dwie godziny tygodniowo. Co jednak ciekawe, w większości wypadków łucznicy, których w Anglii rekrutowano na kampanię wojenną, w szczególności mającą miejsce w Europie kontynentalnej, byli zawodowymi lub pół-zawodowymi żołnierzami, a nie zaciągniętymi przez władcę chłopami. Podstawowy trening nie miał więc na celu pozyskanie gotowych żołnierzy, ale stworzenie bazy rekrutacyjnej, z której potem można było wyłonić ludzi wstępnie przygotowanych do służby w armii w roli łuczników.
Łuk wykorzystywany był jednak przede wszystkim bardzo szeroko przez wiele koczowniczych ludów pochodzących z Azji, gdzie dominował łuk refleksyjny, a łucznicy walczyli głównie konno. Toczyli oni między sobą nieustanne wojny, a gdy tylko wystarczająco urośli w siłę, najeżdżali okoliczne ludy osiadłe. Wiele z nich migrowało w kierunku Europy i Bliskiego Wschodu, w celu grabieży i znalezienia miejsca do osiedlenia. W starożytności przez długie wieki wschodnioeuropejskimi stepami rządzili Scytowie. W IV i V w. n.e. napór Hunów zainicjował masową migrację plemion barbarzyńskich do Imperium Rzymskiego, które w końcu samo musiało zmierzyć się z huńską nawałą. W VI w. na Bałkany przybyli Awarowie, przy okazji przynosząc ze sobą nowy wynalazek w postaci strzemion, które doprowadziły do znaczącego wzrostu efektywności kawalerii. Wkrótce ich miejsce zajęli Bułgarzy, którzy dopiero na Bałkanach zostali zeslawizowani, stając się narodem, który znamy dzisiaj. W IX i X wieku niemal cała Europa, aż po Pireneje, gnębiona była masowymi najazdami lekkozbrojnej węgierskiej jazdy. W XI wieku na arenie dziejów pojawili się Turcy Seldżuccy, którzy ostatecznie złamali potęgę Imperium Wschodniorzymskiego i których państwa w przyszłości miały wyewoluować w Imperium Osmańskie. To tylko drobna część najazdów koczowników z jakimi musiały zmagać się ludy osiadłe. Za swego rodzaju kulminację najazdów stepowych wojowników można uznać podboje mongolskie do jakich doszło w XIII wieku, które w stosunkowo krótkim czasie doprowadziły do katastrofalnych zniszczeń w Chinach, Korei, Indiach, Azji Środkowej, na Bliskim Wschodzie i w Europie Wschodniej. Ostatnim wielkim stepowym zdobywcą był Timur Chromy, który w latach 1370-1405 niemal od podstaw zdołał zbudował turańsko-mongolskie imperium, rozciągające się od Azji Mniejszej po granice Chin. W późniejszym okresie większe migracje koczowników zostały w zasadzie zakończone, ale różne odłamy mongolskich ord dawały jeszcze o sobie znać przez kolejne 300 lat. Jednym z nich byli dobrze znani w Polsce Tatarzy Krymscy, którzy dokonywali najazdów na ziemie Rzeczypospolitej aż do XVIII wieku.
Wszystkie te ludy łączyła sztuka wojenna, która w istotnym zakresie opierała się na wykorzystaniu konnych łuczników oraz całego wachlarza taktyk lekkiej jazdy. Taki sposób prowadzenia walki wykształcił się na rozległych stepach, gdzie sprzyjały temu warunki terenowe, a jazda konna i strzelanie z łuku uczone było od najmłodszych lat. Ciężkie warunki bytowania na stepie, wynikające z klimatu oraz nieustannych konfliktów między plemionami doprowadziły do wytworzenia tam silnie zmilitaryzowanych społeczeństw, złożonych z doskonale wyszkolonych i zahartowanych ludzi, z których ogromna część posiadała podstawowe środki oraz umiejętności aby stawić się na kampanię wojenną. W efekcie grupa koczowników była w stanie wystawić do walki znacznie większy procent społeczeństwa niż grupa ludzi prowadząca osiadły tryb życia, a do tego większość tych żołnierzy była doskonale przystosowana do udziału w wojnie, w przeciwieństwie do oderwanych od pługa chłopów. Dla reszty świata nie było problemem, jeśli takie grupy biły się między sobą na stepach, atakując swoje obozowiska, porywając kobiety i dzieci, zagarniając cenne przedmioty. Nie było też problemem, gdy kilka takich grup, o podobnym języku i kulturze, dyplomacją albo siłą łączyło się w jakiś rodzaj koalicji. Gdy jednak koalicja ta okazała się trwała i do tego była w stanie podporządkować sobie inną koalicję, oznaczało to katastrofę dla wszystkich dookoła, gdyż wkrótce ze stepów zaczęły wyłaniać się ogromne, zdyscyplinowane armie, złożone z doskonałych żołnierzy oraz stosujące taktykę walki nieznaną ludom prowadzącym osiadły tryb życia. Do takich przeobrażeń politycznych mogło dochodzić błyskawicznie. Czyngis-chan, czy Timur nie urodzili się władcami. Timur zaczynał wręcz jako zwykły stepowy bandzior dowodzący kilkudziesięcioma ludźmi i dopiero na przestrzeni lat utworzył koalicję oraz państwo, którego siła militarna nie miała sobie równych i nawet niemal doprowadziła do upadku Imperium Osmańskie. Turków od tego losu uratowała wyłącznie decyzja Timura, aby rozpocząć kampanię na wschodzie i śladem Czyngis-chana podpić Chiny. Tych z kolei uratowała śmierć Timura oraz rychły rozpad stworzonego przez niego jednopokoleniowego państwa.

Warto też wspomnieć, iż łuk refleksyjny oraz łucznictwo konne zadomowiły się również w Polsce. Uważa się, że stało się to za pośrednictwem kontaktów z Węgrami oraz Mongołami, ale w niektórych opracowaniach można znaleźć tezy, iż konne łucznictwo było w Polsce powszechne już u zarania dynastii Piastów. Jakkolwiek nie było, w XVI w. korzystanie z łuku refleksyjnego z końskiego grzbietu było rozpowszechnione, w szczególności we wschodnich województwach, gdzie operowano na rozległych ukraińskich stepach. Warto dodać, że używała ich nie tylko lekka jazda, ale też formacje Pancernych, a nawet Husarii. Zaznaczyć również należy, iż korzystanie z tego rodzaju broni w czasie rozpowszechnionej już broni palnej nie było oznaką zacofania. Konny łucznik mógł oddać strzał z większego dystansu niż w przypadku pistoletu lub bandoletu, a do tego posiadał znacznie większą szybkostrzelność. Łuk stanowił świadomy wybór żołnierzy, którzy ,,zjedli zęby” na kawaleryjskich potyczkach i posiadali środki na zakup broni palnej. Oczywiście nie należy deprecjonować znaczenia i skuteczności jednostek strzelczych tamtego okresu, gdyż nie ulega wątpliwości, że dominowały one na polach bitew, w szczególności we współpracy z artylerią. Jednakże w określonych sytuacjach, w szczególności podczas mniejszych potyczek, łuk mógł sprawdzić się znacznie lepiej, zapewniając lepszy zasięg, szybkostrzelność, celność oraz niezawodność. Rozpowszechnienie konnego łucznictwa w Polsce było możliwe dzięki głęboko zakorzenionej kulturze kawaleryjskiej Polski szlacheckiej, gdzie od najmłodszych lat kładziono ogromny nacisk na umiejętności jazdy konnej. Dużą rolę odgrywały też wspomniane warunki terenowe oraz charakter stepowych walk, polegających na potyczkach jazdy w otwartym polu.



Sprawny łucznik mógł wystrzelić około 12 strzał na minutę – dotyczy to zarówno łucznika pieszego jak i konnego. Oczywiście nie była to szybkostrzelność, którą można było utrzymać przez dłuższy czas, gdyż na przeszkodzie stawało zmęczenie oraz dostępność strzał. Wartość tę należy traktować raczej jako orientacyjną, ukazującą częstotliwość, z jaką łucznik mógł razić wroga w najgorętszym momencie bitwy. Konni łucznicy posiadali wiele technik strzelania, dzięki którym mogli wypuścić kilka strzał na przestrzeni kilku-kilkunastu sekund, dzięki trzymaniu ich w ręce cięciwnej lub przy majdanie. Piesi łucznicy mogli z kolei poprawić swoją szybkostrzelność wbijając przed sobą strzały w ziemię, co eliminowało konieczność sięgania do kołczanu. Najczęściej strzelano z odległości około 200 metrów, a najchętniej z jeszcze bliższego dystansu, gdyż wraz ze spadkiem odległości rosła skuteczność strzał: zarówno w zakresie celności jak i przebijalności. Strzelanie na dalsze dystanse było możliwe, szczególnie stosując lekkie strzały oraz łuki, które były w stanie przetrwać strzelanie pociskiem o niskiej masie, ale nie było to preferowane rozwiązanie. Łucznik z reguły posiadał ograniczoną ilość strzał, unikano więc marnowania pocisków na mało efektywny ostrzał. Oczywiście daleki ostrzał mógł mieć swoje zastosowanie taktyczne, polegające na nękaniu wroga, zmuszaniu go do pozostawania w gotowości bojowej, zadając mu jednocześnie przy odrobinie szczęścia pewne straty.
