Okolice Ankary, 20 lipca 1402 r.
Do wschodu słońca pozostało jeszcze sporo czasu, lecz sen już dawno się ulotnił. Jovan Mitrović leżał w swoim namiocie na posłaniu ze skór, z dłońmi splecionymi pod głową. Zdążył już przemyśleć wszystko co wczoraj zrobił, co powinien zrobić i czego nie zrobił. Kiedy jednak myśli krążące wokół spraw praktycznych zostały wyczerpane, ogarnięty wątpliwościami i obawami umysł zaczął przywoływać każde zdarzenie z życia, mające jakikolwiek związek z nadchodzącymi wydarzeniami.
Trzynaście lat temu odziedziczył całkiem rozległe ziemie, po tym jak jego ojciec poległ w Bitwie na Kosowym Polu, walcząc przeciw Turkom, którzy nieustannie parli na północ, starając się rozszerzać zakres swojego panowania oraz zagarniając coraz to nowe serbskie terytoria. W straszliwej bitwie, po obu stronach poległa niezliczona liczba żołnierzy, ale Turcy posiadali o wiele większe rezerwy oraz zasoby i w kolejnych latach Bajazyd I, nowy osmański sułtan (którego ojciec również zginął w rzeczonej bitwie), zmusił większość serbskich władców do złożenia hołdu lennego, co oznaczało podporządkowanie i konieczność świadczenia wielu powinności, w tym udzielania wsparcia wojskowego, na każde żądanie sułtana. Jako wasal księcia Stefana Lazarevića, najpotężniejszego serbskiego możnowładcy, Jovan również został zmuszony do uznania tureckiego zwierzchnictwa, chociaż miało to gorzki posmak i w jego mniemaniu było wręcz upokarzające. Wiązało się to jednak z pewnymi korzyściami, gdyż nowy układ polityczny zatrzymał regularne tureckie najazdy nękające serbskie ziemie.
Obowiązek militarnego wsparcia był niestety regularnie egzekwowany przez tureckiego sułtana, który toczył niezliczone i zwycięskie wojny. W zeszłym roku ponownie zostało rozesłane wezwanie do stawienia się na kampanię wojenną i od razu stało się jasne, że sytuacja była inna niż zwykle. Tureccy wysłannicy w ogromnym pośpiechu objechali siedziby wszystkich największych serbskich panów, domagając się niezwłocznego stawiennictwa wraz ze wszystkimi siłami pod miastem Edrine. Wezwanie zostało ponoć przekazane uprzejmie, ale jednocześnie w śmiertelnie poważnym tonie, a posłańcy wielokrotnie podkreślali konieczność zmobilizowania wszystkich wasali, miotając się przy tym między prośbami, obietnicami nagród i zawoalowanymi groźbami.
Pierwszym, który otrzymał wezwanie był książę Stefan Lazarević, który poprzez małżeństwo swojej siostry z sułtanem, posiadał status sułtańskiego szwagra. Jednocześnie by przez niego tak poważany i obdarzony był tak wielkim zaufaniem, że w dzisiejszej bitwie miał dowodzić całym prawym skrzydłem, mając pod swoją komendą zarówno serbskie jak i tureckie oddziały. Będąc bezpośrednim wasalem księcia, Jovan był jednym z pierwszych do których w dalszej kolejności przekazano wezwanie do mobilizacji, a także wszystkie szczegóły dotyczące spotkania z tureckimi wysłannikami.