Wiele mitów narosło wokół zasięgu łuków refleksyjnych, a w szczególności ottomańskich, które wspominają o strzelaniu na dystansie 500-600, a nawet więcej metrów. Generalnie jest to prawda, takie osiągi były dosyć powszechne. Łuki ottomańskie charakteryzowały się ogromną szybkością pracy i tolerancją na niską masę strzały, co pozwalało posyłać pociski na znaczne dystanse. Rekordowy strzał został ponoć oddany na odległość 845 metrów. Rzecz jednak w tym, iż na tak wielkie odległości strzelano bardzo lekkimi strzałami, z maleńkim, lekkim grotem wykonanym np. z kości i lotkami wykonanymi z lekkiego papirusu, a przeznaczeniem takich strzał było wyłącznie osiągnięcie jak największej odległości, a nie zadawanie obrażeń i przebijanie pancerza. Ponadto używanie takich strzał posiadało często destrukcyjny efekt na łuk, gdzie zerwanie cięciwy w czasie strzału należało do najmniej groźnych konsekwencji. Pod względem militarnym strzelanie na takim dystansie i tego rodzaju strzałami nie miało jednak większego zastosowania. Strzelanie odległościowe (,,flight archery”) było sportem, w którym lubowały się tureckie elity.
Konieczność uzyskania jak najwyższej przebijalności wpływała na stosowaną przez łuczników taktykę. Hollywoodzkie produkcje zazwyczaj ukazują łuczników unoszących swój łuk i strzelających wysokim lobem, czasami zza własnych linii. W rzeczywistości jest to obraz błędny, który nie odpowiada najczęściej stosowanej przez łuczników taktyce. Strzelanie parabolą wprawdzie pozwalało prowadzić ostrzał na dalszy dystans, ale odbywało się to kosztem zdolności penetracyjnych, czyli jednego z dwóch czynników determinujących skuteczność łuku. W związku z tym dążono do tego, aby łucznicy strzelali w miarę możliwości na wprost, czyli w sposób pozwalający na zachowanie przez strzałę jak największej ilości energii przekazanej jej przez łuk. Tylko w ten sposób możliwe było pełne wykorzystanie potencjału tego uzbrojenia. Oczywiście strzelanie w idealnej linii prostej było możliwe tylko na bliskich dystansach, a więc nie można mówić, iż ostrzał pośredni nie miał miejsca. Przykładowo, niektóre rysunki ukazujące asyryjskie formacje bojowe przedstawiają łuczników zajmujących miejsca za tarczownikami. Nie były to jednak ekstremalne formy strzelania pośredniego, polegające na opadaniu strzał ze znacznej wysokości. Kluczem było takie dobranie dystansu, aby uderzając w cel, strzała nadal zachowywała jak najwięcej swojej pierwotnej energii.
Powyższe aspekty określały miejsce łucznika w formacji bojowej. Pieszych łuczników chętnie umieszczano na froncie szyku bojowego, skąd mogli bezpośrednio razić atakujących lub broniących się wrogów. Drugą metodą było umiejscowienie ich na flankach, skąd mogli ostrzeliwać wroga nawet gdy w centrum doszło już do walki wręcz. Ten zabieg taktyczny mógł sprawdzić się w szczególności przeciw piechocie, która od frontu chroniła się za pomocą tarcz. Większą taktyczną elastyczność zapewniali konni łucznicy, którzy mogli płynnie dostosowywać się do sytuacji na polu bitwy, zaczynając od nękania wroga, który dopiero tworzył szyk bojowy, następnie prowadząc ostrzał z pierwszej linii, by następnie przemieszczać się na jego flanki i przeprowadzać manewry okrążające. Gdy oddziały konnych łuczników były zdyscyplinowane, wyszkolone i dobrze dowodzone, ta elastyczność i mobilność była koszmarem dla każdej armii, która musiała stawić im czoła.
STRZAŁA KONTRA PANCERZ
Kwestia skuteczności łuków przeciwko osobistej osłonie jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej kontrowersyjnych pytań przy ocenie skuteczności łuczników. Można na ten temat znaleźć mnóstwo opinii i kompletnie wykluczających się wniosków, poważnych opracowań, amatorskich testów oraz zaciętych internetowych dyskusji, a co ciekawe, wszystkie te materiały będą zawierały mniejsze lub większe ziarno prawdy. Autor niniejszego artykułu oczywiście nie uważa się za wyrocznię w tej sprawie i przedstawionych tutaj tez nie należy traktować jako ostatecznych, a jedynie jako próbę podsumowania tego trudnego tematu.
Na wstępie należy przypomnieć, że łuki miały niejednakową moc. W niniejszym artykule wskazałem na przedział 70#-190#, który jest bardzo szeroki, a więc skrajne wartości mocy łuku mogły dać zupełnie inne rezultaty. Ponadto poziom przebijalności strzał determinowany był przez dystans na jakim strzelano, prędkość strzały oraz rodzaje wykorzystywanych grotów. Dany pancerz mógł więc stanowić wystarczającą ochronę w scenariuszu A i B (oznaczenia czysto robocze), natomiast mógł być niewystarczający w scenariuszu C oraz D, z których z kolei D mógł występować bardzo rzadko.
Obecnie mamy szczęście żyć w czasach powszechnej dostępności materiałów, które pozwalają na przeprowadzenie eksperymentów polegających na ostrzelaniu z łuków różnych typów pancerzy. Internet pełny jest tego rodzaju testów, mniej lub bardziej rzetelnych i nie da się ukryć, że jest to jedna z lepszych metod rozstrzygnięcia tego tematu. Szczególnie interesujące są testy, w których udział biorą łucznicy strzelający z ciężkich łuków o naciągu wojennym lub z nowoczesnych kusz o mocy dobranej do siły typowego łuku bojowego, które są zdolne do strzelania strzałami. Mimo tej wielości zasobów ciężko jednak o idealny eksperyment. Tego typu testy przeprowadzane są zazwyczaj na bardzo małym dystansie, wynoszącym kilka-kilkanaście metrów, co istotnie zwiększa przebijalność pocisków. Często groty lub pancerze wykonane są ze zbyt wysokiej jakości materiałów albo testom poddawane są zbyt mało zróżnicowane próbki pancerzy, pod względem grubości, kształtu oraz jakości. Niejeden starannie przeprowadzony test nie uwzględnił, iż cel ustawiony został na zbyt stabilnym podłożu, co znacząco zwiększało skuteczność strzały. Mimo tego, obecny stan wiedzy, zarówno historycznej, teoretycznej jak i praktycznej, pozwala na wyciągnięcie pewnych wniosków.
Omawiając skuteczność pancerza, nie sposób nie zacząć od podstawowego narzędzia służącego do osłony żołnierzy, czyli od tarczy. Jeżeli tylko nie była miernej jakości (w zakresie grubości oraz jakości drewna), zapewniała bardzo wysoki poziom ochrony przeciw strzałom. Przebicie się pocisku przez dobrze wykonaną tarczę było możliwe w zasadzie tylko na bliskim dystansie, przy zastosowaniu bardzo silnego łuku. Nadal jednak mowa będzie o przebiciu się przez część promienia, przez co grot mógł nie dosięgnąć chowającego się za tarczą przeciwnika lub mógł zatrzymać się na noszonym przez żołnierza pancerzu. Tarcza służyła więc również za pewien rodzaj hamulca, niwelującego impet pocisku. Największe zagrożenie stanowiło dosięgnięcie przez grot znajdującej się bezpośrednio za tarczą twarzy lub trzymającej tarczę ręki – ten drugi przypadek był częściowo zniwelowany, gdy tarcza wyposażona była w żelazne umbo, chroniące dłoń i część ramienia, a dłoń oraz przedramię były chronione przez jakikolwiek rodzaj pancerza. Przebicie się przez tarczę było mało prawdopodobne przy omawianym wcześniej strzelaniu pośrednim: za kuriozalną należy uznać scenę w skądinąd świetnym serialu ,,Rzym”, gdzie w trakcie Bitwy pod Filippi, opadające z wysoka strzały przebijały się przez ciężkie tarcze dzierżone przez rzymskich legionistów.
Raczej mało efektywną osłoną przez strzałom była pojedyńcza warstwa kolczugi, zakładanej na standardowę, niepikowaną koszulę. Osłona kolcza przystosowana jest przede wszystkim do ochrony przed cięciami, natomiast znacznie gorzej radziła sobie z bronią obuchową oraz bronią pozwalającą na pchnięcie ostrzem w pojedynczy punkt. Do tej ostatniej kategorii zaliczały się właśnie strzały. Gdy więc za pancerzem kolczym nie było dodatkowej osłony, która mogła przyjąć na siebie przebijający się przez kolczugę grot, nie było to wystarczające zabezpieczenie przed ostrzałem łuczników. Zaznaczyć jednak należy, iż kolczuga miała więcej niż jedną postać i w przypadku braku jednego z warunków skuteczności łuku (siła naciągu, dystans, kształt grotu), niektóre kolczugi mogły poradzić sobie ze strzałą, szczególnie, gdy daną część ciała pokrywała więcej niż jedna warstwa kolczego splotu.
Bardzo popularnym typem pancerza była przeszywanica, czyli pikowany kaftan wykonany z wielu warstw płótna bawełnianego, lnianego, czy jutowego. W średniowieczu przeszywanica była nierzadko jedyną osłoną ciała ubogich żołnierzy, a oprócz tego wkładana była pod kolczugę lub płytowy pancerz, w celu tłumienia uderzeń oraz zapewniania dodatkowej warstwy przez którą musiała się przebić wroga broń. Wbrew pozorom był to całkiem efektywny rodzaj osłony i to przed każdym zagrożeniem. Sama przeszywanica mogła zapewnić ochronę przeciwko strzałom wystrzeliwanym z dalekiego dystansu lub z nieco bliższego, ale ze słabszych łuków, gdyż jej budowa powodowała ,,grzęźnięcie” strzały, która traciła sporo ze swojego impetu. Nie należy oczywiście przeceniać tego typu pancerza, gdyż trafienie ciężką strzałą na dystansie 100 metrów niechybnie musiało skończyć się wyeliminowaniem przeciwnika, jednak trzeba wskazać, że ubrany w przeszywanicę piechur nie był automatycznie skazywany na śmierć, szczególnie, gdy dodatkowo dzierżył tarczę.
Całkiem efektywną kombinacją było za to połączenie przeszywanicy i założonej na nią kolczugi. Wprawdzie jak wspomniano wcześniej, sama kolczuga była przeciętnym zabezpieczeniem przeciw strzałom, ale ich łączne zastosowanie stanowiło doskonałe uzupełnienie zalet obu tych osłon. Po trafieniu w kolczugę strzała mogła wytracić część energii, która z kolei nie była wystarczająca aby przebić się przez przeszywanicę. Ponadto czubek grotu mógł ulec nieznacznemu spłaszczeniu lub nawet wygięciu, jeśli był wykonany z gorszej jakości metalu. Tym samym przeszywanica stawiała czoła pociskowi o istotnie zredukowanej sile przebicia, ratując trafionego w większej liczbie scenariuszy. Zestawienie przeszywanicy i pancerza kolczego było podstawową osłoną w trakcie krucjat w XI i XII wieku. Z tamtego też okresu pochodzą relacje o krzyżowcach ,,naszpikowanych strzałami jak jeże”, którzy mimo to byli w stanie kontynuować walkę. Nie wiadomo, co było główną przyczyną tej niezwykłej skuteczności tego pancerza: czy jego techniczne właściwości, czy może napotkani Turcy Selduccy oraz Arabowie stosowali słabsze łuki i strzały z gorszej jakości grotami.
Popularną osłoną z jaką mierzyły się strzały była brygantyna, czyli forma skórzanej kurtki z donitowanymi licznymi, niewielkimi metalowymi elementami. Brygantynę często noszono na przeszywanicy, tym samym uzyskując jeszcze wyższy stopnień ochrony. Ten rodzaj osłony popularny był w szczególności w Azji, w tym wśród Mongołów. Zapewniał stosunkowo dużą swobodę ruchów i był o wiele prostszy i tańszy w wykonaniu niż zbroja płytowa. Podobnie jak w przypadku zestawu składającego się z przeszywanicy i kolczugi, był on w stanie zatrzymać strzały, które wystrzelono ze zbyt dalekiej odległości, ze zbyt słabego łuku albo które posiadały niskiej jakości groty. W optymalnych dla strzelca warunkach, brygantyna nie zapewniała jednak pełnej ochrony.
Wzbudzającym największe emocje tematem jest kwestia skuteczności łuków przeciwko średniowiecznemu, europejskiemu pancerzowi płytowemu. Wszystkie głoszone wnioski w tej kwestii obarczone są jednak krytyką opartą na niejednolitej jakości produkowanych płyt i trudno nie zgodzić się z takimi głosami. Do wytworzenia pancerza płytowego używano różnej jakości stali, o różnej grubości, a kształt poszczególnych elementów mógł być mniej lub bardziej optymalny. Generalna konkluzja raczej nie powinna jednak wzbudzać wątpliwości: pancerz płytowy chronił przed strzałami bojowymi wystrzeliwanymi nawet z najcięższych łuków, także gdy jego jakość nie plasowała się w piętnastowiecznej czołówce. Oczywiście można wyobrazić sobie sytuację, gdzie cienkie, kiepskiej jakości płyty trafiane są z bliskiej odległości przez strzałę z ciężkim grotem, zoptymalizowanym do zwalczania takiego pancerza, wystrzeloną z łuku o mocy 150#. Tego typu scenariusze z pewnością występowały w praktyce. Jednakże moim zdaniem punktem odniesienia powinien być pancerz o ,,średniej” jakości, poddany ostrzałowi w najpowszechniejszych warunkach.
Najrzetelniejsze, dostępne dla ogółu testy (obejmujące łuk o odpowiedniej mocy, strzały z grotami bojowymi oraz repliki pancerzy płytowych o ,,średniej” jakości) są jednoznaczne: nawet najcięższe strzały, wystrzelone z bliskiej odległości, nie były w stanie przebić się przez kluczowe fragmenty płytowego pancerza, jak hełm, czy kirys. Wytrzymałość osłony była na tak dużym poziomie, że trudno oczekiwać innego rezultatu nawet przy spadku jakości pancerza, szczególnie jeśli uwzględnimy słabszy łuk oraz większą odległość.
Jednakże nawet najlepszy pancerz nigdy nie zapewniał pełnej ochrony przed strzałami. Wystrzeliwane w znacznych ilościach pociski spadały na grupy ludzi, trafiając w całkowicie losowe miejsca i siłą rzeczy część z nich musiała znaleźć drogę do nieosłoniętego lub gorzej chronionego fragmentu ciała. Nawet ubrany w pełną zbroję płytową żołnierz mógł otrzymać trafienie w wizurę hełmu, w podbrzusze, pod pachę, w łydkę, czy jakiekolwiek inne miejsce, które z uwagi na kwestie mobilności nie mogło zostać zabezpieczone ,,płytami”. Problem ten tylko rósł, gdy z powodów finansowych lub logistycznych żołnierzowi brakowało niektórych elementów pancerza: zasłony hełmu, osłony ramion, czy nóg. Innym aspektem ostrzału łuczniczego jest ogromna energia z jaką strzała uderzała w cel, co mogło wywołać poważne stłuczenia lub nawet wstrząs mózgu, w przypadku trafienia w hełm. Swoje żniwo mogły zebrać nawet odłamki drewna, które tworzyły się po złamaniu strzały na pancerzu i które mogły znaleźć drogę np. do twarzy trafionego, gdy ta nie była osłonięta zasłoną. To wszystko wpływało również na morale atakowanego, który nawet przeżywając ostrzał, mógł stracić ochotę do walki, gdy jedna, dwie lub więcej strzał z potężną mocą uderzyły w jego pancerz. Angielski łucznik posiadał przy sobie 24 strzały. Jeżeli jednocześnie na polu bitwy strzelało ich 1000, to w kilkanaście minut byli w stanie posłać w stronę wroga 24 000 pocisków, z których każdy miał jakąś szansę wyeliminować nawet najlepiej opancerzonego żołnierza.
Ogólny wniosek jest jednak oczywisty: mimo, że nie zapewniał pełnej ochrony przed strzałami, płytowy pancerz stanowił skuteczna osłonę. Trzeba jednak mieć na uwadze, iż taki pancerz rozpowszechnił się dopiero w XIV-XV w., a więc przez większą część historii łucznictwa atakowane cele były chronione w znacznie mniejszym stopniu. Słabsze typy zbroi również potrafiły spełniać swoją rolę, chociaż oczywiście ze znacznie mniejszą skutecznością, która uzależniona była od siły łuku, typu grotu oraz dystansu.