Serbskie oraz tureckie siły skoncentrowały się na terenie Europy, pod wskazanym przez wysłanników Edrine. Tam też dowiedzieli się, że mieli wymaszerować na wschód, przeprawić się przez Bosfor, a następnie stanąć do walki na terenie Anatolii. Chrześcijańscy wasale sułtana stawili się niezwykle licznie, ponoć łącznie było ich około 5000. Mimo swej liczebności, stanowili jednak jedynie kroplę w morzu Turków, którzy każdego dnia napływali do obozu w wielkiej liczbie. Jovan nigdy przedtem ich tylu nie widział i nawet nie zdawał sobie sprawy, że Imperium Osmańskie jest w stanie zgromadzić tak ogromną armię. Chrześcijańscy wasale, spahisi, poborowa piechota, zawodowy korpus janczarów – wszyscy bez wyjątku stawiali się na wezwanie sułtana. Przed dotarciem pod Edrine wydawało mu się, że wyruszą na wyprawę przeciwko jakiemuś anatolijskiemu bejlikowi, który nie chciał się podporządkować, ale liczba zgromadzonego wojska sugerowała, że ich celem może być jakiś znaczący podbój, tym razem na terenie Azji. Wkrótce jednak okazało się, iż ich celem nie będzie inwazja, a obrona osmańskiego państwa przed jakąś inwazją ze wschodu. Na początku nie dowierzali tym doniesieniom. Imperium Osmańskie jawiło im się jako gigantyczna potęga, krocząca od jednej zwycięskiej wojny do kolejnej. Bogactwo i militarna siła tego kraju wydawały się nie mieć granic. I nagle im oznajmiono, że na wschodzie znalazł się ktoś kto mógłby rzucić Osmanom poważne wyzwanie? Wątpliwości zostały rozwiane, gdy książę Stefan po kolejnych naradach z sułtanem rozpuścił informację, iż Turcy rzeczywiście stali się obiektem inwazji ze strony jakiegoś muzułmańskiego władcy, który ponoć podbił całą Azję i teraz zwrócił swoje oczy w kierunku Turcji, chcąc nie tylko zaspokoić swoją niepohamowaną żądzę podbojów, ale też strącić tureckiego sułtana z piedestału największego muzułmańskiego wojownika na ziemi. Niewątpliwie był to chichot losu i nawet mogliby się z tego śmiać, gdyby nie mieli przed sobą perspektywy znalezienia się w samym centrum tej wojennej burzy.
W kolejnych dniach udało im się zebrać nieco więcej informacji. Władcą, który zamierzał rzucić osmańskiego sułtana na kolana, był człowiek zwany Timurem Chromym, którego władza rozciągała się na niewyobrażalnie rozległych terytoriach Azji, od jej najdalszych zakątków na wschodzie, po Morze Śródziemne na zachodzie. Pochodząc z jednego z niezliczonych ludów zamieszkujących azjatycki step, jakimś sposobem pod swoimi sztandarami zgromadził nieprzeliczone hordy Mongołów, różnorakich ludów tureckich które nigdy nie opuściły Azji, Persów oraz wielu innych mieszkańców Azji, którzy po latach nieustających wojen znaleźli się pod jego władzą. Jak tego dokonał, nikt tak naprawdę nie wiedział, ale jeśli wierzyć pogłoskom, Timur zaczynał jako stepowy bandzior, który w niezrozumiały i błyskawiczny sposób przeistoczył się z wodza niewielkiego plemienia we władcę, którego żadna siła nie była dotąd w stanie zatrzymać. Turcy bardzo różnie określali lud Timura – jedni mówili o Mongołach, inni określali ich jako Czagatajów. Oba te określenia zostały podchwycone przez europejskie rycerstwo i były używane naprzemiennie.
Gromadzone wieści z każdym dniem stawały się coraz bardziej niepokojące. Ponoć wszyscy dowodzeni przez Timura żołnierze, a w szczególności ci pochodzący z najodleglejszych stepów, byli doskonałymi, karnymi wojownikami, bezgranicznie wiernymi względem swojego wodza, a przy tym, niezwykle brutalnymi, nigdy nie okazujący łaski pokonanym, którzy postanowili stawić im czoła. Bogactwo państwa Timura miało ponoć przewyższać nawet państwo Osmanów, a do tego Timur miał reputację niezwyciężonego wodza. Wszystko to wzbudzało poważne zaniepokojenie, mimo, że nie dowierzali w historie o krwiożerczych i niepokonanych wojownikach – większość serbskich żołnierzy stoczyła w życiu zbyt wiele bojów, aby dać się zastraszyć samymi opowieściami. Mimo to nie dało się nie zauważyć, że Bajazyd na wojnę z Timurem zdecydował się zgromadzić ogromne siły, jakich nikt wcześniej nie widział. Podobno zmobilizowany został każdy człowiek w Imperium zdolny do noszenia broni. Pod osmańskie sztandary napłynęli wszyscy tureccy bejlikowie z Anatolii, nawet ci, którzy dopiero niedawno znaleźli się pod osmańskim panowaniem.