Nie można zapomnieć, iż łucznicy stanowili spory problem dla koni. Były one znacznie większym celem niż jeździec, a nawet najprostsze zranienie mogło wyłączyć wierzchowca z dalszej walki. Chęć trafienia wrogich koni mogła stanowić uzasadnienie korzystania z lżejszych strzał i daleki, paraboliczny ostrzał, gdyż pożądany skutek (ranienie konia) był znacznie prostszy do osiągnięcia. Z defensywnego punktu widzenia radzono sobie z tym poprzez nakładanie na konie różnorakich osłon: pikowanych przeszywanic i osłon wykonanych ze skóry lub nawet elementów płytowych. Rzadko kiedy jednak osłona konia była chociażby zbliżona do osłony jeźdzca i konie stanowiły istotny cel podczas walk z kawalerią.
Ostrzał łuczników miał na celu wyeliminowanie wrogich żołnierzy, poprzez ich zabicie lub ranienie. Trafienie w witalne narządy oznaczało oczywiście natychmiastową lub szybką śmierć, jednak w większości wypadków trafienie kończyło się tylko zranieniem. Jeżeli noszona przez żołnierza osłona wyhamowała część impetu uderzenia, rana mogła nie być głęboka i trafiony miał spore szanse aby przeżyć, szczególnie, gdy grot nie był zbyt szeroki i nie zadawał rozległych obrażeń. Jeżeli osłona okazała się za słaba, strzały bez problemu gruchotały kości i przebijały się przez mięśnie, zatrzymując się wewnątrz ciała, a w ekstremalnym przypadku przebijając człowieka na wylot. Szanse przeżycia zależały od tego jakie narządy wewnętrzne zostały naruszone przez strzałę. Istniały metody wyciągania strzał i grotów z ciała, z kości, a nawet zdarzały się przypadki udanej ekstrakcji grotu z czaszki – taka operacja została wykonana w 1403 r. na przyszłym angielskim królu Henryku V, przez chirurga o imieniu John Bradmore, który zdołał wyciągnąć grot, który utkwił pod okiem szesnastoletniego, przyszłego władcy. Gigantyczny problem stanowiły zakażenia, które wywoływały wszechobecne bakterie, które zanieczyszczały rany zadawane strzałami. Jeżeli oczyszczenie rany alkoholem lub miodem nie było możliwe albo nie było niewystarczające, zakażenia zbierały wśród rannych ogromne żniwo.
Łucznictwo bojowe pozostawiało trwały ślad także na zdrowiu łucznika. Gdy w obecnych czasach w Anglii odnajdywany jest średniowieczny szkielet, stosunkowo łatwo jest ocenić, czy dana osoba parała się łucznictwem, z powodu zmian anatomicznych w układzie kostnym spowodowanych częstym naciąganiem ciężkich łuków. Ślady takich zmian odnaleziono również na szkieletach znajdowanych na węgierskich cmentarzach. Konsekwencje medyczne są jednym z powodów dla których w dzisiejszych czasach mało osób zajmujących się łucznictwem tradycyjnym zainteresowanych jest regularnym strzelaniem z łuków o dużej sile naciągu. Regularne używanie nawet ,,słabych” z historycznego punktu widzenia łuków, o mocy 60-80#, w wielu przypadkach w końcu zaprowadza łucznika do gabinetu fizjoterapeuty.
ŁUCZNICY NA POLACH BITEW
Armie złożone z samych łuczników były rzadkością, a o zwycięstwie na polu walki decydowała zazwyczaj współpraca kilku rodzajów broni, które wzajemnie się uzupełniały: piechoty, kawalerii, jednostek strzelczych oraz inżynieryjnych, odpowiadających za budowę fortyfikacji polowych. Siły zbrojne utożsamiane dzisiaj z konnym łucznictwem, jak np. średniowieczna armia mongolska, zdawały sobie z tego sprawę i posiadały w swoich szeregach także ciężkozbrojną jazdę oraz jednostki piechoty, w szczególności dostarczone przez sprzymierzone i podbite ludy. Jeżeli tylko żołnierze posiadali odpowiednie zasoby, to nie ograniczali swojego uzbrojenia do łuków, posiadając na wyposażeniu także inne rodzaje broni oraz przywdziewając jak najlepszy pancerz. Tym samym stepowe armie, które zaczynały jako chmary lekkozbrojnych konnych łuczników, mogły wytworzyć bogatą elitę, która walczyła jako ciężkozbrojni konni łucznicy – dobrze opancerzeni i uzbrojeni, zachowujący zdolność do walki dystansowej, ale z racji cięższego uzbrojenia walczący nieco odmiennie od klasycznej lekkozbrojnej jazdy strzelczej. Angielscy łucznicy wykorzystywani byli także jako zwykła piechota, zdolna do walki wręcz.
Łucznicy mogli znaleźć zastosowanie taktyczne zarówno w ataku jak i w obronie. Oprócz eliminacji wrogich żołnierzy, ostrzał mógł mieć również na celu zmuszenie przeciwnika do ataku lub opuszczenia dogodnej pozycji. Nim między Grekami oraz Persami doszło do słynnej Bitwy pod Platejami (479 r. p.n.e.), Grecy zostali zmuszeni do opuszczenia pierwotnego miejsca obozowania, gdyż najbliższe ujęcia wody znajdowały się w zasięgu perskich łuczników. Intensywny ostrzał działał destrukcyjnie na morale, szczególnie, gdy własne oddział nie były w stanie na niego odpowiedzieć. Konni łucznicy regularnie stosowali taktykę, w ramach której atakowali przeciwnika z dystansu, a gdy ten próbował doprowadzić do walki wręcz, oddalali się w kierunku własnych linii, ani na chwilę nie zaprzestając ostrzału z łuków. Próbujący dopaść ich żołnierze często łamali szyk lub zbytnio oddalali się od własnych wojsk, zostając następnie otoczonym i albo wybitym w walce wręcz albo rozstrzelanym z dystansu. Taktyka pozorowanego odwrotu była bardzo popularna wśród azjatyckich ludów stepowych i potrafiła być bardzo skuteczna przeciwko armiom, które nie były zaznajomione ze sposobem prowadzenia przez nich wojny.
W niniejszej części przedstawione zostanie praktyczne użycie łuku na polach bitew, od głębokiej starożytności po XIX wiek. Zwrócona zostanie uwaga na różne aspekty taktyczne i technologiczne, które towarzyszyły wykorzystaniu łuczników i miały wpływ na przebieg starcia. Poszczególne starcia zostaną przedstawione w kolejności chronologicznej, są one mniej lub bardziej znane i obejmują zarówno sukcesy jak i porażki jednostek łuczniczych. Zaznaczyć należy, że poniższa lista skupia się na walnych bitwach. Pomija natomiast wykorzystanie tej broni w innych scenariuszach: przez zwiadowców, podczas mniejszych potyczek i rajdów, czy podczas mikroskopijnych starć, w które zaangażowanych było po kilka-kilkanaście osób.
Pozwolę sobie zrobić wyjątek tylko dla jednego przypadku, dotyczącego słynnych, liczących ponad 5000 lat zmumifikowanych zwłok, które odnaleziono w lodowcu na pograniczu dzisiejszej Austrii oraz Włoch. Ciało denata, któremu naukowcy nadali imię Otzi, zachowało się w doskonałym stanie razem z całym wyposażeniem, co pozwoliło na rekonstrukcję pewnych aspektów życia oraz ostatnich chwil tego człowieka, który stąpał po terenach, na których nie istniała wtedy żadna duża cywilizacja. Otzi zginął śmiercią tragiczną, na skutek starcia z innymi ludźmi. W jego barku odkryto grot strzały, który doprowadził do krwotoku, a po pewnym czasie do jego śmierci, na skutek utraty krwi. Grot pozbawiony był promienia, co sugeruje, że albo Otzi zdołał usunąć go samodzielnie albo zrobili to jego zabójcy, tracąc przy tym grot, który utkwił w kości. Tej drugiej tezie przeczy jednak obecność przy zwłokach bardzo bogatego wyposażenia, które wydaje się, że w takim wypadku zostało by zrabowane. Otzi również posługiwał się łukiem. Odnaleziono przy nim czternaście strzał (z czego jednak tylko dwie w pełni ukończone) oraz nieukończony cisowy łuk, o długości 182 cm. Jedna z jego strzał posiadała ślady krwi dwóch różnych osób, co sugeruje co najmniej dwukrotne skutecznie użycie i jest świadectwem na praktykę odzyskiwania strzał po ich wystrzeleniu. Jak widać, ten jeden przypadek zapewnia ogrom informacji o niewielkich potyczkach w dawnych czasach, w których istotną częścią było skuteczne posługiwanie się łukiem.
Przechodząc do omawiania większych starć zacznę niestandardowo, bo od bitwy o której nie wiemy, aby łucznicy odegrali w niej decydującą rolę. Tak właściwie, nic konkretnego o tej bitwie obecnie nie wiemy. W 1996 r., w północno-wschodnich Niemczech, niedaleko niewielkiej rzeki o nazwie Tollense natrafiono na liczne ludzkie szczątki oraz elementy ekwipunku wojennego. Badania archeologiczne wykazały, że było to miejsce bardzo zaciętej bitwy, w której brało udział około 4000 ludzi. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, iż szczątki datowane są na okres między 1200 a 1300 r. p.n.e. Była więc to epoka brązu, a na dzień dzisiejszy nie wiemy nic o istnieniu w tamtym rejonie jakichkolwiek cywilizacji i organizmów państwowych, które byłyby w stanie wystawić do walki tak ogromną liczbę wojowników. I to doświadczonych wojowników, gdyż odnalezione kości noszą ślady zaleczonych ran, wskazujących na udział w innych starciach. Nie wiemy więc kto tam walczył i o co, ale dzięki wykopaliskom dowiedzieliśmy się nieco o tym jak walczono. Skupiając się na zakresie będącym tematem niniejszego artykułu można wspomnieć o kilku interesujących szczegółach. Na miejscu bitwy odnaleziono kilkadziesiąt grotów, które zostały wykonane z brązu. Część z nich tkwiła w odkopanych kościach poległych, co oznacza skuteczne wykorzystywanie łuków. Niektóre groty umiejscowione były w nich w taki sposób, iż niemal pewnym jest, że pieszy łucznik z bliskiej odległości strzelał do żołnierza, który walczył konno. Scena bardzo łatwa do wyobrażenia. Bitwa nad rzeką Tollense mogła mieć jakiś związek z ,,Ludami Morza” – do dzisiaj niezidentyfikowaną potężną grupą, której migracja doprowadziła do upadku wielkich, południowych cywilizacji epoki brązu, w tym mykeńskiej Grecji oraz państwa Hetytów. Dotarli oni aż do Egiptu i dopiero tam, około 1178 r. p.n.e., zostali pobici przez Egipcjan w Bitwie morskiej w delcie Nilu. Gdy pełnomorskie okręty Ludów Morza wpłynęły na wody Nilu okazało się, iż jego brzegi zostały bardzo gęsto obsadzone przez egipskich łuczników. Intensywny ostrzał połączony z atakiem egipskich okrętów oraz abordażem, doprowadził do całkowitej klęski najeźdzców.
Zagrożenie ze strony perskich łuczników zdeterminowało strategię Ateńczyków w Bitwie pod Maratonem, którą stoczono 490 r. p.n.e. Perskie siły w znacznej części składały się z pieszych formacji łuczniczych, natomiast ateńskie opierały się na hoplitach, tj. ciężkozbrojnej piechocie. W celu zniwelowania perskiej przewagi w walce dystansowej, ateńscy dowódcy postanowili, iż falanga musi jak najszybciej pokonać dystans dzielący obie armie, aby niezwłocznie doprowadzić do walki wręcz. Manewr został wykonany poprawnie, spójność hoplickiej falangi została zachowana, a na bliskim dystansie perska piechota nie miała szans z greckimi żołnierzami. Warto zaznaczyć, iż hoplici byli doskonale chronieni. Na ich ekwipunek składała się ochrona tułowia i barków, w postaci wytrzymałego płóciennego pancerza (linothorax), a także hełmy zakrywające znaczną część twarzy (np. typu korynckiego) i nagolennice. Ponadto dzierżyli oni sporych rozmiarów okrągłą tarczę, o średnicy około 90 centymetrów, wykonaną z drewna, skór oraz warstwy brązu. Mimo całego tego ciężkiego ekwipunku, Grecy nie czuli się pewnie stając naprzeciw bardzo licznych perskich łuczników. Niektóre części ich ciała pozostawały nieosłonięte i wypuszczane w znacznych ilościach strzały nadal mogły znaleźć do nich drogę, raniąc, zabijając i rozbijając jedność formacji, nim ta zdołałaby w ogóle dotrzeć do perskich linii.
W Bitwie pod Carrhae w 53 r. p.n.e. naprzeciw siebie stanęły dwie zupełnie różne armie. Wojsko rzymskie składało się z około 30 000 ciężkozbrojnej piechoty, w której służyli zawodowi, doskonale wyszkoleni żołnierze, chronieni przez hełmy, kolczugi, a przede wszystkim, przez ciężką, grubą legionową tarczę (scutum), która zasłaniała trzymającego ją żołnierza od kolana po szyję. Wspierani oni byli przez kawalerię liczącą około 4000 jeźdzców oraz lekkozbrojną piechotę, której liczba również szacowana jest na około 4000 i która składała się z łuczników, procarzy oraz oszczepników. Armia Partów, czyli nowego wcielenia dawnego perskiego imperium, była ponad trzykrotnie mniej liczna i liczyła 9000 konnych łuczników oraz 1000 ciężkozbrojnej kawalerii (katafraktów). Mimo przewagi liczebnej, Marek Krassus (dowódca rzymskiej armii), przyjął formację defensywną: legiony uformowały pusty czworobok, w celu zabezpieczenia się przed oflankowaniem przez bardziej mobilnego przeciwnika. Bitwę rozpoczęli Partowie, prowadząc zmasowany ostrzał rzymskich szyków. Wysłani przez Krassusa lekkozbrojni, z zadaniem przepędzenia konnych łuczników, ponieśli klęskę i zostali zmuszeni do odwrotu. Po tej potyczce partyjscy łucznicy mogli bez przeszkód ostrzeliwać rzymską piechotę, która mogła jedynie bezradnie trwać pod gradem strzał. Jedyną bronią miotaną jaką dysponowali legioniści były ciężkie oszczepy (pillum), które jednak posiadały zdecydowanie za mały zasięg aby można było nawiązać z łucznikami walkę dystansową. Na tym etapie straty Rzymian zapewne nie były jednak poważne, gdyż duże, grube tarcze piechoty legionowej chroniły prawie całe ciało, w szczególności w ciasnym szyku. Wprawdzie niektórzy ówcześni historycy twierdzili, że partyjskie strzały z łatwością przebijały się przez rzymskie tarcze, jednak takie relacje były prawdopodobnie wyolbrzymione, bazujące na pojedynczych przypadkach, gdy oddano strzał na bardzo bliskim dystansie z silnego łuku. Jeżeli strzały zadawały jakieś straty, to zapewne przede wszystkim znajdując nieosłaniane przez tarczę miejsca. Większe szkody wyrządzano, gdy rzymska piechota rozluźniała szyk i próbowała atakować i nawiązać walkę wręcz. Konni łucznicy niezwłocznie wtedy wycofywali się, nie przerywając ostrzału, odwracając się w siodłach swoich pędzących w przeciwnym kierunku koni. Natarcie w skrajnie defensywnej formacji testudo również kończyło się porażką, gdyż wtedy do akcji wkraczali katafrakci, szarżując na poszczególne kohorty. Gdy Rzymianie z kolei zmieniali szyk w celu nawiązania walki z jazdą, ponownie atakowali ich konni łucznicy. Partowie z morderczą skutecznością egzekwowali współpracę lekkiej i ciężkiej jazdy, dostosowując się do bieżących działań Rzymian. Płonne okazały się nadzieje, że łucznikom wyczerpią się strzały, gdyż partyjski dowódca zadbał o logistykę, zapewniając nieustanne dostawy amunicji dla swoich walczących jeźdzców. Rzymska próba połączonego ataku jazdy, łuczników i piechoty skończyła się porażką, nabierając się na manewr pozorowanego odwrotu. Na tym etapie rzymskie wojsko było sukcesywnie otaczane i poddawane ostrzałowi ze wszystkich stron, połączonym z nieustannymi atakami ciężkiej jazdy, które trwały aż do końca dnia. Krassus w końcu zarządził odwrót, który z kolei skończyła się totalną katastrofą i śmiercią lub pochwyceniem niemal wszystkich rzymskich żołnierzy, na czele z samym Krassusem, którego zabito podczas nieudanych negocjacji. Bitwa pod Carrhae wyraźnie pokazuje, jak bezradna była nawet najlepsza piechota w konfrontacji z konnymi łucznikami, gdy nie posiadała właściwego wsparcia lub nie sprzyjał jej teren. Z drugiej strony, partyjscy strzelcy nie odnieśliby takiego sukcesu bez współpracy z ciężką jazdą, która brała na siebie ciężar walki wręcz i rozbijania rzymskiego szyku. Należy też zauważyć, iż bitwa trwała niezwykle długo, rozciągając się na noc i kolejny dzień, co wynikało z ograniczonych możliwości zadania rozstrzygającego uderzenia przez armię złożoną w większości z lekkozbrojnych jeźdzców. Rzymianie nie zareagowali na swoją klęskę drastycznymi zmianami w strukturze swoich sił zbrojnych. W przyszłości niektórzy legioniści szkoleni byli w użyciu procy, która bez problemu mogła być noszona jako uzupełniający element uzbrojenia i dawała możliwość nawiązania walki dystansowej. Legiony nadal posiadały liczne machiny miotające i nadal rekrutowano pomocnicze jednostki strzelców. Zmiany w rzymskich siłach zbrojnych wprawdzie następowały, ale stanowiły raczej powolną ewolucję, która de facto zbliżała model rzymskiej kawalerii do tego stosowanego przez Persów. Imperium Wschodniorzymskie, powstałe po podziale z 395 r., w swoich szeregach posiadało zarówno ciężkozbrojnych katafraktów jak i licznych konnych łuczników, którzy stanowili podstawę rzymsko-bizantyjskiej armii przez wiele kolejnych wieków.
Konnymi łucznikami, którzy potężnie dali się we znaki niemal całej kontynentalnej Europie byli Węgrzy, którzy na kartach historii pojawili się jako nomadzi, migrujący do Europy z Azji Centralnej. Na przełomie IX i X wieku podbili oni nizinne tereny dzisiejszych Węgier i uczynili z nich bazę wypadową, z której dokonywali niszczycielskich najazdów min. na tereny obecnych Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii, czy Grecji. Węgrzy byli azjatyckimi koczownikami w pełnym znaczeniu tego słowa, wystawiając do walki chmary konnych łuczników, z którymi wczesnośredniowieczna zachodnia sztuka wojenna początkowo nie bardzo potrafiła sobie radzić. Ich armia charakteryzowała się ogromną mobilnością, zarówno taktyczną (na polu bitwy) jak i strategiczną (z uwagi na umiejętność błyskawicznego pokonywania przez armię dużych dystansów). Węgrzy zadali zachodnim armiom szereg ogromnych klęsk w walnych bitwach, dzięki którym usuwali wszelkie przeszkody na drodze do masowych grabieży kontynentu. Stan ten utrzymywał się aż do trzydniowej Bitwy na Lechowym Polu w 955 r., stoczonej z niemieckimi księstwami, która w końcu złamała węgierską potęgę i po której przyspieszył powolny proces przeistaczania Węgrów w europejski lud osiadły. Pierwszy dzień bitwy nie był pomyślny dla węgierskiej armii, która została zmuszona do odwrotu, ale daleko było jej jeszcze do całkowitej klęski. Do katastrofy doszło natomiast w trakcie odwrotu. Silne ulewy spowodowały, iż najpotężniejszy oręż Węgrów, czyli krótkie łuki refleksyjne, zaczęły się rozklejać, gdyż wystawione na mokre środowisko naturalne kleje nie były w stanie utrzymać warstw drewna, rogu i ścięgien. Lekkozbrojni węgierscy jeźdzcy stali się niemal bezbronni i w bezpośredniej, dobrze rozplanowanej przez niemieckie dowództwo walce, byli bez szans z ciężej uzbrojoną niemiecką kawalerią. Pościg zamienił się w rzeź, która zakończyła erę wielkich najazdów Węgrów na zachód Europy. Węgierska sztuka wojenna z czasem uległa westernizacji, tak, że gdy w XIII w. u granic ich państwa stanęli Mongołowie, węgierska armia w zdecydowanej większości zorganizowana była na wzór zachodni. Historia Węgrów bardzo wyraźnie unaoczniła niedoskonałość łuku refleksyjnego, który mimo swych niezaprzeczalnych zalet, był bardzo podatny na warunki atmosferyczne.

W Bitwie pod Hasting w 1066 r. angielskie wojsko posiadało niewielu łuczników, natomiast liczniej reprezentowani byli oni w armii normańskiej, stanowiąc około 1/4 ich sił. Armia angielska zajmowała dogodną pozycję na wzgórzu, przyjmując taktykę defensywną i formując ścianę tarcz. W pierwszej kolejności do walki przystąpili normańscy łucznicy, którzy rozpoczęli ostrzał angielskiej formacji. Atak dystansowy był jednak bezowocny, z powodu szczelnego szyku Anglików oraz z powodu konieczności strzelania w górę zbocza, co zmniejszało zasięg i osłabiało impet strzał. Następnie rozpętała się zaciekła walka wręcz, a Normanowie ostatecznie zdołali odnieść zwycięstwo, min. dzięki manewrowi pozorowanego odwrotu, który wywabił część angielskich sił z zajmowanego przez nie wzgórza. Łucznicy zdołali jednak wyróżnić się w tej walce: Harold Godwinson, dowódca angielskiej armii, zginął trafiony strzałą w oko. Jego śmierć ostatecznie załamała morale Anglików, którzy wkrótce rzucili się do ucieczki. Wystarczyła jedna, przypadkowa strzała.

Bitwa pod Manzikertem stoczona w 1071 r. była kulminacją dotychczasowych wojen toczonych przez Cesarstwo Wschodniorzymskie (bizantyjskie) oraz Turków Seldżuckich, którzy niewiele wcześniej wyłonili się z azjatyckich stepów, naciskając zarówno na Bizancjum, jak i na bliskowschodnie państwa muzułmańskie. Bizantyjska armia doskonale zdawała sobie sprawę z taktyki oraz zalet lekkozbrojnej tureckiej jazdy i do walki stanęła w zwartym szyku, nie dając Turkom rozerwać swojej formacji i powoli posuwając naprzód, próbując zmusić konnych łuczników do stoczenia bezpośredniego starcia. Wystarczyła jednak kombinacja dwóch czynników (brak koordynacji prawego skrzydła oraz zignorowanie rozkazów przez jednego z dowódców) i cały szyk utracił swoją spójność, co Turcy momentalnie wykorzystali, rozbijając zdezorientowane bizantyjskie jednostki. Bitwa ta ukazuje, jak niewielki był margines błędu w walce z doskonale zorganizowanymi i mobilnymi jednostkami strzelczymi, zdolnymi do natychmiastowego wykorzystania każdej luki i każdego błędu w zakresie manewru.
Niedługo później z tureckimi konnymi łucznikami zmierzyła się zachodnioeuropejska armia krzyżowców, zmierzająca w kierunku Jerozolimy w ramach I Wyprawy Krzyżowej. Krucjata była bezpośrednim następstwem nawoływań cesarza bizantyjskiego o wsparcie w walce z Turkami, którzy w okresie następującym po Bitwie pod Manzikertem podbili niemal całą Anatolię (dzisiejsza Turcja). Ówcześni zachodni Europejczycy nie wiedzieli niemal nic o Turkach ani o stepowych metodach prowadzenia walki – w Zachodniej Europie ostatni raz z tego rodzaju armią walczono podczas wojen z Węgrami, ponad 100 lat wcześniej. Tymczasem w 1097 r. wkrótce po przeprawieniu się przez Bosfor, Krzyżowcom przyszło stoczyć niezwykle ciężką walkę, znaną jako Bitwa pod Doryleum. Nieco wcześniej, w celu zmniejszenia problemów z logistyką, zachodnia armia podzielona została na dwie części. Pierwsza z nich, pod wodzą Boemunda z Tarentu, której towarzyszyła ogromna rzesza cywilów, natrafiła na turecką armię, która w całości złożona była z oddziałów konnych łuczników. Siły chrześcijan w większości składały się z piechoty, a zdecydowanie mniejszą część stanowiła ciężkozbrojna jazda. Turcy błyskawicznie przystąpili do ostrzeliwania szeregów krzyżowców, na co ci zwarli szyki i bezskutecznie próbowali doprowadzić do walki wręcz. Co odważniejsi i lekkomyślni jeźdzcy opuszczali szyk, chcąc zmusić Turków do bezpośredniego starcia, ale każda taka próba kończyła się szybkim wycofaniem konnych łuczników, którzy następnie bez trudu mogli rozprawić się z odizolowanymi grupkami krzyżowców. Bitwa bardzo szybko nabrała mocno jednostronnego przebiegu. Piechota i nieliczna jazda bezradnie trwały na pozycjach za murem tarcz, pod nieustannym ostrzałem, próbując odgryzać się własnymi łukami oraz kuszami. Turcy w walce dystansowej posiadali jednak gigantyczną przewagę, zapuszczając się bardzo blisko chrześcijańskich linii i ani na chwilę nie przerywając ostrzału. Wojska krzyżowców spędziły w ten sposób kilka straszliwych godzin, podczas których poniosły bardzo duże straty. Bitwę rozstrzygnęło dopiero przybycie drugiej armii Krzyżowców, która zaangażowała część tureckich sił oraz zdobyła ich obóz, co ostatecznie złamało zniechęconych i zmęczonych tureckich jeźdzców. Starcie pod Doryleum pozwala na wyciągnięcie kilku interesujących wniosków dotyczących średniowiecznej sztuki wojennej. Konni łucznicy wprawdzie byli w stanie zepchnąć zachodnią armię do defensywy, ale gdy zachowała ona dyscyplinę, to bez własnych ciężkozbrojnych jednostek nie byli w stanie przełamać jej szyków, mimo wielogodzinnych ataków. Jednakże przy tym armia z nielicznymi jednostkami strzelczymi była bezsilna przeciw wojskom złożonym z konnych łuczników. Jednocześnie w bezpośrednim starciu ciężkozbrojna (przez co należy rozumieć pancerz złożony z przeszywanicy i kolczugi) zachodnia jazda posiadała znaczącą przewagę nad lekkozbrojną kawalerią. Bitwa odcisnęła na obu stronach spore piętno. Krzyżowcy nabrali wielkiego szacunku do tureckich żołnierzy, podziwiając ich niespotykaną sprawność bojową. Jednocześnie wódz tureckiej armii tak bardzo przestraszył się nieustępliwości krzyżowców, iż nie odważył się ponownie stanąć z nimi do bitwy, dzięki czemu I Krucjata mogła bez przeszkód przemaszerować przez całą Azję Mniejszą, w kierunku Ziemi Świętej.
W XIII wieku wschodnim Europejczykom przyszło zmierzyć się z jedną z największych militarnych potęg w historii świata, w postaci mongolskich armii, które nieubłaganie parły w kierunku Europy. W 1223 r. zadali rusińskiej armii gigantyczną klęskę nad Rzeką Kałką, w typowy dla stepowców sposób, najpierw stosując pozorowany odwrót, a następnie w dogodnym momencie przechodząc do zmasowanego ataku na rozproszonego i zdezorientowanego wroga. Jednakże, gdy w 1241 r. walczyli oni z Polakami (pod Legnicą) oraz Węgrami (na równinie Mohi), nie sposób nie zauważyć, iż zwycięstwa Mongołów nie zostały odniesione dzięki prostej taktyce lekkozbrojnej jazdy i zastosowaniu konnych łuczników, ale przede wszystkim dzięki doskonałej organizacji i dyscyplinie mongolskich żołnierzy, a także dzięki zastosowaniu szerokiego wachlarza środków bojowych, począwszy od machin wojennych, a skończywszy nad domniemanym użyciem pod Legnicą gazów bojowych.
Jak groźne były średniowieczne wschodnie armie, które do perfekcji opanowały współpracę przez różne rodzaje jednostek, przekonali się Francuzi, gdy podczas Bitwy pod Nikopolis w 1396 r. rzucili się do frontalnej szarży na lekką turecką piechotę, która zza umocnionych pozycji przywitała ich gradem strzał. Następnie piechota uciekła za linie złożone z bardziej wartościowych jednostek, w tym uzbrojonych w łuki Janczarów, a zdezorganizowani Francuzi zostali całkowicie rozbici przez atakującą ich flanki turecką jazdę.
Ciężkozbrojna jazda w stylu zachodnim sprawdziła się jednak doskonale w 1402 r., podczas Bitwy pod Ankarą, stoczonej pomiędzy Imperium Osmańskim, a czagatajską armią Timurydów, stanowiącej miesznianę mongolskich i tureckich ludów z Azji Centralnej. Była to najprawdopodobniej największa bitwa średniowiecza, w której po obu stronach łącznie walczyło dużo ponad 100 000 żołnierzy. Wojska Turków Osmańskich zostały wsparte przez wielotysięczny kontyngent Serbów, którzy byli uzbrojeni na modłę zachodnią, walcząc jako ciężkozbrojna jazda. Podczas wielogodzinnej, ciężkiej bitwy, wzięli oni na swoje barki utrzymanie prawego skrzydła osmańskiej armii, z którego to zadania wywiązali się doskonale, kilkukrotnie szarżując na liczniejsze oddziały Timura i jednocześnie nie dając się wciągnąć w zasadzki i pozorowane odwroty. Źródła wskazują, iż część swojego sukcesu zawdzięczali swoim ciężkim pancerzom, które skutecznie chroniły przed strzałami, którymi byli zasypywani przez czagatajskich łuczników, a sam Timur był szczerze zaskoczony wartością bojową serbskiej kawalerii. Turecka armia ostatecznie poniosła totalną klęskę, jak zresztą każdy kto próbował stawić czoło Timurowi i jego stepowej armii, jednak oddziały Serbów nie zostały w tej walce rozbite i pod koniec dnia zdołały wycofać się z pola bitwy.
Piesi angielscy łucznicy, uzbrojeni w słynne cisowe longbow’y, odegrali bardzo istotną rolę podczas Wojny Stuletniej, toczonej między Anglią oraz Francją. W 1346 r. pod Crecy, armia angielska zajęła dogodną pozycję na wzgórzu, a pozycje łuczników zostały zabezpieczone zasiekami złożonych z zaostrzonych pali. W pierwszej fazie bitwy bez większego trudu pokonali genueńskich kuszników, którzy zmuszeni zostali do atakowania wzgórza i których broń odstawała od łuków zasięgiem oraz szybkostrzelnością. W drugiej fazie łucznicy walnie przyczynili się do rozbicia mas francuskiej konnicy, która kilkanaście razy próbowała przełamać szarżą angielskie linie i która za każdym razem zasypywana była gradem strzał, zbierających śmiertelne żniwo wśród koni oraz jeźdzców. Należy jednak zaznaczyć, że do zwycięstwa przyczyniły się także fortyfikacje polowe za jakimi schronili się Anglicy oraz asysta licznej piechoty oraz spieszonej jazdy.

Łucznicy stanowili połowę angielskich sił, które stanęły w 1356 r. do Bitwy pod Poitiers, odnosząc nad Francuzami kolejne wielkie zwycięstwo. W bitwie tej łucznicy zostali umiejscowieni na flankach oraz wykonali szereg manewrów, do czego byli zdolni jako zdyscyplinowane zawodowe lub pół-zawodowe jednostki. W końcowej fazie bitwy, z racji wyczerpania zapasu strzał, zostali nawet wysłani do walki wręcz.
Najsłynniejszym dla angielskich łuczników starciem jest niewątpliwie Bitwa pod Azincourt z 1415 r., nie tylko z uwagi na rozmiar zwycięstwa, ale przede wszystkim z uwagi na to, iż angielskie siły były czterokrotnie mniej liczne od Francuzów, których armia opierała się na ciężkozbrojnej jeździe. Na korzyść Anglików przemawiały jednak trzy czynniki: profesjonalizm ich formacji strzelczych, które stanowiły zdecydowaną większość angielskiej armii, pole bitwy, które było stosunkowo wąskie, a na flankach oparte o gęsty las, a także warunki pogodowe, które zamieniły grunt w morze błota. Wszystko to sprzyjało Anglikom, którzy wykorzystali swoją szansę do maksimum. Grząski grunt osłabił impet szarży, a francuscy żołnierze oraz ich konie zostały zasypane strzałami, które zbierały potworne żniwo wśród koni, ale też wśród żołnierzy, w szczególności tych słabiej opancerzonych. Pole bitwy zamieniło się w gigantyczny błotny kocioł, na który spadało tysiące strzał i w którym znaleźli się żywi, zabici oraz ranni żołnierze oraz ich konie. Kwestia przebijalności, tak bardzo dzisiaj roztrząsana, zeszła na dalszy plan. Przy takim zagęszczeniu wrogich wojsk, zatrzymanych przez błoto i zaostrzone pale oraz przy tej liczbie wypuszczanych strzał (wystrzeliwanych przez około 6000 łuczników) nie miało to większego znaczenia. Pociski albo znajdowały niechronione przez ciężki pancerz miejsca albo zupełnie gruchotały morale Francuzów, którzy raz po raz odczuwali na sobie potężne uderzenia ciężkich pocisków, nawet gdy te nie przebijały pancerza. Do rozstrzygnięcia bitwy konieczna była oczywiście walka wręcz, w której brali udział także łucznicy, jednak to walka dystansowa zdeterminowała w tym przypadku przebieg całego starcia.
Angielscy łucznicy nie zawsze jednak odnosili sukcesy w walce z Francuzami. W Bitwie pod Verneuli w 1424 r. odnieśli wprawdzie kolejne zwycięstwo, ale jedno z bronionych przez łuczników skrzydeł nie zdołało zatrzymać szarży ciężkiej jazdy, która zdołała przetrwać zmasowanych ostrzał. W Bitwie pod Patay w 1429 r. francuska jazda skutecznie uderzyła na angielskich łuczników, których pozycje nie były odpowiednio zabezpieczone przez umocnienia i ponownie sam ostrzał z łuków okazał się niewystarczający aby zatrzymać szarżę jazdy.
Angielscy łucznicy stanęli naprzeciw siebie w 1461 r., podczas wielogodzinnej, bardzo krwawej Bitwy pod Towton, stoczonej między frakcjami Lancasterów i Yorków. Obie strony dysponowały tysiącami łuczników, których potyczka otworzyła bitwę. Ponownie decydującym czynnikiem okazała się pogoda. Oddziały Lancasterów strzelały pod wiatr, co znacząco zredukowało ich zasięg i spowodowało, że większość strzał opadała przed szeregami przeciwnika. Tymczasem Yorkowie mogli strzelać dalej niż zazwyczaj, a na dodatek po wyczerpaniu zapasu własnych strzał, zaczęli zbierać wbite przed swoimi szeregami strzały Lancasterów, które niezwłocznie ,,zwracali” ich właścicielom. O wyniku bitwy zadecydowało długie i brutalne starcie wręcz, jednak nie sposób pominąć wpływu na jego przebieg, jakie miało zalanie szeregów Lancasterów dziesiątkami tysięcy strzał.
Obrona twierdzy Haengju miała miejsce w 1593 r., podczas japońskiej inwazji na Koreę i stanowi jeden z przykładów skutecznej obrony fortyfikacji, pomimo ogromnej przewagi liczebnej wroga. Nieco ponad 2000 koreańskich żołnierzy zdołało odeprzeć około 30 000 Japończyków, a jedną z głównych ról w obronie odegrali żołnierze uzbrojeni w doskonałe koreańskie łuki refleksyjne. Kluczowym momentem bitwy było dostarczenie obrońcom drogą morską dodatkowych 10 000 strzał, które umożliwiły dalsze prowadzenie walki, aż do ostatecznego zwycięstwa.
Tatarscy konni łucznicy ponieśli druzgocącą klęskę w starciu z armią Rzeczypospolitej w Bitwie pod Beresteczkiem w 1651 r. Walcząca u boku Kozaków Zaporoskich trzydziestotysięczna orda, złożona w większości z konnych łuczników, przez trzy dni próbowała rozbić wojsko dowodzone przez Jana Kazimierza. Jednakże najpierw nie zdołali pokonać w polu doświadczonej polsko-litewskiej jazdy, a następnie mimo zmasowanych szarż, rozbili się o nawałę ogniową zdyscyplinowanych i dobrze dowodzonych oddziałów muszkieterów oraz artylerii.
Konni łucznicy niespodziewanie pojawili się w Europie w 1814 r., w trakcie Bitwy pod Lipskiem. Rosja nie miała oporów przed rekrutowaniem żołnierzy z zakątków swojego imperium w których nadal żywa była stepowa kultura jeździecka, wykorzystując ich w szczególności w roli bardzo mobilnych, na wpół regularnych jednostek służących głównie do zwiadu oraz drobnych potyczek. W ten sposób w skład rosyjskiej armii weszły oddziały Baszkirów, które wzięły udział w czterodniowej ,,Bitwie Narodów”. Francuzi byli zszokowani ich widokiem, ze zdumieniem patrząc na sceny, które kompletnie nie przystawały do nowoczesnego pola bitwy. Baszkirzy mieli próbować zasypywać jednostki piechoty deszczem strzał, jednak bez większego rezultatu, wykazując się bardzo słabą celnością. Pozostaje nam zastanawiać się, czy powodem było kiepskie przygotowanie Baszkirów do walki w walnej bitwie, gdzie wymagana była świetna organizacja i dyscyplina, czy może zasięg, masowość i szybkostrzelność ówczesnych muszkietów i przede wszystkim artylerii nie pozwalały konnym łucznikom na swobodne prowadzenie ostrzału na skutecznym, bliskim dystansie.
ZANIKANIE ŁUKU NA POLACH BITEW
Jak wskazano we wcześniejszych częściach niniejszego tekstu, bojowe zastosowanie łuku wiązało się z szeregiem problemów, gdzie na szczycie z pewnością była trudność w znalezieniu odpowiedniej liczby osób zdolnych do posługiwania się łukami o mocy, która pozwalała na ich użycie w warunkach pełnoskalowych bitew. W Europie łuk w wielu wypadkach ustąpił miejsca kuszy, która górowała nad nim w kilku istotnych elementach. Przede wszystkim obsługa kuszy nie wymagała długotrwałego szkolenia, w celu wypracowania odpowiedniej siły oraz techniki strzelania. Nauka korzystania z kuszy była kwestią dni, jeśli nie godzin, dzięki czemu w łatwy sposób można było pozyskać jednostki wyposażone w broń miotającą. Wystrzeliwane przez kusze bełty posiadały znaczną siłę przebicia na bliskim dystansie, w szczególności w przypadku ciężkich kusz, naciąganych za pomocą specjalistycznych urządzeń. Kusza była znakomitą bronią w trakcie oblężeń i to zarówno dla strony atakującej jak i broniącej, gdyż dawała większe możliwości schowania się za umocnieniami podczas strzelania oraz pozwalała przez jakiś czasu trzymać załadowaną broń w gotowości do strzału, podczas gdy łuk po naciągnięciu wymagał niemal natychmiastowego wypuszczenia strzały. Kusza stała się popularna nawet wśród kawalerii: polskie rycerstwo pod Grunwaldem miało w sporej części składać się z konnych kuszników. Wadą kuszy w stosunku do łuku był natomiast znacznie mniejszy skuteczny zasięg, niższa szybkostrzelność oraz koszt produkcji, w szczególności w przypadku bardziej zaawansowanych typów.
Jednakże od XVI wieku broń cięciwowa w postaci łuków oraz kusz była w Europie coraz silniej wypierana przez broń palną, w szczególności po wynalezieniu zamka lontowego, który znacząco uprościł obsługę arkebuzów oraz muszkietów. Nie zniechęciła królów i możnowładców ani ich cena, ani konieczność produkcji prochu ani nawet bardzo ograniczona celność ostrzału. Powód był bardzo prosty: gdy pocisk wystrzelony z broni palnej trafiał w cel, to w większości przypadków nie chroniła przed nim żadna zbroja. Miotane za pomocą prochu kule posiadały wielokrotnie wyższą moc penetrującą w porównaniu do strzał i bełtów, a przy tym obsługa broni palnej nadal była stosunkowo prosta i nie wymagała wielu lat szkoleń. Po dopracowaniu taktyki piechoty, w szczególności w zakresie współpracy między muszkieterami i pikinierami oraz przy uwzględnieniu roli artylerii, klasyczna broń cięciwowa stawała się coraz większą rzadkością. Ciekawym przypadkiem jest elitarna formacja tureckich Janczarów, która w pierwszym okresie swojego istnienia uzbrojona była w łuki refleksyjne, lecz dosyć szybko, bo już w połowie XV w., rozpoczęła przezbrajanie w broń palną, pomimo swojej biegłości w posługiwaniu się łukami.
Łuki nie zniknęły całkowicie z europejskich pól bitewnych i były szeroko wykorzystywane w szczególności przez kawalerię, podczas krótkotrwałych, mniejszych potyczek, gdzie liczyła się dynamika działania. Były to jednak wyjątki, gdyż nawet podczas takich starć żołnierze coraz silniej preferowali korzystanie z broni palnej, nie mówiąc już o tym, iż coraz trudniej było znaleźć ludzi potrafiących obsługiwać ciężkie łuki, a tym bardziej takich, którzy potrafili to robić z końskiego grzbietu. Ostateczny cios łucznictwu bojowemu zadały według mnie europejskie reformy wojskowe z przełomu XVII i XVIII w., które pozwalały na rekrutację olbrzymich mas piechoty uzbrojonej w muszkiety z osadzonymi na nich bagnetami, wspieranych przez liczną artylerię oraz szeroki wachlarz jednostek kawalerii. Żaden europejski władca nie był już zainteresowany szkoleniem łuczników. Na większą skalę łucznicy występowali natomiast w Azji Centralnej i Wschodniej, gdzie pojawiali się na polach bitew aż do końca XIX wieku.

Łucznictwo z czasem stało się rozrywką i sportem. Była to bardzo popularna rozrywka wśród elit Imperium Osmańskiego, gdzie w szczególności bito kolejne rekordy w zakresie odległości strzału. W XIX w. do łuczniczej tradycji powróciły elity angielskie, popularyzując rekreacyjne strzelanie. W obu tych przypadkach najczęściej korzystano z łuków właściwych dla danej kultury: Turcy używali łuków refleksyjnych, natomiast Anglicy longbow’ów, które jednak zamiast z rzadkiego już wtedy cisu, wykonywane były z kilku warstw drewna.

– WM